Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (343) / 2018

Patryk Szaj,

UMIŁOWANIE KARBÓW (WITOLD WIRPSZA: 'SAMA NIEWINNOŚĆ. POWIEŚĆ')

A A A
Instytut Mikołowski od lat wykonuje znakomitą pracę, przywracając dorobek Witolda Wirpszy do obiegu czytelniczego. Tym razem zaproponował nam „Samą niewinność. Powieść”, opracowaną przez Dariusza Pawelca na podstawie maszynopisu znajdującego się w Bibliotece Muzeum Polskiego w Rapperswilu w Szwajcarii, w archiwum Alfreda Loepfego – tłumacza książki na język niemiecki.

Powieść została ukończona w 1974 roku, trzy lata po publikacji zbioru szkiców „Polaku, kim jesteś?”, ważnego dla jej treści o tyle, o ile losy jej bohatera są niemal ścisłą transpozycją na język literacki opisanego w jednym z rozdziałów książki eseistycznej „życiorysu groteskowego” („Polaku, kim jesteś?”. Mikołów 2009, s. 110-119. Dalej jako PKJ). Wydawca ostatecznie jednak nie zdecydował się na opublikowanie „Samej niewinności” (mimo wypłaconej autorowi zaliczki), głównie ze względu na jej skomplikowanie formalne i eksperymentalność, które czyniły ją „praktycznie niesprzedawalną” (s. 6). Fragmenty powieści drukował potem drugoobiegowy „Zapis”, jednak dopiero edycja Instytutu Mikołowskiego jest wydaniem całościowym.

Formalnie „Sama niewinność” to swego rodzaju kompozycja szkatułkowa: jej ramę kompozycyjną stanowi narracja Doroty, wspominającej swoje wizyty w domu „socjalistycznego milionera”, gdzie pojawiała się, aby stenografować wspomnienia i wynurzenia tego dawnego członka nomenklatury partyjnej. Zasadniczą fabułę przynoszą jednak porządkowane przez Dorotę zapisy rozmów z jej niecodziennym pracodawcą, podczas których poznawała ona historię jego życia – od młodzieńczego, przedwojennego zaangażowania w ideę komunistyczną, przez osobliwe awanse (tzw. kopniaki w górę) w strukturze partyjnej, aż po to, jak stał się „socjalistycznym milionerem”. Narracja Doroty najpewniej ma miejsce w 1968 roku, natomiast jej wizyty w podwarszawskiej willi odbywały się dziesięć lat wcześniej – w roku 1958. Te ramy chronologiczne „Samej niewinności”, choć niepodkreślane nazbyt nachalnie, wydają się znaczące: były członek Partii snuje wszak swoją opowieść dwa lata po Październiku ‘56, wieńczącym stalinizm w komunizmie polskim, zaś Dorota porządkuje zapiski w okresie przesilenia „naszej małej stabilizacji”, które przyniosło chyba definitywny kres wiary społeczeństwa w możliwości „socjalizmu z ludzką twarzą”.

Jak już wspomniałem, Wirpsza wyjął „życiorys groteskowy” „socjalistycznego milionera” z książki „Polaku, kim jesteś?”. Rozmówca Doroty był szczerym przedwojennym komunistą. Zaraz po wybuchu wojny trafił do niewoli niemieckiej i przesiedział w niej aż do 1945 roku. Pod koniec tego okresu „odnalazł” go w oflagu jego dawny towarzysz, który zaangażował go w budowanie nowych struktur partyjnych. Piszę „odnalazł” w cudzysłowie, bo to, czy rzeczywiście znali się oni z wcześniejszej działalności w Komunistycznej Partii Polski, czy ich „znajomość” została spreparowana na potrzeby wciągnięcia naszego bohatera w nowe struktury partyjne, pozostaje niewiadomą. Tak zaczyna się „kariera” rozmówcy Doroty, który zresztą nigdy nie opuścił średniego szczebla organizacji partyjnej, ale znalazł się w nomenklaturze, co zagwarantowało mu nie tylko określone przywileje, ale i praktyczną nietykalność. Nie będę zdradzał, jakie perypetie towarzyszą kolejnym etapom tej osobliwej kariery, gdyż odebrałoby to czytelnikom sporo lekturowej przyjemności, w istocie jednak są one groteskowe.

