Wydanie bieżące

1 marca 5 (341) / 2018

Anita Jasińska,

PO DRUGIEJ STRONIE (MONIKA MOSTOWIK: 'PATRZĘ')

A A A
„Patrzę” jest najnowszą książką Moniki Mostowik, poetki, pisarki, socjolożki i scenarzystki. To, obok „Takiej ładnej” (2004), „Akrobatek” (2006), „Historyjek o May” (2008) oraz „Wyrzutów”, kolejna propozycja prozatorska, którą należy dołączyć do długiej listy lektur „do przeczytania”. Pokaźny zbiór niewielkich opowiadań zyskuje przy bliższym poznaniu. Początkowy chaos, fabularny zamęt i uporczywy nieporządek zmienia się niepostrzeżenie w pstrokatą mozaikę i konieczny eklektyzm. Niepasujące elementy zaczynają tworzyć zaskakujący witraż kobiecych doświadczeń. Proza Mostowik płynnie przekracza granicę jawy i snu. To, co oczywiste, miesza się z tym, co pozostaje w ryzach wyobraźni. Kolorowa imaginacja przechodzi w codzienną frustrację, a bohaterki, niepogodzone z własną tożsamością i cielesnością, bezwolnie dają się tej sile ponieść.

Nierówne trzy części „Patrzę”, zatytułowane kolejno „Raz”, „Dwa…” i „Trzy…” przywodzą na myśl kod dziecięcych wyliczanek, wykrzykiwanych wesoło na niejednym polskim podwórku w akompaniamencie chóralnych śmiechów, donośnych krzyków i wstydliwych łez. Wyliczanek, które w sposób bezlitosny i (podobno!) sprawiedliwy wyłaniały wielkiego przegranego lub bezkonkurencyjnego zwycięzcę beztroskiej, letniej zabawy. Tu sytuacja wydaje się zgoła odmienna. Podwórkowa selekcja, dzieląca grupę na poszukujących i szukanych, policjantów i złodziei, dobrych i złych, zmienia swoją klasyfikacje, choć też, równie niesprawiedliwie, co bezlitośnie rozdziela, wikła i miesza.

Bohaterki opowiadań wydają się permanentnie ulegać nieszczęściu i złu. Ich kolekcja doświadczeń i bolesne doświadczanie teraźniejszości stają się bagażem nie do zniesienia. Kolejne frazy płyną prędko, przelewają się przez palce, gonią to, co ma dopiero nadejść, wymykają się spod kontroli oraz pospiesznie uciekają, i postaciom wykreowanym przez Mostowik, i zdyszanym czytelnikom.

Pisarka przyszpila rzeczywistość. Chwyta w locie uniwersalne problemy związane z kobiecością, przeżytą traumą i przemocą symboliczną, wplatając je w ciąg losów swoich bohaterek. Mimowolnie rzucona uwaga o uwięzionej kobiecej seksualności staje się jedynie ponurym tłem do wewnętrznych rozważań zapisanych w „Biopsji”: „W tym kraju nie można rozmawiać o cielesności, bo wtedy nazwą Cię nimfomanką. Co innego mężczyźni, bo oni mogą mieć potrzeby, a nawet dylematy. Mogą nawet zdradzać, w końcu kto wymyślił monogamię, skoro my, kobiety, tak potrafimy kusić. Nawet małe dziewczynki są w dzisiejszych czasach bezczelne i wyuzdane” (s. 225).

Bezczelne i wyuzdane dziewczynki, zdaje się podpowiadać zaburzona logika przedstawionych kobiet, mogą być zastraszane i bite przez ojca lub szykanowane przez koleżanki z klasy. Ogłada i grzeczność, wpojona przez mamę i ciotkę, zabraniają koniecznej samoobrony i podpowiadają inne, zmyślne rozwiązanie: próbę pogodzenia się z oprawczyniami. Świat zostaje na chwilę uratowany.

Kobiety „Patrzę” nieustannie mierzą się z własną tożsamością, próbując odnaleźć swoje prawdziwe, jedyne i holistyczne ja. Rozdwojenie i rozpaczliwe, niemal schizofreniczne poszukiwania muszą skończyć się sukcesem, by bohaterki odzyskały utracony w dzieciństwie spokój ducha. Jedna z kobiet wyznaje: „Bałam się, kiedy pobierali mi krew, że okaże się nagle, że moja prawa strona ma zupełnie inną grupę krwi niż lewa, zupełnie do siebie nieprzystającą, jak Rh plus i minus, ale szybko dotarło do mnie, że to nie chodzi o hematologię i że ten konflikt wcale nie toczy się w moim krwiobiegu, ale zupełnie poza mną, gdzieś na zewnątrz” ( s. 51).

