15 kwietnia 8 (344) / 2018

Michał Misztal,

OPOWIEŚCI Z MROCZNEJ STRONY (OBLIVION SONG. PIEŚŃ OTCHŁANI. TOM 1)

A A A
Robertowi Kirkmanowi, scenarzyście „Pieśni Otchłani”, będę dozgonnie wdzięczny za jego serię „Invincible”, którą – nie zawaham się użyć tego słowa – kocham już od lat. I chociaż można zarzucić mu niejedno (właściwie komu nie można?), na przykład ciągnięcie „Żywych trupów” w nieskończoność, choć być może należało przestać już dawno (aczkolwiek obecnie zombiaki znowu powróciły do moich łask) – zawsze będzie dla mnie autorem, na którego nowe komiksy wypada zwrócić uwagę. Tak samo było z „Oblivion Song”.

Dekadę przed momentem, w którym poznajemy Nathana Cole’a, protagonistę „Pieśni Otchłani”, centrum Filadelfii zniknęło z powierzchni ziemi, a przynajmniej tak wydawało się na początku. Później wyszło na jaw, że część miasta z niewyjaśnionych przyczyn przeniosła się do innego wymiaru. Co więcej, okazało się, że w Oblivion – tak nazwano świat, do którego „trafiła” Filadelfia – nadal egzystują ludzie, przynajmniej ta część, której udało się przeżyć. Oblivion nie jest bowiem miejscem przyjaznym. Niezależnie od tego, znaleźli się ludzie (tacy jak Nathan), którzy przechodzą na drugą stronę i starają się sprowadzać ocalałych z powrotem do naszej rzeczywistości. Z wielu powodów nie jest to jednak takie proste. I nie mam na myśli wyłącznie zamieszkujących Oblivion potworów.

Pierwszy tom „Pieśni Otchłani” traktuję na razie jako udaną zapowiedź potencjalnie bardzo ciekawej serii, niemniej Kirkman już teraz stanął na wysokości zadania. Nakreślił kilka wciągających relacji pomiędzy bohaterami, pokazał w dość wiarygodny sposób, jak wyglądałoby życie ludzi, którzy w ciągu lat zdążyli już przyzwyczaić się do egzystencji w obcym wymiarze, a także, jak wyglądałby ich powrót – i nie zawsze są to powroty szczęśliwe. Wbrew pozorom niektórzy wcale nie chcą ponownej przeprowadzki, bo teraz to „nasz” wymiar, nasze miasta oraz ich mieszkańcy są dla nich czymś zupełnie obcym. Potrzeba przywyknięcia od nowa do kolejnej zmiany nie uśmiecha się wszystkim, a są też i osoby spoza Oblivion, które wcale nie chcą, by Cole ratował tych uznanych za śmiertelne ofiary. Sam Nathan również okazuje się interesującą postacią, zaś początkowo powody, dla których ryzykuje życiem w innym wymiarze, nie są dla nas do końca jasne. Finał albumu odpowiada na kilka pytań i każe czekać na więcej. To może nie rewelacja czy komiks roku, ale z pewnością bardzo solidna robota.

Oprócz zajmującej opowieści, „Pieśń Otchłani” dobrze wygląda – szczególnie ta część komiksu, która pokazuje dzikie rejony Oblivion. Jest to zasługa zarówno kreski, o którą zadbał Włoch Lorenzo De Felici, jak i kolorów, które nałożyła Annalisa Leoni. Jeśli miałbym coś skrytykować, to może fakt, że jeden z przemierzających Oblivion drapieżników wygląda bardziej zabawnie niż niebezpiecznie, ale może się czepiam. Całość, włącznie z fizjonomiami postaci, odbiega od tego, co można zobaczyć w typowym amerykańskim czytadle – a to dodatkowy plus. Największe wrażenie robią chyba jednak piękne okładki. Jeszcze nie jestem do końca „kupiony”, ale wygląd „Oblivion Song” z pewnością mnie zaintrygował.

Mamy więc jak najbardziej obiecujący początek. Dobre science fiction, po które chciałbym chętnie sięgać, ilekroć pojawi się kolejny tom serii. Na razie wygląda na to, że powinno się udać.
Robert Kirkman, Lorenzo De Felici: „Oblivion Song: Pieśń Otchłani. Tom 1” („Oblivion Song Vol. 1”). Tłumaczenie: Grzegorz Drojewski. Wydawnictwo Non Stop Comics. Katowice 2018.