Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (343) / 2018

Andrzej Juchniewicz,

OCALONY W KOSMOSIE (AGNIESZKA GAJEWSKA: 'ZAGŁADA I GWIAZDY')

A A A
„Jesteś, mój drogi, świadkiem zbrodni,

widziałeś wszystko na własne oczy.

O takich Niemcy długo pamiętają”

(Lem 1965: 76)



„Nikt nie umierał, kiedy byłem mały”

(Lem 1975: 131)



„(…) jestem dziwnie nieludzką naturą naszpikowaną pacyfizmem”

(Lem 2006: 181)



Rozmaitości Lemowskie

Zebrane przez Tomasza Fiałkowskiego felietony Stanisława Lema, publikowane w „Tygodniku Powszechnym” od końca maja 2004 roku do lutego 2006 roku, zdradzają skłonność autora „Kataru” do zrywania z tokiem sprawozdawczym na rzecz nawrotów wspomnień, które determinują nową jakość literacką sytuującą się na pograniczu kroniki politycznej i pamiętnika z okresu dojrzewania. Lem zdradza w swoich felietonach wiele cennych informacji, ujawnia genezę niektórych utworów i wykazuje zaangażowanie (nie tylko polityczne) w kwestiach wspólnoty posthumanistycznej: „W »National Geographic« znalazłem tablicę statystyczną, która pokazuje, ile milionów ludzi zginęło w minionych dziesięcioleciach. To liczby niewyobrażalne – nigdy jeszcze ludzie nie zabili tylu innych ludzi. Pewnej dziennikarce z Berlina powiedziałem kiedyś, że jesteśmy rasą drapieżców. Zastanawiałem się potem, czy nie przesadzam – dziś jestem pewien, że nie!” (Lem 2006: 252). Jego amorficzna opowieść wykazuje wiele powtórzeń i natarczywych powrotów, które tylko pozornie rozbijają tok narracji, by w jej centrum umieścić zupełnie niezwiązaną z tematem felietonu reminiscencję: „Oglądałem dziś przez pół dnia relacje z dotkniętego zamachami Londynu. Nie chcę jednak o tym pisać, wolę przenieść się w inny czas. Jest lipiec, mija sześćdziesiąt lat od chwili, kiedy przyjechałem z rodziną ze Lwowa do Krakowa. Niedawno ukazał się ostatni tom moich »Dzieł zebranych«, gdzie przypomniano moje początki literackie. Jest tam jedno z najpierwszych moich opowiadań, »Plan anti-V«; kiedy je wydrukowałem w katowickim periodyku »Co tydzień powieść«, ktoś oskarżył mnie o plagiat. Odpowiedziałem: niechże pokaże, z czego ściągałem. W rzeczywistości opowiadanie nie było plagiatem, a tylko mój oskarżyciel uznał, że szczeniak ze Lwowa nie mógł czegoś takiego sam wymyślić…” (tamże, s. 169).

Autor, zdradzając szczegóły swojego prywatnego życia, nie zapomina o szerszej wspólnocie, do której należy, i jej problemach. Wiele recept, o których wspomina Lem (m.in. na temat zażegnania kryzysu gazowego) odznacza się innowacyjnością, zaś filarem, na którym, zdaniem pisarza, powinien oprzeć się rząd miałaby być nauka (według Lema szczególnie niedoinwestowana); sam zakres lektur i ich lista, wprawiają czytelnika w osłupienie. Codzienne zapiski ujawniają interwencyjne oblicze Lema skupionego na globalnych i lokalnych problemach, ale również świadomego swoich niedomogów (o czym świadczy felieton „Władza mózgu”, poruszający problem ludzkiej nieśmiertelności) i wciąż ograniczającej się sprawności psychofizycznej. Wiele miejsca w felietonowych zapiskach zajmuje postać ojca, który zasadniczo wpłynął na charakter pisarza i wielokrotnie powraca w jego twórczości literackiej. Zasadniczy rys wspomnieniowy oscyluje wokół uczucia wdzięczności i troski względem ojcowskiej zapobiegliwości, dzięki którym Lem nie został wcielony do Armii Czerwonej: „Jak kręgi na wodzie po wrzuceniu kamienia rozchodzą się coraz dalej, tak też dzieje się z moimi książkami: z jednej strony Brazylia i Portugalia, z drugiej Korea, Japonia, Tajwan, Chiny… Mnie to już właściwie obojętne, bo jestem bardzo stary, ale myślę sobie, że gdyby mój ojciec, który zmarł tu, w Krakowie, mając siedemdziesiąt cztery lata, dowiedział się o tym, toby się może trochę uspokoił, bo bardzo był zmartwiony, że rzuciłem medycynę…” (tamże, s. 188). W felietonie z lipca 2005 roku wspomina Lem swoje literackie początki, dzięki którym mógł wspomóc finansowo ojca: „Zacząłem w »Tygodniku« publikować wiersze i prozę, dosyć słabą, Jarzębski w posłowiu do »Lat czterdziestych« na zbyt wysokiego konia mnie wsadził. To były rzeczy powstałe w dużej mierze dla zarobku; chciałem wspomóc ojca, którego wojna pozbawiła wszystkiego – biblioteki, gabinetu lekarskiego, instrumentów – i musiał w wieku blisko siedemdziesięciu lat pracować jako zwykły lekarz w szpitalu” (tamże, s. 170).

Uważny czytelnik spuścizny Lema dostrzeże (szczególnie w tekstach z ostatnich lat życia) wiele odprysków okupacyjnej rzeczywistości: „Miałem nadzwyczajne szczęście, że zdałem maturę dokładnie dwa miesiące przed wtargnięciem sowiecko-niemieckim; ci, którzy pobierali wtedy jeszcze nauki gimnazjalne, dostali się pod sowiecką prasę, a skończywszy szkołę, poszli prosto do Armii Czerwonej. Nieliczni, którzy przeżyli, opisują rzeczy straszliwe. Dopiero teraz naprawdę rozumiem, jak rozsądnie postąpił mój ojciec, wpychając mnie ze wszystkich sił na medycynę, co mnie od Armii Czerwonej uratowało” (tamże, s. 34). Pisarz wspomina również najwcześniejsze lata, wykazując swój „burżuazyjny rodowód” (tamże, s. 30) oraz tęsknotę za rodzinnym Lwowem, którego kształt sprzed 1939 roku powinien, według autora „Astronautów”, zostać odtworzony na specjalnej dioramie, która pokazywałaby miasto w trzech wymiarach (tamże, s. 38). Poruszając kwestię rewindykacji dóbr pookupacyjnych, stwierdza: „Ja sam, jak tu już napisałem, nie zamierzam się starać o ekwiwalent za mienie zabużańskie. Mnie chodzi przede wszystkim o pamięć” (tamże, s. 37), a w felietonie z lipca 2004 roku wyraża swoją lojalność wobec nowego kształtu państwa: „(…) mógłbym teoretycznie domagać się ekwiwalentu za dwie kamienice, które mój ojciec trudem całego życia nabył, krępowałbym się jednak zwrócić o to do naszego Skarbu. Nie można podpiłowywać korzeni ani gałęzi drzewa, na którym się siedzi” (tamże, s. 31). W felietonie z lutego 2005 roku pisze: „Ale od więzów, które mnie z Lwowem łączą, wyzwolić się nie potrafię. Nigdy już nie zdołam strząsnąć z siebie tej lwowskości ani odżałować miasta, w którym spędziłem dzieciństwo i młodość” (tamże, s. 124). W tekście z lipca 2004 roku ujawnia zakres destrukcji swojej biografii, konfrontując ją z życiorysami ludzi nieobciążonych stratami poczynionymi przez historyczny kataklizm: „Można tylko zazdrościć ludziom, którym anonimowy czołg historii nie przejechał przez środek życia” (tamże, s. 40). W felietonowej spuściźnie znaleźć można wszystkie węzłowe problemy, które Lem rozwijał do tej pory w twórczości artystycznej. Wyraźnie widać, że okupacja odcisnęła na nim niezatarte piętno ze względu na przymus ukrywania się, oglądania obrazów, które zostały zinterioryzowane w powieściach science fiction, oraz pauperyzację rodziny i obniżenie standardu życia, który (jak wiemy z lektury „Wysokiego Zamku”) w dzieciństwie potęgował w pisarzu poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, zaświadczał bowiem o rodzicielskiej miłości i ojcowskiej pobłażliwości.

