15 maja 10 (346) / 2018

Sławomir Iwasiów,

KONIEC AMERYKAŃSKIEGO SNU (J.D. VANCE: 'ELEGIA DLA BIDOKÓW')

A A A
Jak zostaną nazwane nasze czasy z perspektywy ludzi, którzy będą żyli w przyszłości? Być może w tym XXV albo XXVI wieku ci najmądrzejsi, jeśli do tego momentu ktokolwiek dotrwa, określą to, co dzisiaj przeżywamy, „erą schyłkową”, „bezprzyszłością” albo „postprzyszłością”, albo jeszcze jakoś inaczej, ale na pewno tak, żeby podkreślić naszą fiksację na tle idei wiecznego, nieuniknionego, nadchodzącego z każdej strony końca. Nietrudno sobie wyobrazić, że ci właśnie ludzie przyszłości (jak oni będą żyli, skoro przyszłości nie będzie?) do jednego worka w związku z tym wrzucą tak (nie)odległe od siebie zagadnienia, jak nihilizm Fryderyka Nietzschego, „kres nowoczesności”, upadek kultury i, powiedzmy, jeszcze kilka innych pojęć-kluczy, jak „koniec historii”, „śmierć gazet” czy „postprawdę”. I dostrzegą gigantyczne wręcz zainteresowanie przeszłością, ujawniające się w niezliczonych publikacjach z obszaru historii, biografistyki, badania zamierzchłych, najlepiej wymarłych kultur. Do tej bez końca (!) rozwijanej wyliczanki dopisuje się właśnie tak zwany koniec amerykańskiego snu.

Jeszcze do niedawna amerykański sen był albo kultywowany – przede wszystkim przez rządzących w Stanach polityków, właściwie niezależnie od podziału na demokratów i republikanów, używających go w przedwyborczych sloganach – albo wyszydzany (przede wszystkim w kontrkulturze). Kojarzyć się powinien z obrazkiem z lat 50./60. XX wieku: na przedmieściach dużego miasta, najlepiej w Kalifornii, żyje czteroosobowa rodzina, która mieszka w ładnym domu. Ojciec pracuje, mama zajmuje się wychowywaniem dzieci (koniecznie chłopcem i dziewczynką!), pociechy chodzą do szkoły, potem na studia. W domu niczego nie brakuje, w garażu stoi jeden samochód, na podjeździe drugi, ktoś codziennie równo kosi trawnik na wysokość dwóch palców. Sielanka? Nie – rzeczywistość, która miała być, przynajmniej w założeniu, udziałem wszystkich obywateli USA. Niezależnie od rasy, klasy czy pochodzenia, każdy miał dostać od państwa możliwość godnego życia – jeśli tylko na to życie zarobił ciężką, nieustającą, wymagającą poświęceń pracą. Krytyka amerykańskiego snu bywała ostra. Między innymi punkowe zespoły z przełomu lat 70. i 80. miały na celowniku ten stereotyp. Przykład? Piosenka Bad Religion z 1982 roku z płyty „How Could Hell Be Any Worse?”, pod tytułem „American Dream”, potępiała przesłodzony obraz dobrobytu amerykańskich przemieść:

I hate my job, I hate your god, I hate hypocrites and common slobs.

Hate people who aren't what they seem, more than anything else, American Dream.

Promise me today I'll have a Chevrolet, with whitewalls on the side,

One boy, one girl, comfortable lies.

To typowe symbole amerykańskiego snu: nowy samochód, szczęśliwa rodzina, szybki awans społeczny – obietnica dostatniego życia. Nie ma tu miejsca, żeby dokładnie przypominać źródła tej idei, ale oczywiście jest ona tak stara, jak historia Stanów Zjednoczonych (a dokładniej: jak „Deklaracja niepodległości”). Istnieje pokaźna bibliografia poświęcona tej problematyce – jedną z najnowszych książek jest „Requiem dla amerykańskiego snu. 10 zasad koncentracji bogactw i władzy” Noama Chomsky’ego (przeł. Stefan Baranowski, Kraków 2018), publikacja będąca transkrypcją filmu dokumentalnego pod tym samym tytułem. Różnica, którą dzisiaj obserwujemy, jest taka, że o amerykańskim śnie nie mówi się ani dobrze (w sensie polityki), ani źle (w sensie krytyki). Amerykański sen można jedynie wspominać, bo był, o zgrozo!, lepszy niż teraźniejszość (właśnie – jak ją nazwać?).

