Wydanie bieżące

1 maja 9 (345) / 2018

Sabina Strózik,

ATRAMENT EMPATYCZNY (JEAN STAROBINSKI: 'ATRAMENT MELANCHOLII')

A A A
Opus magnum Starobinskiego otwiera reprodukcja jednej z prac włoskiego malarza Giorgio de Chirico – dzieła zatytułowanego „Melanconia”, o którym w późniejszych rozdziałach książki pisze szwajcarski filozof, dokonując jego wnikliwej interpretacji (s. 347). Nie ma na obrazie Dürerowskiego wyrazistego ucieleśnienia, obecności melancholii, a jest jedynie fragment budynków, dwoje ludzi przykutych do ziemi swoimi długimi cieniami i monumentalna rzeźba wystawiona na palące promienie słońca, podpisana tytułem samego dzieła. Dlaczego upalny dzień miałby być definicją choroby niegdyś nazywanej nadmiarem zatruwającej czarnej żółci? Przewrotnie można stwierdzić, że melancholia to po prostu ten gigantyczny posąg, który wypełnia przestrzeń. Nie da się go obejść, ominąć, można o nim opowiadać, a on jest, trwa. Swoją niewygodną obecnością uświadamia nam, że i letnie dni upływają w jej cieniu.

ARTament melancholii

Książka „Atrament melancholii” jest szalenie erudycyjną próbą wszechstronnego opisania i zinterpretowania melancholii. Wydaje się, że tylko ktoś taki jak Jean Starobinski mógł podjąć się tego zadania i że jest on jednym z nielicznych, który ma do tego narzędzia. Rozpoczynająca tom rozprawa doktorska to przede wszystkim opis historii medycyny, świadectwo historycznych zmagań, choć i tu już oczywiście ujawnia się wszechstronność autora, który w każdym momencie patrzy na zjawisko całościowo, jak humanista, a nie jak precyzyjny lekarz opisujący symptomy konkretnej jednostki chorobowej. Filozof sam najlepiej określa swój status („Często bywam uznawany za lekarza, który zdjął kitel, aby zająć się krytyką literacką i historią literatury. W rzeczywistości moje prace były przemieszane” [s. 8]) i ma pełną świadomość, iż wielostronne spojrzenie na chorobę będącą jednocześnie zjawiskiem kulturowym okazuje się trudne, zwłaszcza z powodu zmienności, jakiej ta choroba podlega wraz z czasem: „Zarówno po stronie chorego, jak i lekarza choroba jest faktem kulturowym i zmienia się wraz z warunkami kulturowymi” (s. 15).

Starobinski z aptekarską dokładnością referuje, jakie metody mieli medycy na przestrzeni wieków, aby wyleczyć chorego. Niektórzy postulowali wywar z ciemiernika (s. 23), lekarstwo z mandragory (s.26), ale także krępowanie, kary cielesne, słuchanie muzyki (s. 27, 87) czy ucieczkę w pracę, sen lub seks (s. 42, 47). Swoistym lekarstwem może także być podróż (s. 82), ale jej natura jest niezwykle przewrotna – obieżyświat może właśnie poprzez wojaże zapaść na „ponury nastrój, ohydny ateizm oraz niezłomną mizantropię” (s. 82). Rozdział ten niewątpliwie stanowi bardzo ciekawe świadectwo zmiany podejścia do choroby, a u początków – studium przedzierzgania się smutku w chorobę.

Kolejne zaś części przynoszą całą mnogość spojrzeń. Na kartach tomu ciągną się wnikliwe, genialne interpretacje dzieł – nie sposób wymienić wszystkich autorów, których do wielogłosu zaprasza filozof. Nie brakuje tu twórców-patronów, potomków Saturna, chciałoby się rzec, ale są także bohaterowie pomniejsi, wywołani do odpowiedzi, do dania świadectwa. Nie wszystkie postaci zdają się oczywiste, ale autor szybko tłumaczy ich obecność, nadając ich dziełom lub dziełom, w których występują, nowe sensy.

„Atrament melancholii” jest owocem dekad, wieloletniej pracy i prób opisu. W związku z tym oczywiste, że można między częściami dostrzec pewne powtórzenia – niektóre frazy są niemalże kopiami innych, pojawiających się wcześniej, ale nie przeszkadza to w odbiorze.

Ze wszystkich chyba znanych mi książek traktujących o chorobie, tej chyba najlepiej udaje się chorobę uczłowieczyć, a nie odczłowieczyć chorego człowieka. Starobinski stara się melancholii, trochę już „przestarzałej” i zepchniętej do zatęchłych stryszków filozofii i literaturoznawstwa czy historii medycyny (Kępiński), przywrócić głos. Być może właśnie choroba nadmiaru czarnej żółci potrzebuje tego bardziej niż jakakolwiek inna, z uwagi na niemożność artykulacji, na jaką zapada melancholik. Jak pisze Michał Paweł Markowski we wstępie do książki Julii Kristevej „Czarne słońce. Depresja i melancholia”: „Melancholia to stan czystej immanencji, zamknięcia drogi między podmiotem a światem. W melancholii czas przestaje płynąć, albowiem milknie mowa. Jeśli więc podmiot jest tym, kim się staje, to melancholia jest regresją podmiotu, który nagle wypada poza czas. Między bezczasem i czasem, między milczeniem i mową toczy się ludzkie życie” (Markowski 2007: 30).