Felietony ukazują jednak tylko odpryski, a zasadnicze fakty okupacyjnego życiorysu Lem ujawnił w autobiograficznym tekście „Przypadek i ład”, dostępnym na portalu Lem.pl i zawierającym wiele cennych informacji (również edytorskich i ikonograficznych). To właśnie poczynione w nim rozpoznania dotyczące okupacyjnej rzeczywistości każą widzieć w Lemie kontynuatora ideologii Tadeusza Borowskiego i Leopolda Buczkowskiego. Jego bezkompromisowość i racjonalność pozwalają na demitologizację utrwalonych i schematycznych opinii na temat Zagłady i jej (rzekomo wątpliwego) wpływu na zachowania ludzi w obliczu ekstremalnego niebezpieczeństwa: „Przekonałem się także, jak ludzie zachowują się w warunkach ekstremalnych, jak nieprzewidywalne może okazać się ich zachowanie w wielkim napięciu” (https://solaris.lem.pl/home/biografia/przypadek-i-lad). Zebrane tu komentarze Lema stają się świetnym materiałem uzupełniającym do jego trylogii „Czas nieutracony”, która zgłębia problem zależności tych dwóch stanów, które w czasie Zagłady nabierają chwiejnej ontologii i działają, w zależności od okoliczności, na korzyść lub niekorzyść (zaocznie) skazanego Stefana Trzynieckiego. Epickie dzieło Lema, który w „Szpitalu Przemienienia” stosuje „rodzaj uślizgów, jak jaszczurka” (Lem 2006: 171) obejmuje swym zasięgiem całe społeczeństwo, a kamera wyłuszcza poszczególne osoby i rejestruje ich zachowania względem eksterminowanym; Lem staje się wyznawcą prawdy mówiącej o relatywności ludzkiego sumienia i wszelkiej etyki w obliczu Zagłady, lecz nie edukuje nachalnie i w sposób pretensjonalny, lecz stosuje serię sugestywnych obrazów, które wytrącają czytelnika z pewności co do własnych decyzji podejmowanych w analogicznej sytuacji. Mimo że, jak wspomina pisarz, został zobligowany do napisania drugiego i trzeciego tomu, co zaważyło szczególnie na kształcie wypowiedzi prokomunistycznych niektórych bohaterów, jakość literacka kolejnych części pozostaje wysoka, zaś obraz Zagłady i diagnozy w nich zawarte dotyczące społeczeństwa poddanego próbie, jaką był Holokaust – celne i sugestywnie przedstawione (za sprawą eliminacji komentarza, operowania odpowiednim kadrowaniem i wyzyskaniem potencjału pozytywistycznego schematu rozpisywania losów mieszkańców jednej kamienicy). Należy też pamiętać, że Lem ukończył „Szpital Przemienienia” w wieku 27 lat, a żona (jako pierwszy krytyk), której powierzył do przeczytania maszynopis powieści na papierze bibułkowym, „uważała się jednak za nie dość dorosłą, by swój sąd wypowiedzieć” (tamże). Na genialność pierwszego tomu wpłynęło stopniowanie atmosfery grozy i ulokowanie akcji w specyficznym miejscu wywołującym poczucie lęku oraz doskonałe wyważenie dialogów i brak gorsetu ideologicznego, który pojawia się w kolejnych tomach.

Lem, wykorzystując parabolę jako gatunek zapewniający nośność „zakazanej reprezentacji”, (pozornie) rezygnuje z ujawnienia historycznego tła i uzyskuje doskonałe rezultaty, ponieważ to właśnie sytuacja, która nie jest dookreślona kontekstem historycznym, pozwala na wygenerowanie empatii, która rozciąga się na wszystkie podmioty wykluczone i skazane na społeczną niepamięć i eksterminację. To za sprawą paraboli Lem stawia najważniejsze pytania o kondycję ludzką i etiologię zła, które będą jak echo powracać w jego późniejszej twórczości. O ile pierwsza zasada w dekalogu Lema brzmi: „nie oceniać”, druga dotyczy wszelkich deklaracji związanych z czasem Zagłady i możliwymi scenariuszami zachowań, od których czytelnik dystansuje się (za sprawą ich potencjału demaskatorskiego), trzecia zaś wiąże się symbiotycznie z wyborem konwencji science fiction: „Niepojętej daremności ludzkiego istnienia w obliczu masowej zagłady nie sposób przekazać techniką literacką, która jądrem opowieści czyni jednostki lub niewielkie grupy. To tak jakby ktoś zapragnął odtworzyć Marilyn Monroe na podstawie dokładnego opisu wszystkich molekuł jej ciała – to byłoby niemożliwe. Nie potrafię naturalnie powiedzieć, czy ta nieadekwatność narracji była przyczyną dla której zacząłem pisać science fiction, przypuszczam jednak – to odważne stwierdzenie – że wybrałem fantastykę naukową ponieważ zajmuje się ludźmi jako gatunkiem (a raczej wszelkimi możliwymi gatunkami istot rozumnych, których przypadkiem szczególnym są ludzie). Science Fiction powinna zajmować się całymi gatunkami a nie tylko jednostkami, bez względu na to czy są one świętymi czy potworami” (tamże, [pisownia oryginalna – A.J.]).

