Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (343) / 2018

Miron Kądziela,

WSZYSTKO JEST MATERIĄ (ANIHILACJA)

A A A
Paramount Pictures, wytwórnia odpowiedzialna za „Anihilację”, zdecydowała się nie wprowadzać swojego filmu do szerokiej dystrybucji kinowej. Podobno po pokazach dla widowni testowej został on uznany za „zbyt intelektualny i skomplikowany”. I rzeczywiście, sądząc po różnorodności opinii, można założyć, że „Anihilacja” najpewniej podzieliłaby los innej ambitnej produkcji science fiction ostatnich lat, tj. „Blade Runnera 2049”, który ostatecznie okazał się finansowym fiaskiem. Użycie jednak w uzasadnieniu słów „zbyt intelektualny” w kontekście dzieła science fiction można traktować jako swoisty chwyt marketingowy, łapiący na haczyk fanów Stanisława Lema czy Philipa K. Dicka. Film co prawda porusza istotne intelektualne kwestie, ale nie są one przesadnie trudne. Trzeba za to przyznać, że temat ujęty został w sposób zbyt skomplikowany i subtelny zarazem. I być może to jest powód międzynarodowej dystrybucji na Netflixie.

Alex Garland to twórca bardzo kameralnej i prostej w zamyśle „Ex Machiny”, w której – podobnie jak wcześniej Ridley Scott w „Łowcy androidów” – dywagował nad granicami człowieczeństwa. Bohaterowie jego filmu sprawdzali, czy definicja człowieka, która zakłada jego zdolność do abstrakcyjnego i złożonego rozumowania, szerzej znana dzięki Testowi Turinga, znajduje przełożenie na faktyczną akceptację maszyny przez wchodzących z nią w interakcję ludzi. Przy tworzeniu „Anihilacji” reżyser bierze jednak na warsztat o wiele więcej zagadnień, mniej popularnych i być może mniej ważkich niż problem sztucznej inteligencji. Za to cel jest ten sam – pokazać, jak mało istotny i wartościowy jest człowiek oraz jak pozorna jest jego wyjątkowość. Droga do tego celu okazuje się jednak znacznie bardziej kontrowersyjna i wyboista, ale też – co najważniejsze – całkowicie odmienna od ścieżek, którymi kroczy główny nurt współczesnego kina science fiction. „Anihilacja” odbiega od podnoszących podobne tematy „Czarnego lustra”, „Westworld” czy „Blade Runnera 2049”.

Natalie Portman zostaje przez reżysera wrzucona w połączenie biopunku, horroru i science fiction. Grana przez nią Lena, biolożka z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, wraz z czwórką innych badaczek trafia do tajemniczej strefy otoczonej „iskrzeniem”, wciąż niewyjaśnionym zjawiskiem. Po porażce dotychczasowych ekspedycji, składających się z samych żołnierzy, pada decyzja o stworzeniu drużyny nastawionej na inteligentne i spokojne podejście do problemu, zamiast na stosowany dotychczas wojskowy argument siły. Podczas gdy towarzyszki Leny zgłaszają się jako ochotniczki do tego bądź co bądź naukowego projektu, ona sama zostaje w całą sytuację wplątana wbrew własnej woli. Jednym z wysłanych wcześniej żołnierzy jest bowiem jej mąż Kane (Oscar Isaac), jedyna osoba, która ze strefy wyszła żywa.

