Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (343) / 2018

Zofia Banaś,

NIE ŻYJE MARK E. SMITH (OUGHT: 'ROOM INSIDE THE WORLD')

A A A
Ought zwykł być naszym informatorem, chłodnym diagnostą społeczeństwa, który w zdystansowany sposób stawia przed nami bezmiar faktów charakteryzujących współczesne, przemielone przez kapitalizm społeczeństwo. Nowy album grupy, „Room Inside The World”, stawia nas przed swoistą prasówką informującą nas o kondycji roku 2018. Paski przesuwające się w wiadomościach mówią kolejno: „Nie żyje Mark E. Smith” – „David Byrne natomiast ma się dobrze”.

Przez ostatnie lata Ought musiał się mierzyć z bezustannymi porównaniami do The Fall, nie tyle oskarżycielskimi, co schlebiającymi – choć te pierwsze oczywiście też się zdarzały, gdy zarzucano Timowi Darcy'emu wokalne zmanierowanie, na poziomie chłodnej liryki będące wręcz bezpośrednim zapożyczeniem legendarnej grupy. Nie zgadzam się z tymi oskarżeniami. Mark E. Smith zaproponował swojego czasu formułę, którą wykorzystywał konsekwentnie na blisko 40 albumach The Fall. Główną zaletą The Fall była bezpretensjonalność, naturalność przekazu. Post punk post punkiem, ale ten rodzaj materiału nie mógł zostać wyrażony w inny sposób. I właśnie na tym polega wyjątkowość muzyków Ought, którzy na „More Than Any Other Day” i „Sun Coming” Down nie tyle zdecydowali kontynuować tradycję, co zaadaptowali ją z autentycznością właściwą legendzie. Mark E. Smith zmarł w styczniu, zostawiając po sobie pustkę, która nieprędko zostanie zalepiona. To przypadek o wielkim potencjale symbolicznym, ale wraz z jego odejściem znika konkurencja Tima Darcy'ego, który pomimo utrzymania pewnej koncepcji, wokół której została zbudowana grupa, wycofuje się z walki o miano następcy mistrza.

„Room Inside The World” to album pozbawiony powierzchownie skrajnych emocji. Jego pejzaż może zostać zinterpretowany jako rezygnacja. Muzyce odjęty zostaje żywioł polemiczny, wyrażany zazwyczaj poprzez ironię sypiącą się z tekstów. Przy okazji jednak całości zostaje odebrana prostota. Teksty Darcy'ego nie mówią już ze złośliwym uśmiechem o ekscytacji płynącej z wyjścia na zakupy (obrazującego społeczeństwo amerykańskie w sposób, który nie jest dla nas niczym obcym – czytaliśmy przecież Białoszewskiego), sytuacja liryczna, jak i cała jej muzyczna otoczka zostaje pozbawiona prozaiczności. Rozwój muzyczny, odejście od starych wyznaczników jest obrazem muzycznej świadomości.

Pewnego dnia budzimy się i wciąż mamy wrażenie, że świat wokół nas nie jest w porządku, coś jednak sprawia, że nie mamy już siły wyjść na ulicę i krzyczeć, korzystając z wolności słowa. Pozostaje chwila rozważań, przemyślenie spraw bieżących podczas porannej kawy, krótka wymiana podobnych sobie zdań podczas wieczornego wyjścia do baru ze znajomymi. W najbardziej ekstremalnym wypadku, jeśli jesteśmy pewni siebie, postanawiamy wykorzystać swoją refleksję, tworząc w oparciu o nią jednoosobowy performance lub malując bohomaz mający oddawać obserwowaną kondycję świata. To jest to, co robi Ought. Maluje obraz, bo uświadamia sobie, że jesteśmy w stanie wyrazić więcej niż wykrzyczany manifest. Słowa zostają okraszone o epitety, muzyka o aranżacje i ozdobniki. Dzięki temu dostajemy głębszą panoramę, która pozwala nam samym na wnikliwszą analizę świata przedstawionego.

Okładka albumu jest niemal dosłowną ilustracją otwierającego album „Into The Sea”. Utwór ten zresztą prawdopodobnie najlepiej charakteryzuje ogólny zarys albumu. Wnioski: splamiony świat, ludzie z zadrą, wzajemne patrzenie sobie na ręce. To wszystko świadczy o naturalnej kontynuacji Smitha. Tytuły takie jak „Disgraced In America” czy „Disaffection” przypominają, o co chodziło artyście tworzącemu obraz. Ustawiając nasze słuchanie w stosunku do poprzednich albumów, nie dostajemy jednak suchych wiadomości – lecz refleksję towarzyszącą analizie informacji.

Skąd w tym wszystkim David Byrne? Czym było dla świata Talking Heads, jeśli nie zestawieniem muzycznej prostoty przekazu ze świadomym krajobrazem definiowanym przez sztukę? Ought nie potrzebuje gigantycznych garniturów, by zobrazować najlepszą spuściznę Byrne'a. Płyty „Room Inside The World” nie można połączyć jedną nitką z „Remain In Light”, czerpie jednak z identycznego sposobu obserwacji świata i jego muzycznej interpretacji, składającej się z tłumaczenia na język niejednolity, funkcjonujący na granicy sztuki wizualnej i fonicznej.

Dystans, otwartość na nowe rozwiązania, takie jak chór w „Desire” – to wszystko utwierdza w przekonaniu, że swoim najnowszym albumem zespół oddał nam refleksję wartą powieszenia na ścianie.
Ought: „Room Inside The World” [Merge Records 2018].