Wydanie bieżące

1 maja 9 (345) / 2018

Rafał Strózik,

LARA W ROZKROKU (TOMB RAIDER)

A A A
Niezależnie od indywidualnych preferencji i opinii o najnowszych grach z serii „Tomb Raider”, trudno nie dostrzec i nie docenić żelaznej konsekwencji twórców ze studia Crystal Dynamics w podążaniu ścieżką, jaką obrali w pracy nad interaktywnymi przygodami Lary Croft od 2013 roku. Reboot serii poddał gruntownej przebudowie nie tylko osobowość legendarnej pani archeolog i poetykę fabuły, ale także rdzeń mechaniki gry. Podczas gdy fundamentalne dotychczas dla cyklu sekcje wspinaczkowe, wymagające chirurgicznej precyzji w przemieszczaniu się w obrębie lokacji w odświeżonym „Tomb Raiderze” zostały poddane casualizacji, a rozwiązywanie zagadek zepchnięte na odległy plan, przygody Lary zaczerpnęły garściami z akcji i survivalu. Dziedziczka rodu Croftów nie tylko musi zmagać się obecnie z wycieńczeniem, cierpieniem fizycznym, głodem oraz wyniszczającym chłodem w trakcie przerywników filmowych, ale i sam gracz zostaje zmuszony do dokonywania masowej rzezi na agresorach, polowania na miejscową faunę za pomocą łuku czy „własnoręcznego” wytwarzania narzędzi i ich ulepszania w imię zwiększenia szans na przetrwanie. Odświeżenie marki wiele zatem „zabrało”, wzbudzając tym samym niemałe kontrowersje wśród wieloletnich fanów serii, ale wiele też i „dostarczyło”, tworząc zgoła odmienny twór, który wywalczył sobie prawowite miejsce w loży. Tegoroczna filmowa przygoda Lary pozornie podąża w punkcie wyjścia śladami interaktywnego rebootu z 2013 roku, pozbawiona jest jednak wspomnianej konsekwencji i za wszelką cenę chce złapać za ogon jak najwięcej srok podczas niespełna dwugodzinnego seansu.

Nastoletnia Lara (Alicia Vikander) zostaje osierocona, gdy samotnie wychowujący ją ojciec Richard (Dominic West) znika bez śladu w trakcie jednej z licznych wypraw archeologicznych. Kolejne próby odszukania zaginionego nie zdają egzaminu, w wyniku czego zostaje uznany za zmarłego. Pomimo upływu lat dziewczyna nie potrafi pogodzić się z utratą jedynej bliskiej jej osoby i z uporem maniaka przeciąga w czasie proces dziedziczenia majątku, przez co żyje na skraju nędzy i regularnie wplątuje się w tarapaty. Gdy młoda buntowniczka odnajduje zaadresowane do niej nagranie taty z czasu tuż przed jego zniknięciem, uzyskuje poszlaki zdradzające cel jego wyprawy. Richard wyruszył w stronę tajemniczej wyspy, znajdującej się gdzieś u wybrzeży Japonii i będącej zarazem miejscem pochówku Himiko – legendarnej królowej, która, jeśli wierzyć podaniom, posiadała magiczną moc zsyłania śmierci na tysiące istnień. Dziewczyna bez mrugnięcia okiem wszczyna śledztwo na własną rękę i wyrusza w podróż z nadzieją rozwikłania zagadki zniknięcia ojca.

„Tomb Raider” w reżyserii Roara Uthauga jest ciężkostrawnym i pospiesznie wymieszanym bigosem ze śliwkami, zbyt dużą dawką wina i jeszcze większą ilością tłustego boczku. Produkcja stara się łączyć liczne, niekiedy skrajne względem siebie, chwyty oraz inspiracje z rozmaitych gier wideo i filmów o podobnej tematyce. Tegoroczna adaptacja przejmuje estetykę oraz kilka wątków z interaktywnego rebootu, czyniąc go fundamentem dla filmu. Widzowi jest więc przedstawiona geneza „narodzin” symbolu, którego uosobieniem dopiero stanie się bohaterka. W dziele Uthauga obecne są zarazem dobrze znane chwyty z klasyki kina przygodowego, a i entuzjasta powstałego ponad dekadę temu „Lara Croft: Tomb Raider” (2001) odnajdzie kilka wspólnych tropów (np. kluczowe dla fabuły retrospekcje z udziałem ojca Lary i napędzający ją wątek figury ojca). Rozgrywające się na ekranie wydarzenia naprzemiennie przywołują zatem sprzeczne sygnały, raz portretując bohaterkę jako zakleszczoną w pułapce zwierzynę, kiedy indziej zaś jako niemalże beztrosko biegającą dziewoję z bronią pod pachą. W tym samym filmie słynna pani archeolog przebojowo przemierza miasto w pościgu rowerowym, z pazurem przeskakuje między łodziami w porcie za pomocą liny niczym Indiana Jones, aby w niedługim czasie uczestniczyć w naturalistycznym pojedynku na pięści z najemnikiem, w trakcie którego dziewczyna desperacko walczy o każdy oddech. Widz na próżno będzie tu szukać Lary mierzącej się z chaosem i okrutnością natury ludzkiej, nie zastanie też kontemplacyjnych ujęć przyrody, ale nie otrzyma przy tym niezobowiązującej rozrywki z udziałem „Indiego w spódnicy”. Brak zdecydowania w obranym kierunku i chaotyczność powodują niezamierzony dysonans odbiorczy, w wyniku czego Lara nie zadowoli zatem w pełni ani miłośników filmów z wielką przygodą w tle, ani zwolenników filmowej interpretacji z udziałem Angeliny Jolie, ani tym bardziej generacji fanów Lary po 2013 roku.