To właśnie w „Przypadku i ładzie” odpowiada pisarz na pytanie, które zada sobie w rozliczeniowym felietonie z lipca 2005 roku: „Czy uciekałem w Kosmos przed komuną? Nie wiem, nie był to rezultat chytrej taktyki, nie powziąłem nigdy świadomie decyzji, że od jutra będę pisał historie dziejące się w rozmaitych mgławicach, by cenzura nie mogła mnie dopaść. (…) Czy gdybym nie znajdował się pod prasą sowiecką, pisałbym inaczej?” (Lem 2006: 173). Co prawda pisarz kokietuje czytelnika „Tygodnika Powszechnego”, twierdząc, że nie zdawał sobie sprawy z faktu nośności przyjętej konwencji, jednak cena, jaką zapłacił za gatunkową jednorodność swojej twórczości i społeczną recepcję skazujacą go na „drugorzędność” (tamże, s. 173), z perspektywy czasu okazuje się niezbyt wysoka. Poza olbrzymią popularnością, jaką Lem cieszy się wśród młodzieży, i atencją, jaką darzą go młodsi odbiorcy, wciąż od wielu lat jest ulubieńcem wytrawnych czytelników, którzy cenią go za mistrzowskie fabuły i poruszane problemy oscylujące wokół ludzkiej natury i etyki (o czym świadczy felieton „Głosy z sieci”, w którym pisarz zbiera wyimki z internetowych wiadomości przysłanych z Rosji, których nadawcy okazują się zróżnicowani pod względem wieku i za pośrednictwem komunikatora zadają mu konkretne pytania: „(…) ciocia, która nie ma dostępu do Internetu, chce się dowiedzieć, jaką przyszłość ma współczesne społeczeństwo galopującej konsumpcji” [tamże, s. 272]).

Lem w „Przypadku i ładzie” ujawnia także szczegóły okupacyjnego życiorysu: „Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew. Udało nam się jednak uniknąć uwięzienia w getcie – dzięki fałszywym dokumentom wraz z rodzicami zdołałem przetrwać ten czas” (https://solaris.lem.pl/home/biografia/przypadek-i-lad). Prezentowane wyimki zestawione z fragmentami z samodzielnie ocenzurowanego „Wysokiego Zamku” (w którym okupacyjne realia pojawiają się tylko w kontekście imion i dat śmierci członków rodziny Lema) wywołują szczególnie silne wrażenie w konfrontacji z jedną z deklaracji ideowych, które przyświecały pisaniu autobiograficznej powieści docenionej niemal na całym świecie: „Chciałem dokonać niemożliwego – z całego życia wydobyć esencję mego dzieciństwa, w jego najczystszej formie: obrać je z późniejszych warstw na które złożyła się wojna, masowa zagłada i eksterminacja, noce w schronach podczas nalotów, życie pod fałszywym nazwiskiem, wieczne ukrywanie się i wszystkie inne zagrożenia – tak jakby ich nigdy nie było. Albowiem nic przecież z tego nie istniało kiedy byłem dzieckiem, a nawet szesnastoletnim gimnazjalistą” (tamże [pisownia oryginalna – A.J.]). Wyliczone uciążliwości okupacyjnego życia powracają w kolejnych powieściach, a Lem, tworząc kolejne „światy możliwe”, problematyzuje fabułę w oparciu o własne doświadczenia i akcentuje te sytuacje, które dla niego, jako ukrywającego się Żyda, były szczególnie traumatyczne i rozstrzygały o jego względnym bezpieczeństwie lub zagrożeniu: „Znaczenie kategorii »porządku« i »przypadku« w ludzkim życiu uzmysłowiłem sobie w czasie wojny w sposób jak najbardziej praktyczny i instynktowny zarazem – jak gonione, zaszczute zwierzę, a nie myślący człowiek. Przekonałem się, że różnica pomiędzy życiem a śmiercią może zależeć od drobiazgów: od wyboru ulicy którą pójdzie się do pracy, od decyzji, czy przyjaciela odwiedzi się o pierwszej czy dwadzieścia minut później, od tego czy drzwi zastanie się otwarte czy zamknięte. Równocześnie jednak nie twierdzę, że wiedziony instynktem, aby przetrwać stosowałem strategię minimaksu sprowadzającą się do nadzwyczajnej ostrożności. Przeciwnie, bezustannie narażałem się na niebezpieczeństwo – czasami uważałem to za konieczne, ale w wielu przypadkach postępowałem tak z bezmyślności czy nawet głupoty. Toteż kiedy myślę dzisiaj o tak idiotycznym zachowaniu nadal zastanawiam się – nie mogąc wyjść ze zdumienia – dlaczego właśnie tak postępowałem. Wykradanie amunicji z tak zwanego Beutepark der Luftwaffe we Lwowie i przekazywanie jej jakiemuś nieznajomemu człowiekowi, o którym wiedziałem tylko, że działa w ruchu oporu, uważałem za swój obowiązek. (Byłem zatrudniony w niemieckiej firmie i miałem dostęp do tego składu.) Jednak kiedy polecono mi przenieść broń z miejsca na miejsce tuż przed godziną policyjną i kategorycznie zakazano wsiadania do tramwaju, nie usłuchałem i stanąłem na stopniu. »Czarny«, ukraiński policjant z sił wspomagających niemieckie oddziały okupacyjne, wskoczył na stopień tuż za mną i wyciągnął rękę, aby dosięgnąć uchwytu. Gdyby wyczuł pod moim płaszczem broń oznaczałoby to dla mnie smutny koniec. Moje postępowanie było zarazem aktem niesubordynacji, lekkomyślności i głupoty” (tamże [pisownia oryginalna – A.J.]).

Ostatnie wspomnienie w sposób kompletny ujawnia nie tylko bezzasadność klasyfikowania ludzi w czasie Zagłady na dobrych i złych, niezłomnych i tchórzliwych, ale również uzurpowania sobie prawa do wydawania sądów na temat tamtej rzeczywistości. Sam Lem przyznaje, że jego życie okupacyjne (podobnie jak los Stefana Trzynieckiego) mogło potoczyć się zupełnie inaczej i doprowadzić go do komór Treblinki lub Bełżca. Sposób rozumowania pisarza, podobnie jak Borowskiego i Buczkowskiego, okazuje się wciąż perspektywą mniejszościową, a Zagłada traktowana jako wydarzenie, któremu można było z powodzeniem i planowo stawić czoło oraz w pełni pojmowalne (z perspektywy czynionych starań i przygotowań do podjęcia próby zachowania życia), okazuje się mrzonką, co Lem poświadcza, okrutnie doświadczając swoich bohaterów. Pozornie zapewniając im możliwość dokonywania wyborów, które mogłyby sugerować posiadanie wolnej woli w chwili szalejącego kataklizmu, tak naprawdę skazuje ich na konfrontację z serią przypadków i zbiegów okoliczności wpływających na jakość życia lub rodzaj śmierci. Ten bagaż wiedzy o czasie i mechanizmach Zagłady, który zdeponowany został w „Czasie nieutraconym”, okazuje się najważniejszy i sytuuje pisarza w pobliżu wielkich demistyfikatorów Holokaustu.