Rola Doroty od początku pozostaje niejasna. To jedyna postać w powieści (nie licząc epizodycznej Barbary), która posiada imię, w dodatku znaczące (konotacje ze św. Dorotą z Cezarei). Oprócz niej w całej historii dominuje mroczna atmosfera anonimowości. Niemniej jednak nie wiadomo, czy imię to jest prawdziwe. Pomiędzy Dorotą a jej pracodawcą toczy się dialektyczna gra zaufania i nieufności, w konsekwencji której nie dowiadujemy się niczego pewnego ani o stenotypistce, ani o „socjalistycznym milionerze”. Być może ta pierwsza została nasłana przez UB i nie jest tym, za kogo się podaje (rozmowy z byłym aparatczykiem często przypominają przesłuchania). Być może ogłoszenia, na które odpowiedziała, wcale nie zamieścił jej „pracodawca”. Być może wszystko zostało sfingowane. Być może – bo i taka ewentualność tu zachodzi – sam Wirpsza wodzi czytelnika za nos, a stenotypistka i „socjalistyczny milioner” nie są realnymi postaciami, ale alegoriami… Niezależnie jednak od tego, czy Dorota pracuje dla tajnych służb, czy po prostu pragnie sobie dorobić, zapisując wspomnienia dawnego członka nomenklatury, jej rolą pozostaje dokładne rejestrowanie wszystkiego, co od niego usłyszy, oraz łączenie niespójnych „zeznań” w zwartą, całościową opowieść (słowem, jak zauważa bohaterka, „fałszerstwo swoiście zakłamanego surowca” – s. 25).

„Samą niewinność” interpretować można jako książkę o jednoczesnej grozie i śmieszności stalinizmu w polskim wydaniu. Z pewnością rację ma Przemysław Czapliński, który w blurbie zamieszczonym na czwartej stronie okładki zauważa, że Wirpszy udało się połączyć Gogola z Orwellem, choć więcej tu chyba z ducha gogolowskiej satyry niż orwellowskiej antyutopii. Autor „Polaku, kim jesteś?” był przeświadczony, iż stalinizm niósł ze sobą „trwogę przybierającą niekiedy postać groteski” (PKJ, s. 148) i „Sama niewinność” nieustannie miesza oba te porządki. „Orwellowskie” jest unoszące się nad opowiadaną w książce historią odium wszechobecnego kłamstwa – nie wiemy, czy nie okłamują się nawzajem główni bohaterowie powieści, ale i w reminiscencjach byłego członka nomenklatury co rusz powraca przeświadczenie, że „kłamstwo jest losem” i „w ogóle kategorią nadrzędną” (s. 49), że w pewnym sensie nic, co przeżył, nie wydarzyło się naprawdę – wszystko od początku było spreparowane i wpisane do jego kartotek, zanim jeszcze tego doświadczył. Kłamstwo panuje w „Samej niewinności” niepodzielnie, co Wirpsza zaznacza także za pomocą sygnałów metatekstowych, np. wtedy gdy Dorota i jej pracodawca podejmują osobliwą grę w odwrócenia sensów słów poprzez ich redukowanie:

– […] Ponaddrzewieccy, z którymi na poufałości takie, jak z Drzewieckimi, pozwalać sobie nie mogłem.

– Mogłem.

– Nie mogłem. Niech pani pisze: nie mogłem.

– Ostatnie słowo: mogłem.

– Niech będzie. Mogłem.

[…]

– Co dziwniejsza, w straszliwym kociokwiku czułem się zazwyczaj odmłodniały, czy zdziecinniały, w każdym razie niedorosły.

– Dorosły.

– Powiedziałem: niedorosły.

– Rosły.

– To taka więc zabawa; niechaj będzie: osły.

– Osły? Czyżby to była ucieczka od odpowiedzialności?

– Ości. (s. 134-135)

Rodem z totalitarnej antyutopii jest także charakterystyczne dla stalinizmu wymieszanie polityki z policją („uszczęśliwianie polityczne nie da się bez uszczęśliwiania policyjnego urzeczywistnić” – s. 42) oraz atmosfera nieustannego przesłuchania, jakiej mimowiednie ulega dwoje interlokutorów. Zarazem jednak jest to „przesłuchanie” groteskowe, skoro do absurdu zostają sprowadzone czynności rejestrowania literalnie wszystkiego, co tylko padło z czyichś ust:

– Pani to notuje?

– Tak.

– I to, że zapytałem: pani to notuje?

– To także, a także i to, że zapytał pan, czy notuję, iż pan zapytał. (s. 64)

Kompromitowane są też, i to przez samych członków wierchuszki partyjnej, dialektyka marksistowska, która nomenklaturze służy do usprawiedliwiania własnych poczynań i utrzymania własnych stołków, oraz hasła walki klasowej czy dyktatury proletariatu, o której Wirpsza z właściwym sobie satyrycznym zacięciem pisał, iż „proletariat jej podlegał, czyli jej absolutnie nie sprawował” (PKJ, s. 185). Słowem, „gogolowska” jest cała przedstawiana w „Samej niewinności” historia. Książkę da się czytać jako satyrę na oportunistyczną, karierowiczowską, cyniczną nomenklaturę partyjną; satyrę ukazującą „proceder powstawania nieczystości” (PKJ, s. 111) przekształcający ideę komunistyczną w zbiór komunałów instrumentalnie wykorzystywanych przez Partię dla realizacji jej celów i niewolenia społeczeństwa.