Formuła „Anihilacji” przypomina kultowy film Andrieja Tarkowskiego z 1979 roku, o którym Garland mówił w jednym z wywiadów. Skojarzenie z dziełem rosyjskiego giganta kinematografii wydaje się oczywiste: w „Anihilacji” – tak samo jak w „Stalkerze” – drużyna wyrusza w celu zbadania nieprzeniknionej, śmiercionośnej, ale zarazem wizualnie pięknej strefy. Schemat ten jednak jest na tyle mało wyeksploatowany i na tyle niewykorzystany, że świeże i współczesne jego podjęcie aż prosi się o zrealizowanie. Film Garlanda to wszakże nie żadna kalka ani skradziony pomysł. Na znanym szablonie fabularnym reżyser buduje całkiem oryginalną historię. Mimo obecności w produkcji kilku znanych schematów nie są one w znajomy sposób rozwijane, lecz zmieniane, żeby zdezorientowany widz nie wiedział, co będzie się działo dalej. Scenariusz jest luźną adaptacją książki pt. „Unicestwienie” Jeffa VanderMeera, jednak w opinii czytelników Alex Garland ledwie oparł się o główny zamysł ideowy i fabularny powieści, opowiadając własną, odrębną historię. Jak ujawnił w jednym z wywiadów, przed rozpoczęciem prac nad scenariuszem nie chwycił ponownie za książkę, lecz bazował na tym, co z niej zapamiętał.

Strefa X, otoczona tajemniczym, przypominającym z wyglądu bańkę mydlaną „iskrzeniem”, opiera się ponadto na zamyśle podobnym do tego z „Solaris” Lema, zresztą adaptowanym przez wspomnianego już Tarkowskiego. Świat wydaje się pozornie zrozumiały, lecz zasady nim rządzące ostatecznie całkiem przerastają nie tylko naszych bohaterów, ale i sposób rozumowania człowieka w ogóle. Jest on bezradny wobec złożoności wszechświata i nie może oderwać się od swych ziemskich doświadczeń. Oszałamiający wizualnie i koncepcyjnie świat, mimo że kluczowy i definiujący całą fabułę, okazuje się w rzeczywistości ledwie pretekstem dla przybliżenia uniwersalnej prawdy dotyczącej natury człowieka.

Przybierające niezwykłe formy i ciągle mutujące rośliny i zwierzęta słusznie są tutaj na pierwszym planie. Dżungla pulsuje od niezwykłości i różnorodności, a całość jest wizualnie zniekształcona wskutek załamywania przez „iskrzenie” promieni słonecznych. Zmutowane stworzenia przerażają jak w najlepszych horrorach, a ich niezwykłość, przedstawiona tutaj jako naturalny element fauny, wprowadza widza w stan głębokiego i nieustannego niepokoju. Niespokojna atmosfera i uczucie przeżywania sennego koszmaru, w którym zaburzone są zasady rządzące znanym nam światem, udzielają się nie tylko bohaterkom, ale także widzom. Lęk i koszmar są przez reżysera dawkowane z mistrzowską precyzją, w sposób sinusoidalny wzmacniane kolejnymi scenami grozy, a osłabiane retrospekcjami oraz scenami późniejszego przesłuchania Leny. Garland dąży jednak do finalnej eksplozji mistyki, spektakularności i audiowizualnej magii, fenomenalnie wyważając wszystkie zastosowane elementy języka filmowego. Zdjęcia, scenografia, naturalna gra aktorska i odurzająca muzyka skutecznie hipnotyzują widza i przygotowują go do końcowej sceny filmu.

Szaleństwo i dezorientacja, spowodowane niezwykłymi właściwościami mutacyjnymi strefy X, mają kluczowy wpływ na podejmowane przez bohaterki decyzje i są motorem napędowym całej historii. W końcu mutacje dotyczą całego ciała, także mózgu, w którym znajdują się ośrodki odpowiedzialne za wszystkie aspekty związane z podejmowaniem decyzji, racjonalnym myśleniem, mową itp. Oprócz wszechogarniającego szaleństwa nieustannie powraca także motyw tytułowej anihilacji. Garland przekonuje nas, że samounicestwienie, autosabotaż czy śmierć są nieodzownymi elementami życia, tak samo, jak dla komórek kluczową funkcją jest apoptoza, jej kontrolowana samozagłada.