Krystalizacja formy i empatyczna lektura

Podstawowy (i jedyny) zarzut, jaki można sformułować wobec książki Agnieszki Gajewskiej „Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema”, dotyczy jej niewielkiej objętości: najnowsza publikacja poświęcona deszyfracji okupacyjnych losów Lema skomponowana jest z mistrzowską precyzją, język rozprawy cechuje się klarownością i bezpretensjonalnością, a przypisy ograniczone zostały do niezbędnego minimum (z czego autorka czyni atut swojej pracy), dzięki czemu przywoływane publikacje kontekstowe stają się kluczem interpretacyjnym, który okazuje się pragmatycznie prawomocny we wszystkich niemal partiach wywodu, a badaczka unika pokusy popadnięcia w „szaleństwo katalogowania” przypisów, uwag i dopowiedzeń. Ta strategia pozwala na skupienie uwagi na głównym nurcie narracji i kolejnych, popartych archiwalną kwerendą, egzemplifikacjach szyfrowanych doświadczeń granicznych autora „Solaris”.

Część uwag, które wiążą się z sugestywnie zaprezentowaną próbą dotarcia do źródła niepokojących wizji, obrazów i klisz, domaga się jednak (wbrew przyjętej minimalistycznej taktyce) egzemplifikacji w postaci wyimków z powieści i opowiadań, które Gajewska na przestrzeni całej biografii wybiera starannie i z rozmysłem, zgrabnie balansując między peryfrazą a cytatem. Biegłość w sztuce snucia narracji okazuje się do tego stopnia wycyzelowana, że czytelnik zapomina o fakcie obcowania z książką naukową, ponieważ tok opowieści zbliża się do świetnie pomyślanej i zrealizowanej biografii uzupełnionej autorskimi zdjęciami. Próba kondensacji motywów, uporządkowania powracających wątków oraz uchwycenia zależności między nawracającymi obrazami przy jednoczesnej chęci sklasyfikowania wszystkich obsesji Lema podjęta przez Gajewską w tak skompresowanej formie budzi spory niedosyt, który sama autorka w rozmowie z Barbarą Schabowską w ramach cyklu „Spotkania po zmroku” (https://www.polskieradio.pl/8/3869/Artykul/1652989,Co-przesladowalo-Stanislawa-Lema) usprawiedliwia brakiem odporności wynikającym z lektury „Podróży jedenastej” z „Dzienników gwiazdowych”. Główny bohater – Ijon Tichy – staje się świadkiem i współsprawcą brutalnego morderstwa błagających o litość dzieci przy pomocy topora i „łamignatnicy”, co Lem relacjonuje, wykorzystując stylizację archaiczną i idiomy Henryka Sienkiewicza oraz Jana Chryzostoma Paska (zob. s. 199). O podobnych problemach związanych z natłokiem wydarzeń granicznych (w tym dokumentacji zdjęciowej z akcji pogromowych) w trakcie zbierania materiałów do biografii autora „Kataru” wspomina w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim Wojciech Orliński: „(…) Lem wiele przeżył i nie były to łatwe doświadczenia. Część z nich opisuję w książce, część czeka na opisanie przez mocniejszego psychicznie człowieka w kolejnej biografii” (http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22244895,wojciech-orlinski-zyjemy-w-czasach-ktore-sa-spelnieniem-marzen.html).

To właśnie ten epizod „Dzienników gwiazdowych” służy Gajewskiej do podważenia tezy o prymacie realizmu jako jedynej metody pisarskiej zdolnej udźwignąć ciężar ludobójstwa i do sformułowania postulatu czujności wobec kamuflowanych wydarzeń historycznych: „Między błagającym dzieckiem a plastikową kukłą, mordowaniem niemowląt a plastikowym cielęciem powstaje nieczytelny obraz i szereg niedopowiedzeń potęgowanych archaizacją” (tamże). Wspomniane „nieczytelne obrazy” i „szereg niedopowiedzeń” wiążą się z pracą wyobraźni i często świadczą o zapośredniczeniu świadectwa w innym medium, np. obraz starych kobiet czekających w milczeniu na transport do obozu zagłady pojawiający się u Lema jest reminiscencją jednego z kadrów filmu „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej. O tym powinowactwie świadczy recenzja autora „Pokoju na Ziemi” zamieszczona w „Tygodniku Powszechnym”: „Przyznaję, dwa razy w filmie uczułem dławienie w gardle: raz, gdy nadjeżdżał pociąg z transportem Żydów, drugi – na widok twarzy starych kobiet, stojących milcząco w szeregu. Milcząco. Te bezmierne maski męki dały mi przedsmak katharsis, a nie scena przypiekania lekarki obozowej rozpalonym żelazem” (s. 133). Lem, ujawniając potencjał etyczny obrazów masakr i pogromów, zwraca uwagę na zjawisko wykluczania „życia niewartego opłakiwania” z ceremoniału żałoby (m.in. cywili, wrogów, kobiet i dzieci) i pozwala na dostrzeżenie imperatywu kruchości, który obowiązuje w równym stopniu agresora i państwa zlokalizowane po drugiej strony barykady.

Ten mechanizm poszerzania ram wojny, by nastąpiło dostrzeżenie wszystkich ofiar, stał się zarzewiem koncepcji Judith Butler: „Kiedy ramy wojny załamują się lub przełamują, kiedy na marginesie albo na powierzchni tego, co się jawi, zaczynamy dostrzegać ślady życia, pojawiają się ramy, które bezwiednie i mimo funkcjonującego zakazu ustanawiają tę populację jako godną opłakiwania. To wtedy właśnie wyłania się możliwość krytycznego oburzenia i może się okazać, że wojna chybia swojego celu” (Butler 2011: 39). Stąd w prozie Lema, co wykazuje Gajewska, często pojawiają się sytuacje rozstrzygania kwestii ataku atomowego na inne cywilizacje/Obcych, które/którzy (jeśli zawiesić konwencję science fiction) stają się relegowanymi poza ramy żałoby Innymi w sytuacji ekstremalnej, np. właśnie Żydami w oblężonym Lwowie. Problemy, jakie podejmował Lem, wiążą się z radykalną potrzebą przemyślenia konceptualizacji podziałów, które legitymizują przemoc i ułatwiają jej eskalację przy pomocy mechanizmów deprecjacji nacji skazanych na wyniszczenie bez uwzględnienia własnej cielesności, możliwych strat poniesionych po obu stronach konfliktu, który traci swą zasadność w chwili niekontrolowanych, sterowanych lub uprzednio planowanych ataków skutkujących zmniejszaniem populacji i odmawianiem jej podmiotowości, a nawet negowaniem jej statusu ontologicznego. Koncepcja Butler, którą aplikuje Gajewska w procesie analizy kolejnych powieści Lema, okazuje się celna i pozwala na przemyślenie zasad regulujących współżycie wspólnot (nawet tych, które przenika żądza przemocy stająca się sine qua non ludzkiej działalności) i „uznawalności” każdego życia w ramach obowiązującej konwencji społecznej. Problemy etyczne, których rozstrzygnięcie zawsze niesie ryzyko eksterminacji jakiejś części społeczeństwa (casus pacjentów w „Szpitalu Przemienienia”), pojawiają się w prozie autora „Edenu” niezwykle często, a swe źródło mają w doświadczeniu wojennym niespodziewanie ujawniającym ich aktualność w każdym aspekcie życia.

