Wydanie bieżące

1 marca 5 (341) / 2018

Maja Baczyńska,

MIASTO-MASZYNA

A A A
Słuchanie nowego miasta nie jest łatwe. W swoim mieście rozumiemy czasem zbyt wiele słów, co zmusza nas do zastanawiania się nad ich sensem, zamiast zasłuchania się w miejskiej, „muzycznej” frazie. W obcym – czasem nie rozumiemy zupełnie nic, nawet jego audiosfery. Choć w gruncie rzeczy źródła dźwięku wszędzie są podobne. Znam wielu kompozytorów, których inspiruje brzmienie miasta. Jedni szukają jego korzeni, jak Mieczysław Litwiński w swoim utworze „VARŠVA” o muzycznej prehistorii Warszawy, inni jego współczesnej tożsamości, jak Wojciech Błażejczyk w „Warsaw Music”. Nie wszyscy piszą z inspiracji swoimi rodzinnymi miastami. Inny polski kompozytor, Tomasz Jakub Opałka, stworzył np. „L.A.Concerto” na skrzypce i orkiestrę.

Są też wśród nas tacy, którzy podziękowaliby za choćby minutę ciszy, jak moi przyjaciele, reżyserzy dźwięku z Nowego Jorku. Ale bywa i tak, że brak ciszy to cena za nieskończoność inspiracji i doznań artystycznych w wielkich metropoliach, będących jednocześnie ośrodkami kulturalnymi.

Osobiście w polskich miastach lubię zamykać oczy i słuchać przypływających do mnie dźwięków, czuję wtedy, że jestem częścią pewnej wspólnej rzeczywistości. Miasto jako takie to dla mnie przestrzeń pełna polifonii. Wiele różnych warstw rozgrywa się tu jednocześnie, słyszymy: własny oddech, bicie serca, kroki, szum wiatru w drzewach w parku, odgłosy ulicznego ruchu, hałas odległej budowy, gdzieś tam czyjś krzyk, płacz dziecka, karetkę, dyskotekę, helikopter itd. Jeszcze dwa, może trzy razy w miastach zagranicznych w podobny sposób zamknęłam oczy, aby słuchać. Pierwsze z nich to jedno z wielu urokliwych alzackich miasteczek, jakimi są wprost obsiane zalesione wzgórza Wogezów, drugie – wspomniany już wcześniej Nowy Jork. Mekka światowej kultury, z Metropolitan Opera, Carnegie Hall i Broadwayem na czele.

Zrobiłam to na High Line, szłam długo, nim znalazłam „swoją” ławkę. Najpierw uciekłam z rozbudowywanego wokół osiedla, potem minęłam rzeźby i graffiti, które nie pozwalały wierzyć w dyskrecję. Ale gdy już się zatrzymałam, usiadłam, spojrzałam na miasto u moich stóp, zamknęłam oczy i... usłyszałam niemal wszystko. A czułam się, jakbym uczestniczyła w swoistym misterium. W swojej wyobraźni w trakcie trwania jednego oddechu podążyłam za maleńkimi dźwiękowymi pejzażami, każdy z nich odsłaniał nową historię. Ktoś mnie później zapytał, czemu w Nowym Jorku, tym wielkim szklanym kanionie, byłam tylko tydzień. Może dłużej nie musiałam. Nie tylko patrzyłam na miasto-maszynę, lecz przede wszystkim go wysłuchałam.