Rozwijamy się poprzez podświadome niszczenie niepożądanych elementów naszego życia, mówi twórca. Wydawać by się mogło, że Garland gra tu z nami w otwarte karty, bezpośrednio wyłuszczając widzowi podstawowe założenia swojego moralitetu. I w pewnym sensie to prawda, zaznaczał on bowiem w wywiadach, że punktem wyjścia jego historii było zagadnienie autodestrukcji. Biologiczne prawidłowości mają się jednak przełożyć także na zaprzeczenie wyższym wartościom, które często przypisywane są ludzkiemu życiu, co Garland podkreśla finałową sceną. Twórca wskazuje, jak generyczne, jak mało wyjątkowe jest istnienie nawet tak skomplikowanego stworzenia, za jakie uważamy człowieka. Zwraca uwagę na materialistyczny wymiar rozumu, który może zostać zreplikowany, zwłaszcza przez nieświadomą metafizycznej świętości istotę. Ponadto przez cały film reżyser akcentuje motyw redukcji człowieka do jego biologii, podkreśla, że człowiek jest elementem natury, wraz z którą zmienia się wskutek działania strefy. Nie jest on niczym więcej niż inne przebywające w niej zwierzęta.

Kluczem do głębszej interpretacji wydaje się scena retrospekcji, podczas której Lena wysłuchuje twierdzeń Kane’a o nieomylności Boga. Bohaterka odpowiada stanowiskiem skrajnie przeciwnym, dogłębnie naukowym i materialistycznym, negującym wymiar metafizyczny. Zresztą przez cały film pozornie magiczne działanie strefy i niesamowite, obce zjawiska, jakie spotyka na swej drodze Lena, są nieustannie obnażane i definiowane przez jej naukowe podejście. Zarówno w „Anihilacji”, jak i we wcześniej wspomnianym „Stalkerze” kluczowym motywem jest walka przekonań – wiary w metafizykę i siłę wyższą przeciwko zaufaniu do nauki i oparciu o pozytywistyczny redukcjonizm. U Garlanda oba podejścia mają jasno przyporządkowane postaci. Kane jest wierzącym w Boga romantykiem, a Lena kwestionującą go cyniczną naukowczynią. Te diametralne różnice w poglądach decydują ostatecznie o zachowaniu bohaterów podczas rozwiązującej fabułę sceny. Widzimy, jak to samo wydarzenie wywołuje odmienne reakcje, zależnie od definiujących postać poglądów.

Możemy także mniemać, że zależnie od tego, jak Garland traktuje swoich bohaterów w finale, to takie właśnie zajmuje stanowisko w filozoficznym sporze. Albo pragnie on połączenia nauki i filozofii na miarę nauk kognitywnych i pokazanej w „Ex Machinie” sztucznej inteligencji, albo woli powrót do postulowanego choćby przez Michela Houellebecqa (który nienawidzi nauki w ogóle za to, że neguje ona wymiar metafizyczny) i Andrieja Tarkowskiego podejścia metafizycznego, zakładającego istnienie czegoś poza materią. Największą siłą dzieła Rosjanina była niejasność w odczytaniu stanowiska – będący w mniejszości, wierzący w siły wyższe Stalker nie jest jednoznacznie pozytywną ani negatywną postacią, zresztą tak samo jak stojący w opozycji Pisarz i Profesor. W „Anihilacji” jest nieco inaczej. Mimo to odpowiedź na pytanie o stanowisko Garlanda okazuje się tylko pozornie prosta. Skąd bowiem możemy wiedzieć, jaki naprawdę był przebieg wydarzeń? Czy możemy zaufać narratorce?

Garland pragnie tu nie tyle powiedzieć coś wprost, ile otworzyć w umyśle pewne drzwi, zachęcić do interpretacji i analizy, a najlepiej zaniepokoić widza podczas łączenia opowiadanej historii z niezwykłą narracją filmową. Nie snobizuje i nie ukrywa się za symboliką jak Tarkowski. Nie traktuje nikogo z góry, ale też nie rzuca interpretacyjnych kół ratunkowych. Opowiada historię z zaufaniem, że uważny odbiorca zdoła skonkretyzować dzieło i indywidualnie dookreślić niejasne miejsca. Dla jednych osią filmu będzie kryzys małżeństwa, dla innych autodestrukcja, a dla jeszcze innych ekologia albo odwieczna filozoficzna dysputa. Skupiony widz zauważy również, że wbrew pozorom zakończenie niekoniecznie jest otwarte, a zachowanie Leny w ostatnich sekundach filmu okazuje się zgodne z jej poglądami.

