Wydanie bieżące

1 marca 5 (341) / 2018

Michał Łukowicz,

PIĘKNY I BESTIA (DISASTER ARTIST)

A A A
Wyprodukowany, napisany i wyreżyserowany w 2003 roku przez jeszcze nikomu nieznanego Tommy’ego Wiseau film „The Room” obrósł już tak wielkim kultem wśród młodych miłośników kina, że nikt nie powinien mieć wątpliwości, że jest to dzieło wyjątkowe. Obraz ma swoich fanów na całym świecie, którzy podczas seansów wypowiadają wraz z aktorami wszystkie kwestie, na jego motywach powstała gra komputerowa, musical i książka o procesie tworzenia. Hollywoodzki film z gwiazdami pierwszego formatu był więc tylko kwestią czasu.

Najbardziej intrygujący w całej tej historii jest fakt, że „The Room” to film tragicznie niedobry, fatalnie wyreżyserowany i jeszcze gorzej zagrany. Po co więc opowiadać historię czegoś, co zostało okrzyknięte „Obywatelem Kanem złych filmów”? Czy w postaci tajemniczego reżysera jest potencjał na hollywoodzkiego bohatera, z którym można się utożsamić? I czy obraz o „The Room” ma szanse na powodzenie na równi z innymi filmami o artystach pozbawionych talentu, jak na przykład „Ed Wood” Tima Burtona?

Te pytania na pewno musiał zadać sobie James Franco, który postanowił nakręcić film w oparciu o książkę będącą zapisem wspomnień najbliższego przyjaciela reżysera – Grega Sestero, odtwórcy jednej z głównych ról w niesławnym dziele. Książka „The Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made” zdobyła w Ameryce status bestsellera, jednak stała się powodem konfliktu na linii Wiseau-Sestero. Reżyser twierdził, że ukazuje ona tylko 40% prawdy i nie jest wiarygodnym źródłem wiedzy dla miłośników jego opus magnum. Ekranizacja jednak przypadła mu do gustu i zyskała jego rekomendację jako zrekonstruowanie historii niemal bezbłędne.

„The Disaster Artist” Franco rozpoczyna się sceną warsztatów teatralnych, służących reżyserowi (James Franco, notabene, tak jak Wiseau w „The Room” reżyseruje i gra główną rolę) do ukazania kontrastu charakterów Tommy’ego (James Franco) i Grega (Dave Franco), dwóch postaci, wokół których buduje historię. Greg Sestero, odgrywając krótką scenkę dialogową, nie potrafi się aktorsko otworzyć. Jest zestresowany i zamknięty w sobie. Kiedy wraz z partnerką sceniczną schodzą z desek, prowadząca zajęcia zwraca się do grupy z prośbą o zgłoszenie się osoby, która chciałaby uzewnętrznić się w krótkiej scence dramatycznej. Po chwili milczenia zgłasza się mężczyzna siedzący w ostatnim rzędzie teatru, po czym powolnym krokiem rusza w stronę sceny. Kamera podąża za nim, nie widzimy jego twarzy. Wysoki, długowłosy facet siada na krześle i rozpoczyna aktorski popis. Napięcie budowane jest w taki sposób, że mamy wrażenie oglądania preludium do popisu aktorskiego na miarę co najmniej monologu Hamleta w wykonaniu Laurence’a Oliviera. „Występ” mężczyzny jest osobliwy. Rzeczywiście, występujący, jak się później okaże – Tommy Wiseau, ukazuje w kilkanaście sekund całą gamę aktorskich emocji. Jego monolog jest histeryczny, przerysowany, absurdalnie emocjonalny. Widz najpewniej się uśmiechnie, może nawet zaśmieje, chociaż prawdopodobnie – tak jak uczestnicy warsztatów – będzie lekko zszokowany osobliwością Wiseau. Jednak zupełnie inaczej reaguje Sestero – jest zafascynowany starszym (choć nigdy się nie dowiemy, o ile lat) kolegą. Zaczepia go po zajęciach i prosi o możliwość zagrania z nim sceny dramatycznej na następnych warsztatach. To początek znajomości, która zaowocuje za kilka lat arcydziełem kiczu – filmem „The Room”.

Obaj mężczyźni wydają się zagubieni w otaczającym ich świecie i, biorąc pod uwagę dzisiejsze, społeczne standardy, są zupełnie niepredestynowani do osiągnięcia sukcesu i realizacji swojego american dream. Sestero jest urodziwy, ale zbyt cichy i pozbawiony wiary w siebie, natomiast Wiseau pomimo tego, że ma charyzmę, której brakuje przyjacielowi, bardziej przypomina postać z horroru niż kogoś, kto może być darzony przez społeczeństwo szacunkiem. Dwaj panowie bezowocnie walczą o społeczną atencję, realizując swoje aktorskie pasje. Marzą o zdobyciu sławy i uznania na miarę ich idola – Jamesa Deana. „Piękny i Bestia” – tak ich relację w jednej ze scen filmu nazywa w żarcie odgrywana przez Jamesa Franco postać. Wziąwszy jednak pod uwagę nieszablonową relację z rzeczywistością, jaką ma Tommy, trudno ocenić kogo – siebie czy może przyjaciela – w rzeczywistości przypisuje do postaci Pięknego. Logicznie rzecz biorąc, to Wiseau jest Bestią – przedziwną, fizycznie odpychającą, enigmatyczną personą, zdającą się nie zwracać uwagi na powszechną krytykę jego osoby. Jednak wziąwszy pod uwagę jego nieco prymitywną, siermiężną wrażliwość („Jeżeli wszyscy byśmy się kochali, świat byłby lepszym miejscem” – to jeden z najbardziej znanych cytatów z „The Room”) i wagę, jaką przywiązuje do swojego wyglądu, niewykluczone, że sam siebie uważa za Pięknego.

