Wydanie bieżące

15 marca 6 (342) / 2018

Michał Łukowicz,

MĘŻCZYZNA, KOBIETA I ROMANS (NIĆ WIDMO)

A A A
W jednym z wywiadów promujących „Nić widmo” Paul Thomas Anderson, zapytany o pomysł na fabułę swojego nowego filmu, odpowiedział, że idea wyszła od kilku słów zapisanych na kartce: „mężczyzna, kobieta i romans”. I w sumie tak można by streścić z grubsza tę historię.

Londyn, lata 50. XX wieku, wzięty, zdolny krawiec haute couture Reynolds Woodcock zakochuje się w skromnej, dużo młodszej od siebie kelnerce. Na pierwszy rzut oka nieskomplikowana, niezbyt fortunnie zapowiadająca się fabuła. Kiedy jednak weźmiemy pod uwagę, że chodzi o nowy projekt P.T. Andersona, reżysera, do którego przydomek „wizjoner” pasuje jak do mało którego artysty pracującego w tym momencie w Hollywood, możemy mieć pewność, że banalny koncept, wzięty na reżyserski warsztat autora „Boogie Nights”, to będzie coś znacznie, znacznie więcej.

Pierwszy element andersonowskiego pomysłu – mężczyzna (postać zainspirowana legendarnym krawcem Cristóbalem Balenciagą), grany przez Daniela Day-Lewisa, zostaje nam bardzo precyzyjnie zaprezentowany już w początkowych ujęciach filmu. Tych kilka kadrów przedstawia żmudne „przybieranie formy” – Woodcock pastuje buty, uważnie stylizuje brwi, dwiema szczotkami zaczesuje włosy i z gracją zakłada na nogi długie czerwone skarpety. Skrupulatnie wykadrowany, pedantyczny proces fizycznego „stawania się” ukazuje nam bohatera w całej krasie – jako przywiązanego do rytuałów, zamkniętego w sobie, śmiertelnie dokładnego krawca-artystę.

Kobieta – Alma (Vicky Krieps) poznaje Woodcocka w knajpce, w której pracuje jako kelnerka. Dziewczyna jest skromna, niespecjalnie urodziwa i nie ma w sobie nic z wysublimowania Reynoldsa. Jednak zdaje się, że krawiec widzi w niej coś, co wyróżnia ją spośród innych kobiet. Gdy po raz pierwszy pojawiają się razem na ekranie, projektant, wbrew surowej diecie, jaką deklarował w jednej z wcześniejszych scen, w charakterystyczny dla siebie, wyrafinowany sposób zamawia u bohaterki imponujący zestaw śniadaniowy, po czym zaprasza ją do wspólnego posiłku. Propozycja posiłku jest oczywiście metaforą, jedną z wielu, które pojawiają się w „Nici widmo”. Wspólne śniadanie okaże się początkiem długiej relacji, o której powiedzieć słodko-gorzka (kulinarne określenia, jeżeli chodzi o ten film, są jak najbardziej adekwatne), to tak, jakby nie powiedzieć nic.

Romans Reynoldsa i Almy to bez wątpienia jedna z najbardziej oryginalnie przedstawionych perypetii miłosnych w kinie ostatnich lat. Anderson buduje tę relację wokół charakterów postaci, wynajdując dla filmu formę inspirowaną profesją bohatera granego przez Day-Lewisa. Niemal wszystkie stosunki pomiędzy wspomnianą dwójką postaci kręcą się wokół krawiectwa. Trudno, żeby było inaczej, jeśli wziąć pod uwagę, że największą pasją Reynoldsa jest jego praca i to do pracy dostraja on swój tryb życia. Utożsamia się z każdą suknią do tego stopnia, że jest w stanie zaryzykować wielkie pieniądze, żeby odebrać swoje dzieło kobiecie, która „nie zasługuje” na noszenie jego kreacji. Metaforę tego „przelewania” czy „wszywania” siebie w dzieło stanowi rzeczywisty gest wszywania w projektowane kreacje swojego nazwiska (każda suknia ma metkę z nazwiskiem projektanta). Związując się z Woodcockiem, Alma musi, nomen omen, dopasować się do jego trybu życia. Staje się jedną z jego modelek, jego muzą, ale z biegiem czasu także nieco uciążliwą towarzyszką codzienności.