(Kraj)obrazy i (po)głosy Zagłady

Startegie operowania (po)głosami i (po)widokami Zagłady wyzyskana przez Lema ujawnia się również w „Podwójnej wibracji” Raymonda Federmana, należącego do pokolenia 1,5: „(…) może pisarz w dzisiejszych czasach nie jest uprzywilejowany jak naukowiec, a może jest, kto wie, bo dając pośrednio świadectwo rzeczywistości musi jednocześnie unikać precyzji i do niej dążyć, on wie że rzeczywistość wyobraźni jest bardziej realna niż rzeczywistość pozbawiona wyobraźni, a poza tym, rzeczywistość jako taka nigdy naprawdę nikogo nie interesowała, jest i zawsze była formą rozczarowania” (Federman 1988: 45). Należy jednak pamiętać, że Federman nie był bezpośrednim świadkiem eksterminacji Żydów, a jego doświadczenie okupacyjne wiąże się z epizodem ukrycia go przez matkę w szafie w chwili rewizji mieszkania. To wydarzenie zaważy na całej dalszej biografii pisarza, ponieważ został on pozbawiony przeszłości, rodzinnej genealogii i narodził się powtórnie w szafie, która ocaliła mu życie: „(…) wyobraź sobie że masz jakąś przeszłość choćby straszną, choćby makabryczną, no ale jest to twoja przeszłość, dlatego nie możesz się od niej uwolnić, a potem oni ci ją zabierają, wymazują ją, robią z niej typograficzne symbole, zabawne małe xxxxx-y na kawałku papieru, nie żyjesz, jeśli chodzi o nich, nie istniejesz, a jak możesz żyć bez przeszłości, cóż udaje ci się jakoś przetrwać, podrobić ją, fikcyjnie, na gorąco, żyjesz jak ktoś kto wraca po długiej nieobecności ale jak ktoś kto został tej obecności w ogóle pozbawiony, rzutując siebie w przyszłość” (tamże, s. 70, pisownia oryginalna – A.J.). Specyficzny tryb opowieści związany jest także z zapośredniczeniem narracji w relacji dwóch postaci: Namredefa (anagram nazwiska Federman) i Moinousa (imię to oznacza dosłownie związek „mnie” i „nas”, co w biografii autora wiąże się z nim samym i jego rodziną zamordowaną w Auschwitz), które okazują się chrome. Pierwszy słabo słyszy, drugi zaś jest „półślepy” (tamże, s. 184). Pisarz, składając swoją opowieść z luk, przerw i nawracających sekwencji, musi opowiadać, cytować, by zaznaczyć rozziew między zapisem a reprezentacją wydarzenia założycielskiego jego biografii, jakim była śmierci rodziców. Federman w momencie ich śmierci narodził się jako autor. Wciąż musi zapowiadać rozwiązanie zagadki, której odkrycie, dzięki zagęszczeniu fabuły, przesyceniu jej pornograficznymi opisami, wojażami i migawkami scen w kasynie, okazuje się wstrząsającą drwiną z planu przymusowej deportacji, której poddani zostali wszyscy skoncentrowani w szczelnej (konstrukcją przypominającej komorę gazową) hali. Przygotowania do deportacji i oczekiwanie na nią są odkształconą i powieloną wersją Zagłady rodziny pisarza, stąd wymowa napisu wyrytego na posadzce: „Na razie Uratowany” (choć Namredef uważał, że napis brzmiał: „Na razie Normalny” [zob. tamże, s. 192]), co wskazuje na niebezpieczeństwo popadnięcia w szaleństwo, którego źródłem będzie opuszczenie rodziny i pozostanie jedynym ocalonym, skazanym na życie, zadawanie sobie pytania: „dlaczego ja?” i poszukiwanie wyższej instancji, która gwarantowałaby jakikolwiek ład (co łączy pisarską strategię Federmana z koncepcją Lema wyłożoną w pierwszej cząstce niniejszego omówienia).

O asocjacyjnym charakterze obrazów wspomina również Michael Rothberg, który w ramach koncepcji „pamięci wielokierunkowej” wiąże ludobójstwa pochodzące z różnych porządków czasowych i terytorialnych (zob. Rothberg 2015: 228). Przywołane tu trzy konteksty świadczą o silnej pozycji obrazów, flashbacków, (po)widoków Zagłady, bo tylko dzięki nim, a nie faktograficznemu uporządkowaniu relacji i statystyce czytelnik zdolny jest uzmysłowić sobie strach i ból pojedynczej ofiary. Obraz okazuje się również odporny na polityczne manipulacje i przechwycenia w ramach obowiązującej polityki historycznej; w końcu łączy, a nie dzieli, za sprawą oddziaływania na wspólnotę afektywną.

Lem opowiada się za swobodą twórczą, która rzadziej gubi literaturę niż wierność faktom (zob. Rosenfeld 2003: 123). Według Alvina H. Rosenfelda czytelnik w konfrontacji ze współczesną prozą podejmującą problem reprezentacji Zagłady pozostaje pod władzą obrazów: „Przyglądając się powieści o Holocauście można zauważyć, że największe wrażenie na czytelniku robi ona właśnie wtedy, gdy odchodząc od tradycyjnych standardów powieściopisarstwa zaczyna zbliżać się do poezji. Po lekturze pozostaje w nas często nie rozwój akcji czy opisy postaci, ale sceny, w których wyrażony zostaje pewien nastrój za pomocą kilku wspaniałych obrazów, wyrazistych jak fotografie” (tamże [pisownia oryginalna – A.J.]). Pisarzami zdolnymi poruszyć czytelników w myśl tej zasady są, według badacza, Piotr Rawicz, Charlotte Delbo, Jorge Semprún, Jerzy Kosiński oraz Tadeusz Borowski, który w opowiadaniu „Proszę państwa do gazu” porównuje martwe dzieci wynoszone z wagonów do kurczaków. Lemowski rząd milczących kobiet byłby kolejną egzemplifikacją tezy Rosenfelda.

