Wydanie bieżące

15 maja 10 (346) / 2018

Miron Kądziela,

HUZIA NA JÓZIA! (AVENGERS: WOJNA BEZ GRANIC)

A A A
Studio Marvel przeszło długą drogę od „Iron-Mana” z 2008 roku do monumentalnego połączenia kilkudziesięciu bohaterów z kilkunastu filmów w roku 2018. Pozycja Marvela w kinie masowym jest niepodważalna – ponad 15 miliardów dolarów zysków, niezliczona liczba sprzedanych gadżetów oraz gigantyczna rzesza fanów rozciągająca się od młodocianych entuzjastów do starszych widzów. W „Avengers: Wojna bez granic” możemy zobaczyć niemal wszystkie ważne postaci uniwersum połączone wspólnym celem – trzeba powstrzymać złego Thanosa, który pragnie zebrać Kamienie Nieskończoności, dające mu wielką moc.

Rozczarują się wszyscy ci, którzy spodziewali się, że będzie to coś więcej niż po prostu kolejny film z uniwersum Marvela. „Avengers: Wojna bez granic” jest połączeniem dwóch stylów, z których dotychczas korzystali twórcy z tego uniwersum. Z jednej strony sztampowa i pompatyczna zabawa, a z drugiej burzenie czwartej ściany i śmianie się z samych siebie, a zwłaszcza z tej całej obecnej na ogół pompatyczności. Oba podejścia zostały tutaj bardzo mocno uwydatnione. Na tyle, że o filmie trzeba mówić przede wszystkim jako o komedii, ale z tak przerysowaną i sztuczną dramaturgią i emocjonalnością, że przypomina ona historie znane z kreskówek. Wydaje mi się jednak, że za takie podejście nie można nikogo winić. Spójne połączenie odmiennych światów, ich klimatów i postaci byłoby niemożliwe, gdyby było robione całkiem poważnie. Twórcy musieli mocno spuścić z tonu, żeby nic się nie gryzło. W rezultacie skrajnie przerysowali dramaturgię wydarzeń tak, żeby widz mógł podczas seansu i śmiać się, i płakać. Paradoksalnie jednak przez to nie budzi ona w odbiorcy szczególnych emocji, zwłaszcza że z powodu wypełniania przez twórców oklepanego szablonu fabularnego zwykle wiadomo, co w danej scenie się wydarzy.

Pójście w komedię okazało się za to niezwykle udane. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo śmiałem się na filmie. I żarty wcale nie są tutaj tylko tanie i proste – często są bardzo dobrze przemyślane i odważne, lekką ręką burzące zbudowane wcześniej świętości. Każdy więc niezależnie od poczucia humoru dostaje coś, co lubi, szczególnie jeśli komuś pasuje późny, śmiejący się z siebie Marvel. Twórcy sprawnie wykorzystują też potencjał, jaki zawiera się w łączeniu postaci z różnych światów. Najwięcej możliwości drzemie w słynących ze swoich humorystycznych stron Spider-Manie i Star-Lordzie oraz w ich interakcjach z innymi postaciami z uniwersum.

Najbardziej boleć może za to niedopracowanie technicznej strony produkcji. CGI, inscenizacja, scenografia i wygląd nowych postaci uniwersum odstają estetycznym poziomem od tego, do czego przyzwyczaiły nas wcześniejsze filmy od Marvela. Thanos prezentuje się jeszcze całkiem dobrze (choć to po prostu wielki, fioletowy mięśniak z wyżłobieniami na brodzie), ale jego gwardia i armia potworów wyglądają dość nudno i wtórnie, zwłaszcza w porównaniu z ich komiksowymi oryginałami. Gdy akcja nie musi dziać się w znajomej, szerokiej lokacji (np. Nowy Jork lub Wakanda), to odbywa się albo w wąskiej, oklepanej scenograficznie scenerii, albo w wygenerowanym w komputerze świecie. Może on być jednak na tyle nieciekawy i tani, że dana scena jest wtedy kręcona niemal wyłącznie na półzbliżeniach lub bez interakcji z otaczającymi postacie elementami świata. Iluzja fantastycznych, kosmicznych miejsc jest więc dość nieprzekonująca, szczególnie rozczarowuje w tak wielkim widowisku. Przypomina bardziej pod tym względem serial „Altered Carbon” niż któregoś z „Łowców androidów”. Jeśli chodzi natomiast o superbohaterskie bitwy, to były one naprawdę dobrze przemyślane. Widać, że twórcy zdają sobie sprawę, jak wielką ich liczbę widz obserwował już w uniwersum Marvela. Mimo że wypełniają one znaczną część filmu, zaczynają delikatnie nużyć dopiero pod jego koniec, co można traktować jako pewien wyczyn.