Sytuacji nie poprawia zbyt lakoniczne potraktowanie zdecydowanej większości bohaterów wspierających panią archeolog swoją obecnością na ekranie. Tym razem bohaterka nie może liczyć na pomoc swoich oddanych pracowników i wieloletnich przyjaciół rodziny. Dziewczyna wynajmuje za to łódź z kapitanem (Daniel Wu), który o ile ma interesującą przeszłość, o tyle szybko ustępuje miejsca innym wątkom, ocierając się o rolę statysty w późniejszej części filmu. Wyjątkiem od tej reguły jest postać wspomnianego już ojca Lary, który w retrospekcjach tworzy podwaliny pod przyszłą motywację dziewczyny. W tym kontekście nie najlepsze wrażenie potęguje aż nazbyt dosłowne potraktowanie wrogiej armii najemników i rozbitków na wyspie jako odległego tła wydarzeń. Pomimo wymiany ognia pomiędzy tymi dobrymi i złymi oraz sporadycznych interakcji werbalnych, liczni „goście” wyspy po prostu na niej są. Szybko pojawiają się na ekranie, równie szybko znikają.

Na pochwałę jednak zdecydowanie zasługuje unikanie przez twórców filmu – niemalże do ostatnich jego chwil – jednoznacznej odpowiedzi dotyczącej występowania (lub też nie) wątku fantastycznego. Zadane z początkiem wyprawy Lary pytanie o przyczyny i źródło tragicznych wydarzeń, jakie rozegrały się na wyspie, zdaje się jednym z kluczowych wątków dzieła. Czy wielowiekowe podania o królowej Himiko, które przedstawiają ją jako postać magiczną, niemalże boską, są wiernym historycznym zapisem zaistniałej sytuacji, a może stanowią jedynie poetycką mistyfikację, piękne kłamstwo maskujące podłość i okrucieństwo królowej-tyrana? Ilekroć młoda bohaterka i towarzyszące jej postaci doświadczają niespodziewanego zjawiska lub odsłaniają dotąd nieznany rąbek tajemnicy z życia Himiko, tajemnica wyjaśnione zostaje z dwóch perspektyw – metafizycznej oraz racjonalnej, wręcz naukowej. Nagłe, gwałtowne podmuchy wiatru w skalnym tunelu prowadzącym w głąb ziemi mogą świadczyć, że dusze zmarłych sług Himiko chcą przepędzić intruzów, ale równie dobrze może się okazać, że jest to naturalne zjawisko, spowodowane gwałtowną zmianą ciśnienia w niższych partiach tunelu. Prowadzona w ten sposób gra z widzem nie tylko sprawnie potęguje atmosferę niepokoju, ale także nieznacznie pobudza iskrzenie pomiędzy stojącymi w opozycji postaciami.

W jednej ze scen bohaterka stwierdza, że „nie jest Croftem z »tych« Croftów”, co zdaje się najcelniej odzwierciedlać problem filmu. „Tomb Raider” okazuje się dziełem zbyt mocno bazującym na różnych, skrajnych konceptach, w wyniku czego efekt końcowy jest zwyczajnie nijaki, a przy tym schizofreniczny. Ale pomimo licznych zarzutów ze strony autora tekstu, to relatywnie ładny wizualnie film o szybkim, równym tempie, co może zadowolić wiele osób. Trudno jednak traktować tegoroczną produkcję jako coś więcej niż typowy „popkorniak”, oglądany bez większego zaangażowania do obiadu. Może kontynuacja, o ile takowa powstanie, uzyska swoją tożsamość. Oby.
„Tomb Raider”. Reżyseria: Roar Uthaug. Scenariusz: Geneva Robertson-Dworet, Alastair Siddons. Zdjęcia: George Richmond. Obsada: Alicia Vikander, Dominic West, Walton Goggins i in. Produkcja: USA/Wielka Brytania 2018, 118 min.