Do zabiegów natężania uwagi czytelnika, dzięki którym staje się wrażliwszy na holokaustowe reminiscencje, zaliczyć można również ukrywanie w toku narracji słów-kluczy związanych z ludobójstwem (najczęściej pojawiającym się pozostaje niekwestionowanie „selekcja”, która staje się także w „Szpitalu Przemienienia” jedynym ratunkiem dobrze rokujących pacjentów: „– Nie ja będę decydował o wartości. Chodzi o to, by nie zdradzili innych – powiedział Pajpak. – Tylko o to. – A więc selekcja?” (Lem 1985: 199). Bohater „Pamiętnika znalezionego w wannie”, przeglądając biblioteczny katalog, trafia na słowo „wysiedlenie” ukryte w parentezie: „Co za encyklopedia – pomyślałem, przerzucając grubymi skibami całe pokłady szeleszczących kartek, biegałem po nich oczami, coraz natrafiając na nową definicję: DEKARNACJA – odcieleśnienie, zbezcieleśnienie, także wycielenie (por. wysiedlenie), patrz: APARATY INWESTYGACYJNE” (Lem 2000: 91). Gajewska sytuuje akcję „Pamiętnika…” w konkretnym czasie historycznym dzięki powiązaniu scen rozgrywających się w pustelni i ukrytych tam postaci z działalnością ratowniczą Żydów prowadzoną przez metropolitę Andrzeja Szeptyckiego, m.in. w budynkach przylegających do grekokatolickiej archikatedry (s. 191). Lwów jako miejsce akcji „Pamiętnika…” zostaje wskazany przez usytuowanie planu Gmachu wewnątrz Góry Świętego Juana (aluzja do Wzgórza Świętego Jura we Lwowie). Na możliwość interpretacji utworu jako szyfrowanej opowieści o ukrywaniu/balansowaniu na granicy dekonspiracji wskazują również słowa wypowiedziane do protagonisty przez jednego z dekowników: „Ty i tak igiełką jesteś gramofonową, a płyta zdarta, musisz teraz brać to na nice, pod włos, każde słowo do góry nogami, w rozporek mu zaglądać, w kieszenie, dodać do tego moje chrapka, mydło, brzytwę, aluzji wszędzie szukać, przytyków, nie wiem, czy co?” (Lem 2000: 149). Odnosząc podaną instrukcję odniesiemy do fabuły „Pamiętnika…”, w którym przenikają się dwie siatki szpiegowskie, duchowni pod sutannami skrywają mundury, w Gmachu obowiązują wątpliwej jakości przebrania („(…) zauważyłem, że dźgnął się przy tym brzeżkiem szkła w nos, który nie odgiął się, ale został już taki, wgnieciony środkiem” [tamże, s. 173]), oraz mając w pamięci losy Stefana Trzynieckiego – bohatera „Czasu nieutraconego”, który w wyniku pomyłki zostaje wzięty za Żyda i umieszczony na placu deportacyjnym i zmuszony do obnażenia genitaliów („w rozporek mu zaglądać”), otrzymamy esencję życia w sytuacji ekstremalnej, pod zmienioną tożsamością.

Lem w sposób niezwykle sugestywny odtwarza uczucia niepokoju, strachu oraz mechanizmy destrukcji więzów międzyludzkich, przez co szpiegowska fabuła zmusza bohaterów do kamuflażu, mimikry i wyboru samotności jako jedynie słusznej drogi ratunku: „Siedzenie w ukryciu wydawało się bezpieczniejsze, wiązało się jednak z życiem w ciemnościach i klaustrofobicznym lęku, pozbawiało ruchu i możliwości jakiegokolwiek (nawet iluzorycznego) wpływania na swój los” (s. 192). Wywód Gajewskiej okazuje się poparty rzetelnie skompletowanym szeregiem cytatów i kontekstów (badaczka powołuje się na ustalenia Jacka Leociaka, który w badaniach nad dokumentem osobistym wprowadził podział na Żydów „widzialnych” i „niewidzialnych”, śledzi efekty uboczne, jakie wywołuje w bohaterach sytuacja permanentnego napięcia zmysłów, oraz odnotowuje ich emocjonalną chwiejność). Sam Lem w felietonie z lipca 2005 roku napisze: „»Pamiętnik« nie jest żadną fantastyką naukową, raczej satyrą polityczną” (Lem 2006: 173) zaś na postawione w felietonie z października 2005 roku pytanie o autorski wybór powieści, które przetrwały próbę czasu, odpowiada: „Co może przetrwać? Chwalą mnie za »Solaris«, ale ja wcale nie uważam, żeby ta powieść była taka świetna, wolę raczej »Cyberiadę« albo »Pamiętnik znaleziony w wannie«. Kilka jest jeszcze moich pozycji, przy których nie odczuwam wstydu, biorąc je do ręki” (tamże, s. 227). Gajewska wyłuszcza wszystkie możliwe ścieżki interpretacji i uzupełnia ich rejestr zaprezentowany przez Jerzego Jarzębskiego w posłowiu do edycji „Pamiętnika…” z 2000 roku.

Nie bez znaczenia dla możliwości ochrony życia pozostają zabiegi pozwalające na utrzymanie higieny, schludność i troska o stały dostęp do pożywienia, o którym przypominają protagoniście napotykane postaci (zob. s. 197). W końcu sama atmosfera zbliżona do koszmaru sennego oraz labirynt jako doskonale zorganizowana przestrzeń stają się unaocznieniem życia po aryjskiej stronie w przeświadczeniu o trwaniu polowania na Żydów: „Pojechałem na górę, prosto do mojej łazienki, sprawdziłem, że jest pusta, pościeliłem sobie obok wanny, pod głowę położyłem świeży ręcznik i spróbowałem zasnąć. Natychmiast zjawił się lęk. Nie bałem się niczego konkretnego, ale po prostu bałem się, i to tak bardzo, że znów zacząłem się pocić. Kamienna podłoga ziębiła całe ciało, przewracałem się z boku na bok, nareszcie wstałem, obolały, usiadłem na brzegu wanny i próbowałem myśleć o wszystkim, co się stało i co jeszcze mnie czeka” (Lem 2000: 102). Przywołane słowa dekonspirują obawy i lęki ukrywającego się, który musi zmierzyć się z wrogami w niesprzyjających warunkach. Lem, lokalizując niektóre partie powieści w łazience i nadając jej szczególne znaczenie (to bodaj najbezpieczniejsze miejsce), konstruuje narrację nieheroiczną, jaką można wyczytać ze wspomnień ocalałych. Gajewska konfrontuje sytuację uwięzienia kreowaną w „Pamiętniku…” z rozważaniami Lawrence’a L. Langera, który na potrzeby swoich badań przejrzał ponad trzysta relacji wideo zdeponowanych w Fortunoff Video Archive for Holokaust Testimones założonym przy Uniwersytecie Yale w 1982 roku i wyróżnił pięć rodzajów pamięci: głęboką, udręczoną, upokorzoną, skażoną oraz nieheroiczną. Wszystkie one w zmiennym natężeniu stają się obciążeniem dla protagonistów mierzących się z kreowanymi przez Lema sytuacjami granicznymi. W opowieści noszącej znamiona paraboli pojawiają się w dość zaskakujących momentach fragmenty rozbijające spójność fabularną, które stają się zapisem rejestracji wydarzeń ekstremalnych, krańcowych, noszących znamiona klisz, dla których pierwowzorem był pogrom we Lwowie: „Palba trafiała się dwojakiego rodzaju. Zazwyczaj po śniadaniu strzały na odlew, wrzask mordowanych i dobijanych, rykoszety, wapienny pył – te bitwy na korytarzach prowadzono z największym pośpiechem. Koniec zwiastował tupot biegnących posiłków i szyfrowe poryki. Czasem, jak się otwarło drzwi windy, której właśnie nie było, pustym, ciemnym szybem leciały koziołkujące zwłoki, zalane krwią, z jakiegoś wyższego piętra – tak się ich pozbywano” (tamże, s. 218).