Zagadnienia amerykańskiego snu – a właściwie jego współczesnego wariantu i kryzysu – w dużej mierze dotyczy debiutancka książka J.D. Vance’a pod tytułem „Elegia dla bidoków”, która właśnie ukazała się na polskim rynku wydawniczym w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki. To wciągająca lektura, w której łączy się kilka problemów (skupionych wokół przemian amerykańskiego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich, mniej więcej, trzech dekad), ale i kilka sposobów wypowiedzi: autobiografię z sagą rodzinną, esejem, studium przypadku, a nawet publicystyką o charakterze komentarza politycznego.

J.D. Vance opisuje swoje życie. Pokazuje, jaką drogę musiał przebyć biały chłopak pochodzący z Kentucky – krainy smażonych w głębokim tłuszczu kurczaków – który wychowywał się w południowym Ohio. Tak, o tym drugim miejscu można powiedzieć na pewno tyle, że leży w tak zwanym Rust Belt, skupiającym takie stany, jak Nowy Jork, Pensylwania, Wschodnia Wirginia, Indiana, Michigan czy właśnie Ohio – na tym obszarze od lat 80. XX wieku notowano stopniowy, a potem dramatyczny upadek przemysłu ciężkiego. Symbolem zapaści gospodarczej „zardzewiałych stanów” jest miasto Detroit w Michigan, gdzie od początku XXI wieku obserwowano największy w historii odpływ ludności i nie mniejszy wzrost przestępczości. J.D. Vance urodził się w 1984 roku, a zatem na własnej skórze przeżył skutki tych właśnie, nakładających się na siebie problemów ekonomicznych i społecznych. Tak streszcza historię swojej rodziny: „Pokolenie mojej mamy było pierwszym, które wychowywało się na uprzemysłowionym Środkowym Zachodzie, z dala od śpiewnych akcentów z gór i szkół z jedną klasą dla wszystkich. Oni chodzili do nowoczesnych liceów, wśród tysięcy innych uczniów. Celem moich dziadków było wyrwanie się z Kentucky i umożliwienie lepszego startu w życiu. Dzieci z kolei miały dzięki temu lepszemu startowi osiągnąć coś więcej. Niezupełnie tak wyszło” (s. 49).

Książka, z jednej strony, pokazuje, dlaczego amerykańskie społeczeństwo zostało brutalnie wyrwane z ciągnącego się przez lata snu. Nie dbano o pracowników, nie dawano im poczucia bezpieczeństwa, zniszczono zasady wolnego rynku i uczciwej konkurencji. Wyprowadzono produkcję za ocean – przez co obniżono koszty, ale zrujnowano lokalne fabryki. Upadł przemysł, ludzie stracili pracę, zaciągnęli kredyty, których nie było czym spłacić. Skończył się sen, zaczął się koszmar. To w kwestii ekonomicznej. Z drugiej strony – patrząc od strony społecznej – nie dano „bidokom” ze stanów północno-wschodnich poczucia bezpieczeństwa i odpowiedniego wsparcia. Odpowiedniego, to znaczy takiego, które nie byłoby marnotrawieniem pieniędzy – na przykład na nieukierunkowaną opiekę społeczną – ale kompleksowym działaniem, wspomagającym edukację, poszukiwanie pracy, zdobycie mieszkania i tak dalej. W tej pierwszej kwestii – ekonomicznej – Vance mógłby zgodzić się ze wspomnianym Chomskym (choć mu do niego bardzo daleko!), w tej drugiej kwestii, społecznej, autor „Elegii dla bidoków” jest raczej konserwatystą. Twierdzi bowiem, że amerykański sen jest możliwy do spełnienia, ale tylko wtedy, kiedy idzie w parze z tradycyjnymi wartościami, takimi jak patriotyzm, religijność czy życie rodzinne. Biografia Amerykanina nabiera sensu dopiero wtedy, kiedy próbuje on dojść do wszystkiego samemu – ale musi przy tym liczyć na szczęście.

Skoro przywołałem wcześniej nazwisko tłumacza, to krótko nawiążę do tytułu. Czemu „bidoki”? Trudno byłoby lepiej przetłumaczyć – z punktu widzenia zawartości książki – oryginalny tytuł, czyli „Hillbilly Elegy”. Kim jest hillbillie? „Człowiekiem z gór”? Mimo że mieszka w okolicach Appalachów, na przykład w Kentucky, to raczej daleko mu do szkockiego górala albo, niech będzie, naszego Janosika. To taki „wsiowy chłopak” – jak z piosenki Hanka Williamsa, którego pewnie i lubi, i słucha – ale na roli raczej nie robi. To biały przedstawiciel klasy robotniczej, w amerykańskiej wersji angielskiego nazywany często pogardliwie white trash, bo nic nie robi i zawadza. Jeździ pickupem, zawsze nosi przy sobie broń i pije tanią whisky, która popija jeszcze tańszym piwem. J.D. miał takich wujków, sąsiadów, „tatusiów” – różnych chłopaków przyprowadzanych do domu przez mamę. Niestety, mama nie bardzo się nim zajmowała, za to wolała zajmować się kłótniami w swoich nieudanych związkach i braniem narkotyków. Dwie rzeczy uratowały J.D.: babcia i dziadek (też „bidoki”, ale z zasadami) i sporo wrodzonego fartu. Takich słuchał rad w najmłodszych latach: „– Żebyś mi nigdy nie był jak ci, kurwa, frajerzy, co jojczą, że wszystko jest przeciwko nim – powtarzała mi często babcia. – Możesz osiągnąć wszystko, co tylko chcesz” (s. 48). Proste, prawda? To, co przeżywa J.D. dowodzi, że nie bardzo. I nie ma mu czego zazdrościć.