Uciążliwość jest efektem różnic świetnie rozpisanych przez Andersona charakterów. Reynolds ukryty za swoim image’em, swoimi rytuałami i przyzwyczajeniami jest personifikacją kultury, natomiast Alma, porażająca bezpośredniością i prostotą – natury. Day-Lewis i Krieps tworzą pełnokrwiste, intrygujące postacie, których kolejne utarczki są fascynująco nieoczywiste i nieprzewidywalne. Odtwórca roli Reynoldsa Woodcocka gra subtelnie, często jakby „do siebie”, potęgując tymi środkami tajemniczość i enigmatyczność bohatera. Krieps, używając nieco innych aktorskich środków, bez pudła tworzy postać prostodusznej zakochanej dziewczyny, a później kobiety (dojrzewa bowiem wraz z rozwojem akcji), która próbuje zrozumieć swojego mężczyznę i „dotrzeć” do niego za wszelką cenę.

Jest to też film o męskości. Krawiec-artysta w zasadzie żyje „sam pośród kobiet”. W marynarkę ma wszyty pukiel włosów swojej matki, jego stałą współpracownicą jest apodyktyczna siostra – Cyril, a klientkami tylko kobiety. Może dlatego postać Day-Lewisa tak silnie broni swojej podmiotowości, maskuje się, zamyka w sobie, chcąc zachować status quo. Jakiekolwiek głębsze relacje, wpuszczenie kobiety do tego męskiego (a przez to „kulturowego” i poukładanego) świata mogą zachwiać tą rzeczywistością.

Sukcesem reżysera jest uniwersalność „Nici widmo”. Poszczególne fabularne wydarzenia odnieść można do wielu międzyludzkich okoliczności, które przy głębszej interpretacji imponująco się spiętrzają, stwarzając jednak ryzyko pretensjonalności. Anderson ucieka na szczęście od prostej, parabolicznej, wypełnionej symbolami i metaforami formy. Umiejętnie podszywa warstwę narracyjną autoironią i odniesieniami do swoich filmowych inspiracji (m.in. „Rebeka” Alfreda Hitchcocka, „Czerwone trzewiki” Emerica Pressburgera i Michaela Powella). Prowadzi nas przez historię niespiesznie, jakby chciał, abyśmy wzorem głównego bohatera z uwagą smakowali otaczający go świat fizyczny. Dlatego też, będąc jednocześnie reżyserem i operatorem, kieruje oko kamery i rozpływa się nad fakturami sukien (na uwagę zasługują kostiumy!) czy estetyką posiłków Woodcocka. Dodatkowo, brawurowo buduje niezwykłość i klimat świata przedstawionego subtelnym, plastycznym światłem.

Dzięki tym zabiegom film nabiera lekkości i pozwala uniknąć twórcy „Aż poleje się krew” wtórności i banału. Efekt potęguje muzyka Jonny’ego Greenwooda. Jest to najbardziej „filmowy” soundtrack w jego karierze, skomponowany „po bożemu”, pełny odniesień do klasyków: Schuberta, Reicha i Debussy’ego. Przestrzeń muzyczna wciąż przypomina o swej obecności, doskonale podkreślając stany i napięcia emocjonalne bohaterów, nadając również filmowi specyficzny retro-klimat.

Jak już zostało wcześniej powiedziane, relacja dwójki bohaterów jest swoistym pojedynkiem. Grą, którą świetnie się ogląda. To, co proponuje nam Anderson – sposób w jaki opowiada historię miłości krawca i kelnerki – również jest czymś w rodzaju gry. „Nić widmo” to zabawa filmową formą i narracją z gracją odbijająca się od naszych przyzwyczajeń. Reżyser tworzy przemyślany, dobrze skrojony, wybitny formalnie utwór i przedstawia poszczególne obrazy w sposób umożliwiający nam czerpanie ogromnej satysfakcji z dociekania i rozwikływania poszczególnych słów, gestów i znaków. Tak brawurowych filmów, z których zwycięsko wychodzi nie tylko ego reżysera, ale przede wszystkim zadowolony widz, wciąż nam w kinie potrzeba. Anderson po raz kolejny wygrywa.
„Nić widmo” („Phantom Thread”). Scenariusz, reżyseria i zdjęcia: Paul Thomas Anderson. Obsada: Daniel Day-Lewis, Vicky Krieps, Lesley Manville, Camilla Rutherford i in. Produkcja: USA 2017, 130 min.