Strach, niepokój, konflikt, niezgoda i niezrozumienie wyznaczają oś, na której poruszają się wszystkie bohaterki opowiadań. Ich losy przecinają się dokładnie tam, gdzie pojawia się największy lęk i najsilniejsza obawa o siebie, swoje życie i własną tożsamość. Wszystkie z nich dążą do magicznego klucza, który pozwoliłby odnaleźć im prawdziwe, niezastraszone i niezignorowane ja. Początkiem zmiany staje się kategoryczna fraza o zmianie życiowej dewizy wpojonej każdej grzecznej dziewczynce, które niesie przesłanie o eleganckiej prezencji (s. 51) i wysublimowanej uległości: „Mam dość ustępowania wszystkim miejsca. Zawsze przychodzi moment, kiedy trzeba usunąć się w cień, żeby nie zasłaniać słońca temu, co ma zakwitnąć. Zawsze w końcu odkrywam, że ten ktoś, a właściwie każdy, zasłużył bardziej na coś lepszego. Zamiast kopać fosy, oddaję po dobroci to, o co od wieków toczą się wojny” (s. 213).

Zdaje się, że stajemy się świadkami powolnej i bolesnej przemiany, a tok lektury odpowiada procesowi wychodzenia z cienia ograniczonej cielesności, uwięzionej seksualności i szeregu obyczajowych zakazów i nakazów, w których pogubiono drogi. Postaci książek nie chcą mówić. Dorastają, żyją i myślą w milczeniu, które „rodzi wrzask” (s. 213). Chodzą na palcach wokół własnych problemów i rozterek, kiwają potulnie głową, wzruszają ramionami albo zwijają się w kłębek, chcąc powrócić do bezpiecznej pozycji z Początku, zwinąć się w kulkę, ciepły embrion.

Ilustracje i projekt okładki stworzony przez Adę Dandę wzbogaca i, odnoszę wrażenie, interpretuje oraz spaja rozproszone opowiadania Mostowik. Kobieta z okładki skutecznie zatrzymuje na siebie wzrok. Uchwycona w intymnej pozie nienarodzonego jeszcze dziecka, naga, pozbawiona maski złożonej z warstw ubrań i makijażu, wyzywająco patrzy. Uchwycona czyichś zgilotynowanych tuż przed anatomicznym zaokrągleniem nóg, sprawia wrażenie zagubionej, ale nie pozbawionej godności, obdartej z teraźniejszości, ale nie obnażonej z nadziei. Jej wzrok niezmiennie śledzi czytelnika, nie dając mu chwili wytchnienia.

„Patrzę” wywołuje niepokój i nie budzi zaufania. To, co warte podkreślenia, nie jest lektura na wolne i leniwe wieczory. Wchodząc w świat pisarki, podglądamy postaci książki i doglądamy roślin w ich zarośniętym ogródku, ale sami też nie pozostajemy w cieniu. Kolejne miniatury obnażają fatalną prawdę o niekonsensualnej wzajemności tej relacji. Podglądamy i jesteśmy „przejrzewani”, patrzymy i jesteśmy oglądani, oglądamy i czujemy się filowani. Nic nie pozostaje ukryte, wszystko zostaje dostrzeżone i sprowadzone do figury „zdwojonej całości” (s. 326).

Splot intymnych historii o nieudanych razach, trudach relacji damsko-damskich, ucieczek do wnętrza, nie jest obcy, choć budzi przerażenie. Prawda, którą jesteśmy zaskoczeni, nie jest niczym nowym. Inga Iwasiów podpowiada, że opowieści autorki zawierają konstytutywne pytania o to, kim są kobiety, którymi kiedyś byłyśmy lub będziemy. Jak, kontynuuje myśl, współtworzymy tę dużą historię pomniejszymi losami, jednostkowymi świadectwami, pojedynczymi doświadczeniami.

Ta momentami toksyczna opowieść daje jednak odpór złu. W swej błotnistej strukturze i gorzkiej melodii pozwala na przeżycie czytelniczego katharsis. Zatrzaśnięcie książki po ostatniej kropce zbiega się nieoczekiwanie z hukiem spadającego z serca kamienia. Ciche domknięcie lekkiej okładki przypomina zgrzyt więziennych krat. Z tym, że znajdujemy się już po ich drugiej stronie. Bardziej wolne i ciut silniejsze.
Monika Mostowik: „Patrzę”. Wydawnictwo JanKa. Pruszków 2017.