W „Pamiętniku…” pojawiają się także motywy znane z wcześniejszych książek Lema (przede wszystkim „Szpitala Przemienienia”): przestrzeni zamkniętej i wykluczonej, stanowiącej reminiscencję getta lub szpitala psychiatrycznego, oraz recyklingu ludzkich zwłok i przygotowywania z nich preparatów naukowych: „Eksponatem został zacny staruszek? Pomocą naukową? To miało być trzecie nasze, ostatnie spotkanie? Czyżby po to, tylko i tylko po to wszystko?…” (tamże, s. 185). Los niektórych postaci w „Pamiętniku…” wiąże się z koncepcją „życia niewartego żałoby” przedstawioną przez Buttler oraz kategorią „podłych ciał” Grégoire’a Chamayou (zob. s. 43). Cennym odkryciem okazuje się również historyczna lokalizacja miejsca akcji „Szpitala Przemienienia” ustalona przez Gajewską na podstawie jednego szczegółu architektonicznego – mauretańskiej (tureckiej) wieży (zob. s. 83), dla której pierwowzorem był Szpital Izraelicki zbudowany w centrum Lwowa. Badaczka stawia tezę, że „opowieść o likwidacji szpitala psychiatrycznego staje się nie tyle parabolą czy traktatem filozoficznym, ile sposobem na opowiedzenie o losach mieszkańców miasta zagarniętego przez Związek Radziecki, o których nie można pisać i o których cierpieniu nikt w powojennej Polsce nie chce słuchać” (s. 84). Badaczka w kolejnych rozdziałach rekonstruuje etniczną różnorodność Lwowa (która została przez Lema wyrugowana, a samo miasto przeniesione w sferę prywatnego mitu) oraz śledzi rozwój i apogeum akcji eksterminacyjnych zlokalizowanych w jego okolicach.

Gajewska deklaruje, że jej relacyjna lektura spuścizny Lema ma charakter fragmentaryczny, jednak mikrologiczne analizy pozwalają na dostrzeżenie całego spektrum problemów, które do tej pory krytyka wiązała z Lemowską pasją filozoficzno-moralizatorską. W ujęciu poznańskiej badaczki pojawiające się w opowiadaniach i powieściach autora „Wizji lokalnej” wątki holokaustowe stanowią nie tyle pracę wyobraźni oderwanej od realiów historycznych, a więc domenę fantazji, lecz zakamuflowany (dla czytelników młodszych) lub jawny (dla rówieśników) zapis doświadczeń, o których Lem nie chciał wspominać w wywiadach (indagowany o nie zmieniał temat lub wyłączał aparat słuchowy). To właśnie konwencja science fiction pozwoliła Lemowi na podjęcie tematów najtrudniejszych (m.in. związanych z kwestią dawania świadectwa, podejmowania ostatecznych decyzji, współbycia z współtowarzyszami w chwili śmierci lub wsłuchiwania się w odgłosy ich agonii) bez konieczności uruchamiania trybu moralizatorskiego i patetycznego. Kreowane przez niego sytuacje są odwzorowaniem dylematów, problemów i obsesji, których depozytariuszami byli żydowscy mieszkańcy Lwowa, mierzący się na co dzień z natłokiem obrazów przemocy, mordu i krwi.

Droga pisarska do science fiction wiodła jednak przez powieść realistyczną i ten aspekt publikacji Gajewskiej okazuje się szczególnie cenny, bo ukazuje Lema, jakiego czytelnicy nie mieli okazji poznać. Tom „Wśród umarłych” sytuuje się blisko opowiadań Borowskiego (którego Lem rekomendował Michaelowi Kandlowi do przeczytania) oraz prozy noszącej znamiona konfesyjności. Powodem, dla którego czytelnicy poznali Lema jako autora science fiction, okazała się interwencja cenzury. „Szpital Przemienienia” został napisany w 1948 roku i dedykowany ojcu – Samuelowi Lehmowi, jednak do jego wydania doszło w 1955 roku, a pisarza zobowiązano do dopisania kolejnej, komplementarnej części (pierwszy tom zamyka eskapistyczne zakończenie, które umożliwia zastosowanie szerszej panoramy, z czego autor korzysta w drugim i trzecim tomie). Lem debiutował w 1946 roku publikacją „Człowiek z Marsa”, a następnie w 1951 roku wydał „Astronautów”. W 1954 roku nakładem Wydawnictwa Iskry opublikowany zostaje zbiór „Sezam i inne opowiadania” (z okładką Jana Młodożeńca), na którym swe piętno odcisnęła doktryna socrealizmu. Ranga „Czasu nieutraconego” zostanie, jak twierdzi Gajewska, z perspektywy formowania mitologii dzieciństwa zaprezentowanej w powieści autobiograficznej „Wysoki Zamek” obniżona, a sam pisarz zabroni wznawiania dwóch tomów uzupełniających „Szpital Przemienienia”. Badaczka w wywiadzie udzielonym w ramach cyklu „rozmoWyliczanki” (https://www.youtube.com/watch?v=QNerf_e06aM) wspomina, że w trakcie rozmowy z żoną pisarza – Barbarą Lem – uzyskała informacje o ustnym sposobie przekazywania instrukcji dotyczących kształtu formalnego kolejnych tomów, dlatego nie zachowały się żadne protokoły i dokumenty.