Jaki obraz stalinizmu wyłania się z powieści? Wirpsza wskazuje przede wszystkim na wszechpanującą w tym systemie anonimowość – odbieranie człowiekowi jednostkowej tożsamości, celowe „gubienie” wartości pojedynczego życia, okazującego się jedynie ziarnkiem w kupie piachu, elementem kolektywu. Takiej depersonalizacji podlega w „Samej niewinności” zarówno społeczeństwo, jak i nomenklatura partyjna. Funkcje tej depersonalizacji są jednak odmienne: o ile w przypadku ogółu obywateli służy ona, by tak rzec, (bio)politycznemu systemowi zarządzania poprzez ustanowienie wielkiego anonimowego panoptykonu („Podejrzliwość była rozproszona, promieniowała zewsząd i powszędy, stawała się Wielkim Wszechobecnym Anonimem, synonim zaś tego Anonima nazywał się Józef Stalin, no, tak, Sta – lin” – s. 88-89), o tyle nomenklaturze pomaga ona zdjąć z własnych barków ciężar odpowiedzialności za popełniane czyny.

Żaden z członków Partii, łącznie z rozmówcą Doroty, nie posiada imienia, zamiast tego nazywani są oni za pomocą „oddrzewnych” pseudonimów: Jodłowskimi, Malinowskimi, Brzezińskimi itp. lub – ogólnie – Drzewieckimi. Sugerować to może, że wiodą życie „wegetatywne”, zachowując przytomność, jednak nie posiadając świadomości albo, innymi słowy, posiadając świadomość fałszywą. Są przecież tylko „niewinnymi”, bezimiennymi egzekutorami systemu, w gruncie rzeczy żaden z nich „nic złego w życiu nie uczynił” (PKJ, s. 119), sprytnie cedują trybunalizację na Anonima, któremu służą. Choć zostali zniewoleni tak samo jak reszta społeczeństwa, a może nawet bardziej, to jednocześnie niewola daje im złudzenie bezpieczeństwa i pewności. Dlatego pracodawca Doroty zdefiniuje w pewnym momencie stalinizm jako umiłowanie karbów: „jest to stan ducha, kiedy się wyczuwa, że żywione w głębi serca ideały sprawiedliwości, życzliwości wobec bliźnich, dobroci, czy jak jeszcze to nazwiemy, zostają ujęte w karby, na co się zgadzamy i w gruncie rzeczy pragniemy tego: te karby zaś czynią wszystkie te ideały niejasnymi, rozmazanymi, nieokreślonymi” (s. 73). Rozmazanie ideałów wynika natomiast z uprawianej na wielką skalę „deprawacji języka” (PKJ, s. 155), potęgującej rozziew między słowem a czynem, arbitralnie ustanawiającej znaczenia i podsycającej atmosferę wzajemnej podejrzliwości zarówno wewnątrz Partii, jak i w samym społeczeństwie, czemu raz po raz ulegają w swoich rozmowach Dorota i „socjalistyczny milioner”.

„Samą niewinność” można więc czytać co najmniej na dwóch płaszczyznach: „psychologicznej” („groteskowy życiorys” pewnego typu komunisty) oraz „parabolicznej” (opowieść o stalinizmie jako systemie niszczącym jednostkę), i w obu przypadkach zasługuje ona na uważną lekturę. Nie jest to chyba pozycja na miarę znakomitej poezji Wirpszy czy jego oryginalnej eseistyki, ale przynosi ciekawe spojrzenie na pewien etap polskiej „przygody socjalistycznej” (PKJ, s. 119) oraz na metody, za pomocą których komunizm deprawował ludzi i przekształcał ich z oddanych idei aktywistów w cynicznych karierowiczów. Nasuwa przy tym dwa – chyba nieoczywiste, a nawet zaskakujące – skojarzenia, które chciałbym zasygnalizować na koniec. Po pierwsze: z rozważaniami Aleksandra Wata nad stalinizmem jako ustrojem zarządzającym ludźmi za pomocą klucza (władza nad słowami) oraz haka (terror jako narzędzie pedagogiki społecznej). Po drugie: z „Karierą Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. „Sama niewinność” nie jest oczywiście powieścią popularną, a „socjalistyczny milioner” to nie „Dyzma” (choć może do pewnego stopnia…), ale Wirpsza i Dołęga-Mostowicz spotykają się w jednym miejscu – obaj zauważają, że, czy to sanacja, czy stalinizm, u władzy prawie zawsze znajduje się jeden typ człowieka, dosadnie określony w „Samej niewinności” „masturbantem o sztubackiej psychice” (s. 148). Diagnoza ta wydaje się dziś bardzo aktualna.

Literatura:

Wirpsza W.: „Polaku, kim jesteś?”. Mikołów 2009.
Witold Wirpsza: „Sama niewinność. Powieść”. Opracował, do druku podał i posłowiem opatrzył Dariusz Pawelec. Instytut Mikołowski. Mikołów 2017.