Widzów może rozczarować także nielogicznie rozwinięta postać głównego antagonisty – Thanosa, którego motywów działania nie sposób uznać za rozsądne i uniwersalne. Rozumiem, że może on kierować się emocjami w związku z tragicznymi wydarzeniami na jego rodzinnym Tytanie, ale nie tłumaczy to stosowania jego zasady do każdego ze światów. Szczególnie też dlatego, że to rozwiązanie krótkoterminowe, a bardzo drastyczne i raczej szkodliwe dla danej społeczności. Nie jest to w końcu kosmiczny dyktator, któremu przyświeca chęć „czyszczenia” planety, szukania jakichś słabszych punktów i cynicznego pozbywania się ich poprzez selektywne ludobójstwo czy eugenikę. Wybiera on swoje ofiary losowo. Nie wiadomo więc, o jakiej „równowadze we Wszechświecie” mówi Thanos, gdy się na nią powołuje. Odnosi się wrażenie, że ta postać ma jedynie iluzoryczny powód działania, sztucznie stworzoną głębię. Może ona jednak nabrać widza swoją fasadą, o ile nie jest on na niej wystarczająco skupiony, co w przypadku takiego widowiska wydaje się przecież niezwykle prawdopodobne.

Nie przekonuje też relacja Thanosa z jego córką Gamorą, która opiera się na ckliwościach i gra na emocjach. Zresztą w „Avengers: Wojna bez granic” każda oscylująca wokół miłości relacja zrealizowana jest w podobny sposób. Tak samo nuży widza więź pomiędzy Visionem i Scarlet Witch, Gamorą i Thanosem, Gamorą i Star-Lordem oraz Thorem i Lokim. Twórców usprawiedliwiać można jednak ograniczonym czasem oraz skupieniem się na niezbędnej w takim monumentalnym połączeniu komedii, przez co zbyt ckliwie i sztucznie uwydatnili oni miłosne relacje.

„Avengers: Wojna bez granic” jest przede wszystkim filmem pełnym kompromisów, dalekim od ideału. Stara się spójnie połączyć coś, co zdaje się niepołączalne, musi iść więc na pewne ustępstwa. Wartościowy jest głównie pod względem komediowym i jako sprawny film akcji. W kwestii fabuły i artystycznej integralności dość daleko mu do wcześniejszych produkcji takich jak „Thor: Ragnarok”, „Strażnicy galaktyki”, „Spider-Man: Homecoming” czy do konkurencyjnych, nowych części „Gwiezdnych wojen”. Fanów serii oraz przypadkowych widzów ucieszy za to poważne zakończenie, a także to, jak traktowani są tutaj herosi, wcześniej niezniszczalni i wszechpotężni, teraz będący ledwie pionkami na szachownicy.

W kontekście trylogii „Avengers” najnowsza część staje się najsilniejszą ze stawki, choć nie jest to akurat wielki powód do dumy. Nie powiedziałbym też, że to najlepsza pozycja z całego, liczącego na obecną chwilę 19 filmów uniwersum, choć zależy to już od indywidualnych preferencji odbiorcy. Niemniej jednak, tak samo jak niemal każda produkcja o superbohaterach, „Avengers: Wojna bez granic” to niezobowiązująca, przyjemna rozrywka, a w tym wypadku także niezwykle zabawny film.
„Avengers: Wojna bez granic” („Avengers: Infinity War”). Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo. Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely. Zdjęcia: Trent Opaloch. Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch i in. Produkcja: USA 2018, 149 min.