15 maja 10 (346) / 2018

Radosław Pisula,

DEVIL MAY CRY (DAREDEVIL: NIEUSTRASZONY. TOMY 1-3)

A A A
Początek XXI wieku to okres ogromnych zmian w Marvelu. Wydawnictwo było wprost zdewastowane przez widmo bankructwa w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy bardziej niż na opowiadaniu dobrych historii zależało mu na wciskaniu czytelnikom jak największej liczby alternatywnych okładek. Jedną z najważniejszych osób odpowiadających za uratowanie giganta był nowy naczelny, Joe Quesada, pełen świeżych pomysłów, niebojący się ryzyka i chcący znowu wprowadzić ekscytację do kolorowych zeszytów. Rewolucję zaczął zresztą własnymi rękoma, gdyż wspólnie z Kevinem Smithem (ze znakomitym skutkiem) zrestartował zamkniętą chwilę wcześniej serię z Daredevilem.

Jedną z wczesnych decyzji Quesady był angaż młodego twórcy, Briana Michaela Bendisa, który dotychczas bardzo dobrze radził sobie na rynku niezależnym, ale nawet nie myślał o przejęciu jakiegoś sztandarowego komiksu trykociarskiego. Zachłyśnięty pulpowymi kryminałami artysta urzekł naczelnego swoim podejściem do narracji i pisania dialogów – imitujących płynne, naturalne rozmowy, pozornie przegadane, ale zawsze podawane w znakomitym tempie, co w połączeniu z filmowym kadrowaniem i wyraźnym nakreślaniem bohaterów dawało znakomite efekty („Goldfish”, „Jinx”). Najpierw Bendis w 2000 roku dostał trudne zadanie wprowadzenia Człowieka-Pająka w XXI wiek na łamach „Ultimate Spider-Man” (co zresztą wyszło mu kapitalnie), a w 2001 roku zaczął swoją prawie sześcioletnią przygodę z Daredevilem, który pasował do jego stylu znakomicie – trudno o bardziej dopasowany związek między autorem a dziełem.

Wyjściowy pomysł Bendisa na serię, którą właśnie wydał u nas w trzech opasłych tomach Egmont, był niesamowicie intrygujący: już na początku swojej przygody scenarzysta postanowił, że tajna tożsamość herosa – ta delikatna membrana, która zapewnia trykociarzom anonimowość – zostanie mu odebrana. O tym, że za maską Diabła ukrywa się Matt Murdock, wiedziało zresztą wiele fikcyjnych osób (na czele z Kingpinem), ale przez lata był to najczęściej tani wymyk, żeby postraszyć bohatera, a potem zamieść całą sprawę pod dywan w jakiś komiksowy sposób (utrata pamięci, podstawiony przyjaciel w masce itd.). Bendis postanowił, że nie będzie u niego łatwych rozwiązań, a cała opowieść zostanie oparta na walce Daredevila o utrzymanie swojego życia w całości, gdy zewsząd otaczają go sępy, a on sam próbuje chaotycznie przywrócić status quo. Scenarzysta najpierw oczywiście straszył, bo najpierw jeden z nisko postawionych gangsterów zaczął handlować tożsamością Diabła, potem sprzedał ją FBI; ale była to zaledwie przystawka do momentu kulminacyjnego, gdy sam Murdock po wyniszczającym pojedynku z Kingpinem stanął nad jego ciałem i – zdejmując maskę w barze wypełnionym drabami – ogłosił się nowym „szefem” dzielnicy Hell’s Kitchen.



