Wydanie bieżące

15 marca 6 (342) / 2018

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

A CO JEŚLI TO JUŻ KONIEC? (SIGRIDUR HAGALIN BJORNSDOTTIR: 'WYSPA')

A A A
Książka rozpoczyna się mottem z Johna Donne’a rozsławionym przez Ernesta Hemingwaya, co zdaje mi się wręcz prowokacyjne, któż porównuje się z Ernestem? „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu (…) Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie”. W istotce pisarstwo Sigríður Hagalín Björnsdóttir stoi na antypodach Hemingwayowskiej opowieści o człowieku, którego można zniszczyć, ale nie pokonać. Bohaterowie islandzkiej dystopii są marionetkami w rękach władzy i poza dosłownie kilkoma wyjątkami nie mogą się jej przeciwstawić. Zanim jednak pomyślimy o nich z wyższością słowiańskiej duszy, warto sobie uświadomić, że książka jest niepokojąco aktualna. W rozmowie z dziennikarzem „Wysokich Obcasów” autorka odsłoniła przed polskimi czytelnikami genezę książki. Doświadczeniem bezpośredniej obserwacji atmosfery po ataku na WTC w Nowym Jorku podzieliła się z jednym z bohaterów, który później przez długi czas opiera się przyjęciu do wiadomości, że intencje pani premier nie są czyste, a on jest potrzebny do umocnienia machiny propagandy. Jak u Orwella, przepływ informacji jest kontrolowany przez władze i dochodzi do manipulacji i propagandy nazywającej klęskę głodu przejściowymi trudnościami.

Przed lekturą zastanawiałam się, jaki klucz przyjmę, mając bardzo nikłe doświadczenie literackie, jeśli idzie o dystopię. Okazało się, że ta dystopia jest opisem rzeczywistości jeśli nie nam współczesnej, to w istocie niebezpiecznie nieodległej. Sytuacja wyjściowa całkowitego odcięcia Islandii od świata zewnętrznego, czyli braku połączeń lotniczych, morskich, internetowych z resztą globu wydała mi się nieprzekonującym lub w najlepszym razie naciąganym elementem konstrukcyjnym, odpowiednim dla wyspy, całkowicie nieprzystawalnym do kraju leżącego w środku kontynentu. Jednak jeśli pominiemy ten element, wraz z dalszą lekturą zjeży nam się głos na głowie. Bo czyż u nas nie znaleźliby się podobni cyniczni i mający odpowiedź na każdą wątpliwość politycy, dziennikarze? Podejrzewam, że na wybuch niechęci wobec obcych w sytuacji ograniczenia jedzenia, bezrobocia i braku lekarstw czekalibyśmy krócej niż kilka miesięcy, prawda? Być może jeszcze kilka lat temu uznałabym tę wizję za fantastyczną parabolę, podczas gdy dziś nabrała przerażającej aktualności. Ile kroków dzieli nas od odrzucenia twarzy cywilizowanego społeczeństwa, jeśli zabraknie podstaw tej cywilizacji? Jak szybko zaczniemy przyglądać się sąsiadom i oceniać ich „polskość”, czy nie będziemy kombinować, jak tu umieścić starszych krewnych w szpitalu, by pozbyć się jednej gęby do wykarmienia? Potem wrócimy do narracji o odwiecznym narodowych cechach, które pomogą nam przetrwać każdą katastrofę, która z kolei, nie jest tak naprawdę katastrofą tylko próbą naszego charakteru. Brzmi znajomo i wcale nie tak futurystycznie. A to naprawdę zdawkowy opis tego, co przygotowała Björnsdóttir.

