Wydanie bieżące

1 marca 5 (341) / 2018

Patryk Kosenda,

POZORNA SPRAWCZOŚĆ (THE PLACE)

A A A
W knajpce siedzi facet w „nastroju nieprzysiadalnym”. Na szczęście nie jest to żaden polski poeta, a Valerio Mastandrea. Knajpka nazywa się The Place – tak samo jak film, w którym Mastandrea właśnie gra. Włoski aktor wciela się w mężczyznę bez imienia, ale zaraz stanie się bożkiem, diabłem, wywichniętym demiurgiem, rozpłaszczonym sumieniem, ciemnym lustereczkiem. Za większość pozornego rozgardiaszu odpowiedzialny jest reżyser Paolo Genovese – znany przede wszystkim z autorstwa tak ciepło przyjętego w Polsce „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Za większość, ponieważ „The Place” to dzieło interaktywne (co prawda nie na takim poziomie jak „Mosaic” Stevena Soderbergha, więc przyjmijmy, że to interaktywność „analogowa”), ale poprzez wielość niedomówień i tropów interpretacyjnych daje odbiorcy sporo przestrzeni. Przestrzeni? Przecież akcja nie wychodzi poza jedno pomieszczenie. Nowy film włoskiego artysty to w zamyśle rzecz o pozorach, sprawczości, stawaniu się i o wszystkich momentach pomiędzy.

Tytułowe miejsce (Miejsce) jest Gdzieś i Nigdzie, bezimienny protagonista siedzi codziennie przy tym samym stoliku z fantastycznie zmęczoną miną (Mastandrea to najjaśniejszy punkcik całego przedsięwzięcia, w polskim remake’u rola rezerwowana byłaby dla Marcina Dorocińskiego). Dosiadają się do niego kolejni ludzie: pacjenci, klienci, wyznawcy? Genovese daje nam sygnał, że sięga po potężną broń ze swojego narracyjnego arsenału – uniwersalność. Potem zabiera się właśnie za pozorne wypełnianie niedomówień. Okazuje się, że wszyscy oczekują od bohatera spełnienia życzeń. Oczywiście ich spektrum jest szerokie: od poprawienia urody, przez seks z gwiazdą porno, naprawienie relacji z synem, po uratowanie bliskiej osoby od śmierci etc. Z niewyjaśnionych przyczyn każdy uważa, że mężczyzna jest w stanie zrealizować jego pragnienia. I faktycznie – sprawczość 100 procent, otwiera się tajemny notes, pada hasło: „da się zrobić!”. W zamian należy wykonać jedno zadanie, spektrum węższe, bo wszystkie propozycje są paskudne, uniwersalnie złe: porwanie dziecka, gwałt, podłożenie bomby etc.

Kim w takim razie jest bohater Mastandrei? We wstępie wysnułem kilka mniej lub bardziej pretensjonalnych hipotez. Rozchodzi się pewien ezoteryczny odorek: czy to Woland, Mefisto, Cash (w tej roli świetny Don Cheadle) z „Family Man” – najpiękniejszego obrazu w filmografii Nicolasa Cage’a? Sam reżyser przyznaje w wywiadzie, że nie odczytywałby tej postaci jako diabła czy demona, sugeruje, że może być to przywołane sumienie. Cóż, niedawny kazus Aronofsky’ego głoszącego własne interpretacje „mother!” pokazuje, jak bardzo można skrzywdzić swoje dzieło, nie wypuszczając go z rąk po premierze.

W takim razie – do wyboru, do pozoru – wolna wola widza konstytuuje się na niewiele wyższym poziomie, co decyzyjność ofiar odwiedzających The Place (choć stawka, przyznaję, jest nieporównywalna).

W imię czego ofiara staje się oprawcą? Jak daleko człowiek jest skłonny posunąć się w egoizmie? Albo w miłości? Genovese stawia te cokolwiek stare i przywiędłe pytania, traktując koncept wolnej woli jak coś niebywale kruchego, zasiedziałego przede wszystkim w języku i powierzchownej świadomości. Główny bohater zawsze uprzedza swojego petenta, że można w każdej chwili zrezygnować z umowy bez żadnych konsekwencji. Nie chcesz odzyskać wzroku? Ok, nie gwałć. Dręczy cię niedookreślenie? Ok, wyłącz film. Potem mamy do czynienia z okrutną i dosyć ciekawą wiwisekcją, następuje przepoczwarzenie z ofiary w bestię (rzecz jasna w różnych wariantach: niektórzy bohaterowie nigdy nie tracą statusu ofiary, niektórzy do tej formy powracają). Czy te procesy śledzimy razem z reżyserem? Niekompletnie, bo widzimy tylko stany „pomiędzy”. Genovese wybrał teatralną konwencję prowadzenia akcji. Co prawda tak jak np. w „Rzezi” Romana Polańskiego widz nie opuszcza jednego pomieszczenia, ale większość bohaterów włoskiego autora nie ma przed tym oporów, są do tego zmuszeni przez logikę narracji, a ich perypetie znamy jedynie z ich własnych podań. Czy reżyser tak bardzo wierzy w siłę opowieści i neguje moc obrazu? Wydaje się, że Genovese zakorzeniony i zaszufladkowany (przynajmniej przez włoskiego widza) w roli twórcy komediowego chciał po prostu zrobić coś świeżego na różnych płaszczyznach. Trudno niestety mówić w przypadku „The Place” o artystycznej odwadze, a koncept przejęty z amerykańskiego serialu „The Booth At The End” chyba rzeczywiście lepiej nadaje się na dłuższą telewizyjną formę lub po prostu na papier.

W „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” obnażano niskie ciągoty do osądzania, ale bardziej fascynujące od samego mechanizmu everybody lies (za każdym razem, gdy kłamiesz, gdzieś na świecie cyniczny geniusz medycyny zarzuca vicodinkę) było obserwowanie przestrzeni i ciężaru tajemnic, które w większości nie okazywały się niczym więcej niż mieszczańskimi grzeszkami wymierzonymi w obleśną pruderię. W „The Place” Genovese maszeruje ufnie kładką rozpiętą standardowo między Sartre’em a Eliotem, udowadniając (po raz n-ty), że my to inni, inni to my, a piekło może istnieć w każdym miejscu. Pukanie w wybite od dawna szyby. Dodatkowo zabrakło albo zdecydowania, albo przełamania narzuconych sobie ograniczeń narracyjnych. Zakończenie jest nieco przaśne, a przez cały film przewija się okropna, tandetna muzyka.

Nie mogę uznać „The Place” za dobry film. Wydaje się, że był skazany na niepowodzenie jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Pewną frajdę sprawia gra prowadzona przez reżysera z odbiorcą, niezłe aktorstwo i próba stworzenia intelektualnej podbudowy, ale to zbyt mało. „Da się zrobić!?”. Tym razem zabrakło sprawczości, a obraz jedynie pozuje na dzieło udane.
„The Place”. Reżyseria: Paolo Genovese. Scenariusz: Paolo Genovese, Isabella Aguilar. Zdjęcia: Fabrizio Lucci. Obsada: Valerio Mastandrea, Marco Giallini, Alba Rohrwacher, Vittoria Puccini i in. Produkcja: Włochy 2017, 105 min.