W konwencji realistycznej przeżycia okupacyjne zostały in extenso opisane przez Lema w części zatytułowanej „Operation Reinhardt”, zamieszczonej w drugim tomie „Czasu nieutraconego” (noszącym znaczący tytuł „Wśród umarłych”). W nim właśnie pojawiają się na prawach spisanego świadectwa grozy tamtego czasu wspomnienia deportacji ludności żydowskiej do obozu w Bełżcu oraz dwie kluczowe sceny, które również posiadają silny ładunek emocjonalny, o którym pisał Rosenfeld. Pierwsza przedstawia ostatnie pożegnanie Wielenieckiego z adwokatem Geldblumem w otoczeniu kordonu żandarmów, gdy koncentracja Żydów dobiega końca: „Adwokat idący na skraju grupy, zbliżał się do Wielenieckiego, który oczu nie mógł od niego oderwać. Gdy dzieląca ich odległość zmniejszyła się do metra, adwokat ruszył wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. Wieleniecki, któremu Klopotzek następował prawie na pięty, zdjął kapelusz, jakby się kłaniał , ale go już nie włożył, tylko szedł dalej z gołą głową” (Lem 1965: 133). Drugi epizod wiąże się z deportacją Trzynieckiego do Bełżca i udaną próbą uniknięcia śmierci w komorze gazowej: „Niemcy natarli na nich, oddzielając kobiety. Rozległo się kilka pisków, ciała przemieszały się, wtem jak spod ziemi wyrósł długi łańcuch czarno umundurowanych ludzi, którzy pędzili nagie kobiety do baraku na ceglanych słupach, trzaskając w biegu biczami. Mężczyzn skierowano ku bramie w szarym, na trzy metry wysokim parkanie” (tamże, s. 152-152). W wyniku dyskusji z jednym z Niemców Trzyniecki znalazł się w pomieszczeniu, gdzie składowano obcięte ludzkie włosy: „Nagle zobaczył, targnął się wstecz, omal nie upadł. To były włosy ludzkie, kobiece włosy, ciemną, skudłaną masą wypełniające barak do połowy ścian. Odruchowo podniósł ręce, żeby ich nie dotykać, jęknął, zachłysnął się” (tamże, s. 155). To właśnie z pomieszczenia wypełnionego włosami Trzyniecki wsłuchuje się w głosy jeszcze nieumartych, a pozbawionych statusu ludzi deportowanych: „Ryk trwał ciągły, daleki, coraz wyższy, głosy urywały się w nim jak nici, a on stał ze wzrokiem wbitym w kwadrat nieba” (tamże). Natarczywe obrazy i głosy Zagłady to temat przewodni wielu świadectw, lecz w prozie Lema problem ten (poprzez złamanie zasady prawdopodobieństwa, która, paradoksalnie, przypieczętowuje formułę świadectwa i zespolenie jej z refleksją na temat mocy przypadku) zostaje szczególnie podkreślony (również za sprawą hauntologicznego tytułu drugiego tomu: „Wśród umarłych”).

„Obrazy mimo wszystko”

Gajewska doskonale ujawnia potencjał obrazów w twórczości science fiction oraz prozie realistycznej Lema, które przywodzą na myśl selekcje, masową eksterminację, gettoizację oraz proces stopniowej zmiany tożsamości. O ile jednak w trylogii „Czas nieutracony” reminiscencje Zagłady pojawiają się w formie niezakamuflowanej i czytelnej, o tyle znacznie ciekawsze (z perspektywy próby zastosowania podwójnego kodowania, o którym Lem wspomina w jednym z listów do Kandla) okazują się próby uchwycenia odprysków Zagłady w utworach, których akcja rozgrywa się w kosmosie i (pozornie) traci formę świadectwa, m.in. w „Człowieku z Marsa” (protagonista McMoor staje się alter ego Lema), który zapowiada „całą plejadę robinsonów, postaci nie tyle heroicznych, ile sprytnych, uważnych, rozpaczliwie poszukujących rozwiązania w sytuacjach beznadziejnych” (s. 167), „Niezwyciężonym”, „Edenie”, „Dziennikach gwiazdowych” oraz w „Opowieściach o pilocie Pirxie”. Najcenniejszą część publikacji stanowią jednak ustalenia biograficzne, które lokują Lema w polu „żydowskich Kolumbów” i rekonstruują jego drzewo genealogiczne.

Najnowsza publikacja Gajewskiej budzi ogromny podziw, ponieważ zdaje relację z pracy Lemowskiej wyobraźni czułej na obrazy masakrowanego ciała, zinterioryzowanego „płynnego lęku” objawiającego się na różnych poziomach jego powieści. Ślady i odpryski życia w społeczeństwie poddanym totalitarystycznej presji oraz subtelne balansowanie między ujawnianiem przestrzeni prywatnej, mitycznej, którą pisarz z pietyzmem konserwował i krystalizował w „Wysokim Zamku”, oraz publicznej (choć zepchniętej w niepamięć), związanej z egzystencją na „aryjskich papierach” w okupowanym Lwowie świadczą o sile uporczywości widm i powidoków Zagłady oraz pozwalają wpisać projekt opisu Holokaustu w łańcuch „pamięci wielokierunkowej”, która nie faworyzuje poszczególnych wydarzeń, lecz dąży do ich współistnienia w świadomości świadków. Dwie perspektywy deskrypcji schedy Lema pozwalają dostrzec w nim ofiarę Historii (utrata ukochanego Lwowa) oraz Czasu (śmierć ojca w 1954 roku uniemożliwiła uzyskanie informacji o rodzinnej genealogii). Przede wszystkim jednak po lekturze książki Gajewskiej, która z pietyzmem odtwarza życie na „skrwawionych ziemiach” (termin Timothy’ego Snydera), Lem jawi się jako ocalały z Zagłady, który niemal we wszystkich swych książkach spełnia powinność świadka. Portret pisarza kreślony przez poznańską badaczkę okazuje się spójny i genialnie zaplanowany ze względu na wiele przęsłowych problemów, które w toku lektury wzajemnie się uzupełniają i naświetlają. Tak świetnie pomyślane studium i jego mistrzowska realizacja zasługują na najwyższe uznanie. Gajewska udowodniła, że Zagłada tkwi w szczególe oraz na poziomie metonimii a także literalnych klisz obrazowych i leksykalnych.

LITERATURA:

Butler J.: „Ramy wojny. Kiedy życie godne jest opłakiwania?” Przeł. A. Czarnacka. Warszawa 2011.   

Federman R.: „Podwójna wibracja”. Przeł. J. Kutnik. Bydgoszcz 1988.       

Lem S.: „Pamiętnik znaleziony w wannie”. Posł. J. Jarzębski. Kraków 2000.       

Lem S.: „Przypadek i ład” (tytuł oryginału „Mein Leben”). Przeł. T. Lem. Berlin 1983. [online] https://solaris.lem.pl/home/biografia/przypadek-i-lad          

Lem S.: „Rasa drapieżców. Teksty ostatnie”. Wyb. i posł. T. Fiałkowski. Kraków 2006.  

Lem S.: „Szpital przemienienia”. Kraków 1982.     

Lem S.: „Wśród umarłych”. Kraków 1965. 

Lem S.: „Wysoki Zamek”. Kraków 1975.    

Orliński W.: „Żyjemy w czasach, które są spełnieniem marzeń Lema” [WYWIAD]. http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22244895,wojciech-orlinski-zyjemy-w-czasach-ktore-sa-spelnieniem-marzen.html   

Rosenfeld A.H.: „Podwójna śmierć. Rozważania o literaturze Holocaustu”. Przeł. B. Krawcowicz. Warszawa 2003.           

Rothberg M.: „Pamięć wielokierunkowa. Pamiętanie Zagłady w epoce dekolonizacji”. Przeł. K. Bojarska. Warszawa 2016.
Agnieszka Gajewska: „Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema”. Wydawnictwo Naukowe UAM. Poznań 2016.