Wydanie bieżące

1 maja 9 (345) / 2018

Miron Kądziela,

WEŹ WDECH (NIGDY CIĘ TU NIE BYŁO)

A A A
Folia ściska twarz. Płonąca fotografia młodej dziewczyny wpada do metalowego kubła. Gasi ją masywna, hotelowa Biblia. „Sandy” – głosi złoty wisior. W tle słychać gniewne, ojcowskie rozkazy. Dziecko odlicza sekundy. Zakrwawiona chusteczka znika w odpływie. Agonalna próba wzięcia oddechu. Foliowy worek jeszcze głębiej wnika do niemo poruszających się ust. Dłonie wycierają młotek i zgarniają drobiazgi z łóżka do worka na śmieci. W końcu facet wychodzi na hotelowy korytarz i opuszcza budynek przez tylne wyjście. Masywny, brodaty drab to postać, do której umysłu przed chwilą weszliśmy – i pozostaniemy w nim przez kolejne półtorej godziny.

Joe (Joaquin Phoenix) jest tzw. człowiekiem do wynajęcia, najemnikiem. Przyjmuje nielegalne zlecenia, które wymagają umiejętności brutalnego i ostatecznego rozwiązywania problemów. Jedno z zadań wiąże go z młodą dziewczyną, córką senatora, która została porwana i wprowadzona w świat dziecięcej prostytucji. Pokręcony i przygnębiony bohater zostaje w ten sposób wrzucony w pokręconą i przygnębiającą historię, nieustannie oscylującą wokół zepsucia, mroku i czystego zła.

Jedyną relacją, którą Joe pielęgnuje, jest ta z jego matką (Judith Roberts). Nadal z nią mieszka, spędza popołudnia i wspólnie śpiewa rozczulające, dziecięce piosenki. Lynne Ramsay bardzo naturalnie pokazuje łączącą ich więź. Scena, która wprowadza do filmu postać matki, to pokaz realistycznego, uroczego dialogu pomiędzy bliskimi sobie ludźmi, a także świetnej gry aktorskiej. W ich wspólnych scenach widzimy, że główny bohater jest nie całkiem dojrzałym psychologicznie człowiekiem, którego pępowina wciąż nie została w całości przecięta. Jednakże nie jest to niezdrowy i toksyczny układ. Jego matka okazuje się jego ostoją i najczulszą przyjaciółką, połączoną z nim wspólną tajemnicą i tragiczną przeszłością.

Historia opowiadana przez Ramsay jest adaptacją powieści Jonathana Amesa pod tym samym tytułem. Książka Amerykanina została uznana przez czytelników za zwykłą, sensacyjną pulpę. Reżyserka odwraca jednak punkt widzenia. W jej filmie przestaje być ważny czyn, a akcent przeniesiony zostaje na wykonawcę. Tym razem główny bohater to nie maszyna do zabijania, lecz zwyczajny, człapiący po chodnikach zjadacz chleba, zwykły „Joe”. U Ramsay mnożone przez człowieka krzywdy mają konsekwencje, a co najważniejsze: mają też bardzo poważne przyczyny. Mitologizowany płatny zabójca jest zwykłym, pracującym człowiekiem i bynajmniej nie wykonuje swojego zawodu z wielką chęcią.

Najważniejszym punktem filmu staje się więc pojedyncza postać i próba jej analizy. Kluczowy okazuje się, jakże oczywisty już w naszej współczesnej rzeczywistości, Sigmund Freud i wywodzący się z jego nauk psychologizm, często wykorzystywany w literaturze i kinie. Fundamentalna w analizie postaci jest jej przeszłość, zwłaszcza ta najwcześniejsza, tj. dzieciństwo. Z tego powodu Ramsay karmi nas krótkimi retrospekcjami, przypominającymi w wymowie nie tyle pełnoprawne sceny, ile tłumione, nieustannie powracające wspomnienia. Z jednej strony umożliwiają one interpretację na płaszczyźnie psychoanalizy, ale z drugiej gmatwają niektóre wątki m.in. poprzez ich chronologiczną niespójność. Trzeba jednak pamiętać, że to wspomnienia, których w pewnym sensie nie przedstawia nam Ramsay, lecz stworzona przez nią postać. Z tego powodu nie zawsze zgadzają się one ze sobą i ich znaczenie nie zawsze jest dla widza oczywiste.