Jednym z bohaterów powieści jest dziennikarz Hjatli, który właśnie zakończył związek z Marią, matką dwojga dorastających dzieci. Hjalti ma trudności w utrzymaniu relacji, była partnerka zarzuca mu egoizm i niewielką elastyczność. Dziennikarz ma dobre relacje z politykami, szczególnie z byłą sympatią, ambitną minister spraw wewnętrznych Elin Olaffdottir. Cechą charakterystyczną Hjaltiego jest unikanie trudnych sytuacji, w których inni oczekują jasnego opowiedzenia się po którejś ze stron. Hjatli nie jest człowiekiem złym, ale unika nazywania rzeczy po imieniu i ostatecznie przyczynia się do umocnienia propagandy rządowej. Pierwsza scena udziałem tego bohatera to wspomnienie ataku na WTC, który prawie dwadzieścia lat temu wydawał się spełnieniem koszmaru rodem z filmów katastroficznych i zmienił zwrotnicę dziejów, ale dział się poza granicami sytej Europy i nie stanął na przeszkodzie temu, byśmy – mimo wieszczenia końca europejskiej cywilizacji – zdążyli jeszcze kilka razy popaść w samozachwyt. Bjornsdottir pokazuje, że nie potrzeba terrorystów o egzotycznym typie urody, że nadchodzi czas przyjęcia konsekwencji wyborów politycznych i społecznych. Kontrapunktem słabego Hjaltiego jest Maria, Hiszpanka od wielu lat mieszkająca na wyspie, samotna matka dwójki dzieci, raczej zahartowana, twardo stąpająca po ziemi, przyglądanie się, jak krok po kroku znika jej dotychczasowe życie, a ona ma realne podstawy obawiać się swoich gospodarzy, nie może nie skojarzyć się z konkretnymi sytuacjami obserwowanymi w naszym bieżącym życiu społecznym.

W treść powieści wpleciono artykuły prasowe, ich tonacja i wydźwięk zmienia się przerażająco. Od próby uspokojenia czytelników do wykreowania alternatywnej rzeczywistości i umacniania jedynie słusznego przekazu. Stopniowe ograniczanie wolności zgromadzeń pod pozorem ochrony mieszkańców. Oddziały ratunkowe szybko przestają kojarzyć się dobrze, młodzi, silni mężczyźni niekoniecznie spieszą na ratunek. Sytuacja zmienia się dość gwałtownie, nastroje społeczne radykalizują się, zwykli obywatele dzielą się na tych, którzy próbują żyć tak jak dawniej i tych, którzy wykorzystują ekonomiczną, a niebawem i fizyczną przewagę nad innymi. Jedni wycofują się do domów, inni zgodnie z propagandą rządową wierzą, że muszą udźwignąć ciężar tworzenia nowego społeczeństwa, które ma być powrotem do zmitologizowanych czasów, gdy Islandia była odseparowaną i samowystarczalną wyspą zamieszkałą przez twardych, nawykłych do ciężkiej pracy i skromnego jedzenia rolników i myśliwych.

Co uznaję za wadę książki, jak twierdzi wydawca, szeroko komentowanej w Islandii? Wolałabym, żeby niektóre z ocen pozostawić czytelnikowi, autorka zbyt bezpośrednio określa postępowanie bohaterów, nie zostawiając pola do interpretacji. Niektórzy z bohaterów nie mówią, jedynie przemawiają i są papierowi. Jeżeli to celowy zabieg, oddaję honor pisarce. Jednakże odnoszę wrażenie, że szkicowość postaci wynika w większym stopniu z niedostatków warsztatu lub inaczej - ze zbytniego zawierzenia założeniu, że dziennikarski ton udźwignie fabułę. Błyskotliwy koncept, kilka wbijających w fotel realizacji, aktualność tematyki – to zalety tej niewielkich rozmiarów książki, która nie zdąży czytelnika znużyć. Niestety, w drugiej kolumnie bilansu wpisuję przeciętną realizację artystyczną. Nie jest to na pewno „książka, która zmieniła moje życie”, ale przyznaję ze smutkiem, że jest bardzo realistyczna i to zatrważa tym mocniej.
Sigríður Hagalín Björnsdóttir: „Wyspa”. Przeł. Jacek Godek. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2018.