Można się czasem w tej książce zatracić. Razem z filozofem błądzimy przez meandry, dygresje, przechodzimy od historii medycyny do mikroanaliz dzieł Baudelaire’a – ale tylko taka budowa tekstu gwarantuje wielowymiarowość i skuteczność opisu. Kiedy wydaje się już czytelnikowi, że został wywiedziony na bezdroża, nagle autor jednym krótkim zdaniem udowadnia, że cała ta wędrówka prowadziła do jasnego celu i czytający doznaje nagłego olśnienia. Towarzyszy mu także nagłe poczucie zrozumienia, intuicyjnego zbliżenia się do sedna sprawy. Brak bowiem w tomie ostrych, aforystycznych podsumowań, do których uciekają się niektórzy badacze piszący o melancholii. Starobinskiemu udaje się czytelnikowi wiele rzeczy uświadomić, często bez wyrażania ich wprost.

Zapisać melancholię

Czy melancholia jest jednoznacznie zła? Czy nie bywa antidotum na rzeczywistość, a może narzędziem wnikliwszej obserwacji świata? Takie tezy także, choć nie explicite, znajdują się na kartach książki. Przywoływana po wielokroć historia śmiechu Demokryta, uważanego przez całe społeczeństwo za szaleńca, kończy się postawioną przez Hipokratesa diagnozą, że to społeczność jest szalona, nie potrafiąc dostrzec geniuszu stroniącego od ludzi uczonego.

Czy można się przed melancholią uchronić? Czy lekarz-filozof podaje recepty, remedia? Melancholia musi paradoksalnie uciekać się do ironii. Połączenie to zaskakujące, czerpiąc z zupełnie innych, niemożliwych do pogodzenia, rejestrów, ale wydaje się, że jedną z diagnoz Starobinskiego jest wieczna obecność rozdwojenia, podwójności, rozdźwięku: „(…) wszędzie tam, gdzie pojawia się melancholia, wkrada się rozdwojenie. A najdoskonalsze rozdwojenie – którego metaforą jest odbicie w lustrze i które zapewnia podmiotowi precyzję i jasność w poznaniu przedmiotów – zawiera w sobie nieuchronnie (…) komponent melancholii” (s. 123).

Mój największy podziw budzą fragmenty traktujące o nostalgii (s. 190) nierozerwalnie związanej pozornie z miejscem, a tak naprawdę z bezpowrotnie utraconym czasem, a także o wspomnianej już przewrotnej funkcji ironii (s. 253). Zachwycający jest także rozdział o masce Kierkegaarda, w którym przywołana wypowiedź duńskiego filozofa stanowi bodaj najlepszy opis doznania melancholii: „Przed chwilą wróciłem z wieczornego spotkania, którego byłem duszą: sypałem jak z rękawa dowcipami, wzbudzałem śmiech i podziw zebranych – lecz wyszedłem, a kreska, którą powinienem tu postawić, musi być tak długa jak promień ziemi (…)” (s. 307).

Podziwiam, że Starobinski próbuje opisać melancholię bez popadania w metaforyczny ton, który dawno już wymusił dyskurs. Niełatwo jest wysłowić istotę problemu, kiedy operujemy językiem „czarnych słońc” czy „znaków Saturna”. Oczywiście, w tej niewyrażalności kryje się sedno sprawy, ale uznanie budzić musi próba ujęcia..

Sama melancholia wymyka się. Nie tak łatwo podać jej proporcje, jak leków, które miały ją uleczyć, skrupulatnie rozpisanych w dziele Roberta Burtona „Anatomy of Melancholy”. Skoro melancholia to „nic, które boli”, żeby posłużyć się ikoniczną już frazą Fernando Pessoi, to jak opisać pustkę? Czy to nie ta pustka najbardziej nam przeszkadza? Nic bardziej mylnego. Z lektury może wynikać, że to właśnie pustka jest równocześnie trucizną i antidotum, gwarantem i zapowiedzią przyszłości, w której może ukonstytuować się nowe „ja”.

„Atrament melancholii” to dzieło totalne. Pięćdziesiąt lat rozważań wybitnego autora gwarantuje, że nie ma tu braków czy wielkich nieobecnych. Oczywiście, książka obejmuje pewien czasowy zasięg, więc najmłodsi melancholicy (np. Sylwia Plath, która byłaby na pewno ciekawą postacią w panteonie bohaterów przewijających się przez karty książki) nadal czekają na diagnozę.

Bez melancholii trudno wyobrazić sobie kulturę europejską. W prawie każdym dziele, jeśli by się dobrze zastanowić, jest choć pierwiastek, ślad, posmak dziwnej, niewyjaśnianej i nieukojnej tęsknoty. Nie sposób więc nie potraktować książki Starobinskiego jako pozycji absolutnie obowiązkowej.

LITERATURA:

Markowski M.P.: „Przygoda ciała i znaków. Wprowadzenie do pism Julii Kristevej”. W: J. Kristeva: „Czarne słońce. Depresja i melancholia”. Przeł. M.P. Markowski i R. Ryziński. Kraków 2007.
Jean Starobinski: „Atrament melancholii”. Przeł. Krystyna Belaid. Słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2017 [seria: Klasyka Światowej Humanistyki].