Warto zwrócić uwagę, że podejmowany przez reżyserkę temat wydaje się analogiczny do idei przyświecającej jej przy „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Osią filmu również były rozważania nad źródłem zła w człowieku oraz studium ludzkich zachowań. Najciekawsze jest to, że „Nigdy cię tu nie było” stoi w opozycji do wcześniejszego filmu. Zdaje się, że w „Musimy porozmawiać o Kevinie” Ramsay stara się dać nam do zrozumienia, że zło i ludzki charakter dane są a priori i tylko w niewielkim stopniu zależą od środowiska. W najnowszym filmie jej odpowiedzią na to zagadnienie jest jednak freudyzm i uwarunkowanie człowieka przez jego otoczenie i dzieciństwo. Te dzieła łączy wszakże jedno – człowiek podlega determinizmowi. Wcześniejsze zdarzenia warunkują późniejsze decyzje, ograniczając (lecz nie negując) wolną wolę.

Życie Joego to historia tortur, bólu, wrzasku i tłumionego gniewu. To opowieść o braku rozwoju, który spowodowany został wyrządzoną krzywdą, o czynach, które mają konsekwencje, o niszczącym wpływie przemocy, o bezsensowności ludzkiego zła. To historia o tym, że życie człowieka jest zjawiskiem skomplikowanym i kruchym. Joe nauczył się, że pocieszenie i ukojenie znaleźć można tylko w śmierci i bólu, że tylko one dają wolność. Jest to lekcja absurdalna, lecz już podświadomie wdrukowana w jego psychikę, rządząca jego zachowaniem.

Innym, równie ważnym wątkiem okazuje się historia córki senatora Niny (Ekaterina Samsonov), którą Joe ma uratować. Wraz z rozwojem akcji i dokładniejszym przedstawianiem historii bohaterki staje się coraz bardziej prawdopodobne, że główny wątek filmu jest lustrzanym odbiciem wątku ukrytego, niedosłownego i opowiadanego retrospekcjami, które widz musi sobie najpierw umiejętnie zinterpretować. Dwie osobiste historie prowadzone są równolegle i to właśnie ich podobieństwo napędza działania protagonisty.

Lynne Ramsay nie mówi wprost, nie wyłuszcza w sposób otwarty swojego przesłania. Każe widzowi pracować, żeby zrozumieć, jak wszystkie rozrzucone luźno wątki łączą się w spójną całość. Pewną część finału zostawia domysłom widza. Jedna z równolegle prowadzonych historii nie ma jasnego zakończenia, urywa się przed samym końcem. Jeśli rzeczywiście prowadzone są one na zasadzie lustrzanego odbicia, pewne elementy trzeba sobie dopowiedzieć samemu.

Mimo że film traktuje głównie o przemocy, to ona sama jest ukrywana i ukazana jako coś intymnego. Agresja i okrucieństwo okazują się tutaj puste, nie dają ani widzom, ani bohaterowi żadnego spełnienia czy przyjemności. Częściej pokazywane są jako przyczyna bólu i smutku, czy to w przypadku Joego, czy zastrzelonych dzieci, czy też uduszonych, zastygniętych w niemym krzyku ludzi. Życie protagonisty ukazane jest jako chaos nieustannego cierpienia i walki, od którego nie może być wytchnienia. Nigdy nie nauczył się on bowiem patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat zła.