James Franco fantastycznie radzi sobie z oddaniem wszystkich cech pierwowzoru swojej postaci. Wygląda, porusza się i mówi tak jak reżyser „The Room”. A zadanie miał więcej niż trudne, gdyż Wiseau to osoba tak charakterystyczna, że niewątpliwie łatwo było ją przerysować. Franco momentami balansuje na granicy, jednak w żadnej scenie jej nie przekracza i nie tworzy ze swojej roli karykatury.

W zasadzie cały film jest takim balansowaniem. Z jednej strony mamy sytuacje komediowe ukazujące nam bohatera nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, tajemniczo proszącego o to, żeby nie dopytywać o jego przeszłość i fortunę, z drugiej zaś – dramat, ponieważ to nieprzystosowanie stanowi powód ogromnej samotności i niezrozumienia. Franco ucieka od czarno-białego przedstawiania sytuacji, bo też postać Wiseau nie jest czarno-biała. „The Disaster Artist” to nie Burtonowski „Ed Wood”, opowieść o idealiście kochającym to, co robi, a brak talentu zastępującym entuzjazmem, ale historia mężczyzny, który z pomocą tajemniczej fortuny kupuje sobie świetny filmowy sprzęt, ekipę, opłaca aktorów i realizuje coś, o czym nie ma pojęcia, w sposób odchodzący od standardów, a często nawet od zasad etycznych. Franco udaje się nie tylko utrzymać naszą uwagę, ale i utożsamić się z bohaterem, do którego najlepiej pasuje określenie „dziwak” i który wcale nie jest sympatycznym Edem Woodem.

Dzieje się tak dlatego, że film został świetnie zagrany i bardzo sprawnie zrealizowany. Prosta konstrukcja opowieści podkreśla absurd niektórych sytuacji i zachowań postaci, ale pozwala również wyeksponować przede wszystkim relacje między bohaterami. Franco, wbrew temu, co można było przypuszczać przed premierą, buduje historię, w której to nie droga do sławy okazuje się najważniejsza. Otrzymujemy opowieść o ucieczce od samotności i niezrozumienia, do której sukces filmu „The Room” i zdobyta miłość tłumów jest tylko środkiem.

Możliwe, że z tego właśnie powodu tak dużo uwagi reżyser poświęca postaci najbliższego przyjaciela Tommy’ego, w którego wciela się Dave Franco. Kiedy relacje „Pięknego i Bestii” pogarszają się, Wiseau, szukając gruntu pod nogami, staje się nieznośny dla swoich aktorów. Większe koncentrowanie się na postaci Grega Sestero, pozwala także utrzymać nimb tajemnicy, jaki otacza reżysera „największego kuriozum w dziejach kina”. O Wiseau nie wiadomo prawie nic – ani skąd dokładnie pochodzi (sprawa jego niejasnego akcentu też jest w „The Disaster Artist” dobrze ograna), ani ile ma lat, ani skąd ma ogromną fortunę. To wielka sztuka opowiedzieć o człowieku, w zasadzie niewiele o nim mówiąc.

Sukces „The Room” dużo mówił o społeczeństwie początku XXI wieku. Film arcypoważny, podejmujący dramatyczny temat samobójczej śmierci zdradzonego przez swoją narzeczoną prostodusznego Johnny’ego, stał się hitem internetu i tzw. midnight movies. Z powodu marnej realizacji powaga, jakiej domagał się natchniony (zainspirowany podobno Tennessee Williamsem) autor, zastąpiona została kpiną. Wiseau stał się gwiazdą, jego podobizny zaczęły ozdabiać koszulki, powstały zabawki z postaciami „The Room”, wszystko to jednak ufundowane było na ironii i żarcie. Sukcesem „The Disaster Artist” jest nie tyle sprawne i atrakcyjne opowiedzenie tego dowcipu raz jeszcze (duże wrażenie robi wspaniałe odtworzenie klasycznych scen z „The Room”), ile refleksja nad tym społecznym szaleństwem i jego genezą.

Dlatego też warto zobaczyć film Franco – czy się jest fanem twórczości Tommy’ego Wiseau, czy nie. To nie, jak się często pisze, hołd złożony złemu kinu. To hołd złożony outsiderom, którzy walczą o atencję społeczną. A jeżeli nikomu nie robią większej krzywdy, czy można im zabraniać realizować marzenia?
„The Disaster Artist”. Reżyseria: James Franco. Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber. Zdjęcia: Brandon Trost. Obsada: James Franco, Dave Franco, Seth Rogen, Ali Graynor, Alison Brie i in. Produkcja: USA, 2017, 104 min.