Na niekorzyść filmu przemawia fakt żonglowania olbrzymią liczbą wątków i pomysłów, niekoniecznie spójnie łączących się w całość. Komórki nowotworowe, strzelająca seriami z karabinu Natalie Portman, krwiożercze postaci jak z horroru, oszałamiające mutacje roślinne, tłumaczenie motywów działania każdej z pięciu bohaterek, nawiązania do Tarkowskiego i Lema oraz ciągłe przeskoki w chronologii to trzonowe elementy produkcji. Łącząc jeszcze to wszystko z przesłaniem naukowo-filozoficznym i egzystencjalnym, Garland tworzy mieszankę, która dla wielu widzów może być trudna do przełknięcia. Druga część publiki jednak, do której sam się zaliczam, z nawiązką zaspokoi tym filmem głód interesującej opowieści, a także stymulacji umysłowej, wizualnej oraz emocjonalnej. Ilością niesztampowej rozrywki i oryginalności, jaka bije z tego filmu, twórca mógłby bez problemu obdarzyć kilka kolejnych produkcji. Dobrze, że tego nie zrobił, bo rozwadnianie na siłę pojedynczej historii jest zmorą znaną nam z ogromnej liczby powstających masowo seriali.

Podczas seansu jedna rzecz szczególnie rzuca się w oczy – film koniecznie powinien być oglądany na wielkim, kinowym ekranie. Zdjęcia Roba Hardy’ego w połączeniu ze świetnymi efektami Andrew Whitehursta robią momentami piorunujące wrażenie. Szkoda jednak, że ograniczenia budżetowe nie pozwoliły na dopracowanie pewnych sekwencji, w których efekty specjalne grają pierwsze skrzypce, choć paradoksalnie może to działać na korzyść produkcji, dodając jej jeszcze więcej dziwaczności i oryginalności. Geoff Barrow i Ben Salisbury stworzyli na potrzeby filmu ścieżkę dźwiękową idealnie oddającą jego paranoję i szaleństwo, a ponadto wspaniale korespondującą ze zdarzeniami aktualnie dziejącymi się na ekranie. Nie należy również zapominać o świetnej obsadzie z genialną jak zawsze Natalie Portman, która umiejętnie tworzy postać zarazem silną i niezależną, jak i bezradną, przerażoną i umysłowo wykończoną. Potrafi oddać dramaturgię niepokojących, epickich zdarzeń w strefie X, a także spokój i kameralność scen retrospekcyjnych.

„Anihilacja” to psychodeliczna, dezorientująca i jedyna w swoim rodzaju filmowa przygoda, która zostawia widza z niepokojącym powątpiewaniem w jego własną wartość. Alex Garland tworzy sztandarową produkcję nowej fali science fiction, która jest zarazem kontrapunktem dla głównego nurtu tego gatunku, a nawet dla wcześniejszego dzieła tego twórcy – „Ex Machiny”. Najważniejsze wydaje się jednak to, że film nie skupia się tylko na aspekcie intelektualnym, ale potrafi też widza wystraszyć, zainteresować i psychicznie zmęczyć. Reżyser stworzył ostatecznie niezwykle oryginalny, delikatnie skłaniający do myślenia i dogłębnie niepokojący film, stający się klasykiem gatunku w dzień premiery.
„Anihiliacja” („Annihilation”). Scenariusz i reżyseria: Alex Garland. Zdjęcia: Rob Hardy. Obsada: Natalie Portman, Jennifer Jason Leigh, Tessa Thompson, Gina Rodriguez, Tuva Novotny i in. Produkcja: USA, Wielka Brytania 2018, 115 min.