W „Nigdy cię tu nie było” liczy się każda sekunda. Każde ujęcie jest tu albo dopieszczone do perfekcji, albo zaskakujące w zastosowanym zabiegu. Narracja filmowa została wykorzystana do granic możliwości. Nie tylko angażuje widza, ale także świetnie oddaje pokręcony, chory umysł głównego bohatera. W rolę Joego wciela się jeden z najlepszych współczesnych aktorów, wybitny i wciąż niewystarczająco doceniany Joaquin Phoenix. Tylko aktor wielkiego kalibru mógł udźwignąć tak zniuansowaną, milczącą, ale zarazem przesyconą silnymi, mieszającymi się emocjami rolę. Muzyka Jonny’ego Greenwooda nie służy tym razem tylko do podkreślenia atmosfery danej sceny, lecz często decyduje o jej odbiorze. Kakofoniczne wybuchy i nierytmiczne melodie wprowadzają do filmu jeszcze większy mętlik. Ramsay chce, aby widz odczuwał dyskomfort, został zahipnotyzowany albo wpadł w znany z filmów Nicolasa Windinga Refna audiowizualny trans.

Do szkockiej reżyserki Lynne Ramsay, szerzej znanej publiczności dzięki „Musimy porozmawiać o Kevinie”, przylgnęła łatka osoby „trudnej”, co jest ponoć powodem wieloletnich przerw pomiędzy premierami jej nowych filmów. Od wcześniejszego obrazu do „Nigdy cię tu nie było” minęło aż 6 lat. A to i tak niezły wynik, bo rekordem Szkotki jest aż dziewięcioletnia luka między kolejnymi pełnymi metrażami. Jak opinie o tzw. trudności komentuje sama zainteresowana? Przede wszystkim broni swojej autorskiej wizji. Mówi: „(…) wykonujesz ciężką robotę, jesteś kapitanem okrętu i zawsze musisz podejmować trudne decyzje, czasami musisz powiedzieć: »to nie pasuje do tego«. Musisz się trzymać tego, w co wierzysz” (www.theguardian.com). Trudno nie przyznać reżyserce racji. W obecnych czasach amerykańskie kino autorskie dość rzadko eksploruje nowe, nieodkryte lądy, jak robili to choćby David Lynch, Quentin Tarantino, Jim Jarmusch, David Cronenberg czy Woody Allen pod koniec XX i na przełomie XX i XXI wieku. Tym samym próby jakiegokolwiek nowatorskiego spojrzenia na narrację filmową są dla fanów kina na wagę złota. Często wiąże się to ze sprzeciwem innych pracujących przy filmie artystów lub producentów, zazwyczaj w obawie przed zawężeniem potencjalnej grupy odbiorców. Żeby tak oryginalne dzieło jak najnowsza produkcja Ramsay mogło powstać, konieczne były zadziorność, konsekwencja i konkretna, autorska wizja. Efekt to jedna z najgłośniejszych produkcji roku i dwie Złote Palmy w Cannes.

„Nigdy cię tu nie było” jest niezwykle oryginalną, hipnotyczną autorską wizją. Przedstawienie postaci zabójcy jako zwykłego, a nawet słabego człowieka stanowi ciekawy, nowy głos dla całego gatunku, dalsze rozwinięcie postaci z „Gorączki” Michaela Manna, „Sicario” Denisa Villeneuve’a, „Aż do piekła” Davida Mackenzie’go czy z filmów braci Coen. Tym razem jednak przemoc sama w sobie jest największym wrogiem. Zostaje ona pokazana przez szkocką reżyserkę taką, jaka jest w rzeczywistości – wyłącznie jako źródło wielkich cierpień.

LITERATURA:

Sawyer M.: Director Lynne Ramsay: ‘I've got a reputation for being difficult – it's bullshit’, https://www.theguardian.com/film/2018/feb/25/lynne-ramsay-director-you-were-never-really-here-observer-interview.
„Nigdy cię tu nie było” („You Were Never Really Here”). Scenariusz i reżyseria: Lynne Ramsay. Zdjęcia: Thomas Townend. Obsada: Joaquin Phoenix, Judith Roberts, Ekaterina Samsonov i in. Produkcja: USA, Francja, Wielka Brytania 2017, 85 min.