I na tym najwięcej wygrywał Bendis – jego fabuły były świeże, zaskakujące, nie wiadomo było, jak autor zaadaptuje dobra z mitologii herosa do nowych czasów. Po latach skupiania się przez twórców z głównego nurtu na opowiadaniu historii zaledwie z udziałem znanych bohaterów, on skupił się na snuciu fabuł o znanym bohaterze. To Murdock i targające nim emocje stały przez cały staż Bendisa w świetle jupiterów. Dodatkowo, wzorując się mocno na legendarnych historiach Franka Millera z lat osiemdziesiątych, Amerykanin zdawał się czerpać niebywałą przyjemność z męczenia protagonisty, sprowadzania go do poziomu rynsztoku; pokazywania, że bohater związany z ulicą musi przejść przez piekło, żeby sprawić kilka dobrych uczynków. A jakby tego było mało, Bendis dodał jeszcze wątek medialnej nagonki, w drobnych szczegółach opisując przypuszczalne, realistyczne rozwiązanie zdemaskowania superbohatera. Jego Matt Murdock jest prawdopodobnie najbardziej złożonym herosem ostatnich dwudziestu lat – w czym pomaga fakt, że Bendis nie zapomniał o tym, iż dobrą postać buduje się przede wszystkim poprzez relacje z przyjaciółmi i wrogami, przez co wypełnił komiks przemyślaną grupą postaci drugoplanowych, nie tyle dopełniających protagonistę, co stanowiących samoistne silne charaktery: Jessica Jones, Luke Cage, Foggy Nelson, Iron Fist, Black Widow (znakomita historia jej poświęcona), Spider-Man czy w końcu niewidoma Milla Donovan, chyba najciekawsza partnerka Murdocka po Elektrze.

Ale znakomite fabuły to tylko część składowa wielkiego projektu Bendisa, ponieważ to przede wszystkim forma jego opowieści zadecydowała o sukcesie. Zakochany w klasycznych kryminałach scenarzysta szczodrze wykorzystywał sztafaż superbohaterski, skupiając się na opowiadaniu swoich historii w stylu serialu telewizyjnego – z odpowiednim tempem, budowaniem suspensu czy z wykorzystaniem wspomnianych już dialogów: napchanych szczegółami, ale przy tym niezwykle naturalnych, czasami o niczym, ale zawsze fantastycznie łączących trykociarskie przerysowania z realizmem. Naprawdę ciężko znaleźć autora lepiej piszącego rozmowy między bohaterami od wczesnego Bendisa (bo tego dzisiejszego niestety gatunek zgubił).



Jednak osoba Bendisa to tylko część składowa sukcesu, ponieważ za powołanie do życia noirowego klimatu komiksu odpowiada w równym stopniu rysownik Alex Maleev, który zresztą przyczynił się do zaangażowania swojego kolegi, polecając go Quesadzie. Bułgarski artysta, którego styl w pewnym stopniu przypomina prace Billa Sienkiewicza, zamienił Bendisowskie historie w prawdziwe czarne kryminały, gdzie wszechobecne cienie, gra światłem, deszcz czy dym są niezbywalną częścią narracji – a przez te mroczne podstawy przebija krwistoczerwony kostium Murdocka.

„Daredevil” Bendisa i Maleeva to zdecydowanie jedna z najbardziej monumentalnych opowieści w historii wydawnictwa Marvel. Zakrojona na kilka lat epopeja wciąga Matta w coraz to większe bagno, a scenarzysta wydaje się czerpać sadystyczną przyjemność z niszczenia kolejnych „świętości” niewidomego śmiałka – jego dzielnicy, wiary, życia miłosnego, przyjaźni czy w końcu tajnej tożsamości i związanej z nią kojącej prywatności. W fantastyczny sposób połączył kruczoczarny kryminał czasów Millera ze swoimi bezceremonialnymi i niezwykle chwytliwymi dialogami, udowadniając, że komiks to często literatura najwyższych lotów. W duecie z finezyjnym Maleevem wyczarował na papierze superbohaterski komiks totalny, od którego śmiało możecie zacząć przygodę z Daredevilem. Jeśli jest jedna seria, w którą macie zainwestować w najbliższym czasie pieniądze, to upewnijcie się, że będzie nią „Daredevil”: wysmakowany i brutalny „trykot” na najwyższym biegu. Nic dziwnego, że swego czasu Bendis zbierał za serię nagrody Eisnera jak grzyby.

PS. Polską wersję warto zakupić również ze względu na świetne tłumaczenie Marcelego Szpaka, który wyszedł obronną ręką z pułapek słowotoków Bendisa, które momentami uważałem za nieprzetłumaczalne. A tu zaskoczenie, że jednak się da.
Brian Michael Bendis, Alex Maleev i inni: „Daredevil: Nieustraszony. Tomy 1-3” („Daredevil By Brian Michael Bendis & Alex Maleev Ultimate Collection vol. 1-3”). Tłumaczenie: Marceli Szpak. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2017-2018.