Problem opisywany przez autora „Elegii dla bidoków” polega na tym: w związku z upadkiem w USA tych tradycyjnych wartości – a więc patriotyzmu, wspólnotowości, kapitalizmu – tym, którzy mają utrudniony start w dorosłe życie, jeszcze trudniej przebić się do wyższych warstw społecznych, ponieważ nie mogą znikąd oczekiwać pomocy. I to jest do pewnego stopnia fascynujące, że J.D. jednak nie dał za wygraną: skończył szkołę, studia, poszedł do Marines, zrobił licencjat na uniwersytecie stanowym, a potem ukończył prawo na Yale. Smutne jest mimo wszystko to, iż jego życiorys nie jest poradnikiem i trudno byłoby podążać wytyczonymi przez niego szlakami. Bo czego można się nauczyć z jakiejkolwiek elegii? Tego, że wszystko musi się skończyć? Marna to pociecha i żadna wskazówka.

Autor pisze tak pod koniec: „Wiedziałem, że ludziom takim jak ja taki awans właściwie się nie zdarza, więc gratulowałem sam sobie triumfu nad statystyką. Byłem lepszy niż to, co mnie zrodziło: lepszy niż mama i jej nałogi, lepszy od wszystkich tatusiów, którzy mnie opuścili” (s. 273). Gwoli ścisłości: z tego powyższego fragmentu, wyjętego z kontekstu autobiografii J.D Vance’a, może wynikać, że pisarz nienawidzi „bidoków”. Wręcz przeciwnie! W wielu miejscach można znaleźć przykłady nieskrywanej sympatii dla tej grupy społecznej. Bycie „bidokiem” jest jednakowoż przekleństwem autora „Elegii...” – zawsze, w najmniej oczekiwanym momencie, przeszłość może go dopaść. A to nie wie, jak zachować się przy stole, bo tego nikt go tego nie uczył, a to znowu jego mama wraca do nałogu i trzeba ją ratować. Cóż, takie problemy dotyczą nie tylko jednego J.D. Vance’a, któremu udało się je opisać, ale całej masy amerykańskiego społeczeństwa. Czy jest dla nich jakiś ratunek? Przykłady książek, filmów czy seriali amerykańskich z ostatnich lat pokazują, że twórcy nie są w tym zakresie optymistami.

Jakiś czas temu przemknął przez ekrany kin (w Polsce był dystrybuowany tylko w wersji domowej) film pod tytułem „Zrodzony w ogniu” (USA 2013, reż. Scott Cooper). Krótko rzecz ujmując: starszy brat, grany przez Christiana Bale’a, po wyjściu z więzienia próbuje ratować młodszego brata, w tej roli Casey Affleck, który po odbyciu służby wojskowej w Iraku musi zarabiać na życie, walcząc w nielegalnej lidze boksu na gołe pięści. Wpada tym samym w sidła oprycha (Woddy Harrelson) – ten postanawia wykorzystać naiwność chłopaka. Cały film byłby taką sobie opowiastką, gdyby nie idealnie uchwycone – także estetycznie, ponieważ całość została nakręcona w okolicach Pensylwanii, gdzie toczy się akcja – problemy społeczne „pasa rdzy”, jak bezrobocie, nędza, brak perspektyw, kryzys związków, agresja. Na końcu czai się tylko śmierć. W najdłuższej i najdramatyczniejszej sekwencji filmu starszy brat poluje razem z wujkiem na jelenie. W tym czasie ktoś inny poluje na młodszego brata. Czy zatem nie ma ratunku dla amerykańskiego społeczeństwa, popadającego w biedę, nienawiść, rozpad więzi? Tego rodzaju pytania towarzyszą też lekturze „Elegii dla bidoków”.

Jak wspomniałem – J.D. Vance w jakimś stopniu opowiada się po stronie konserwatyzmu, choć nie to jest w jego opowieści najważniejsze, a na pewno nie najbardziej przyciąga uwagę. Sednem wydaje się fakt, iż nie ma w tym wypadku jednej recepty, dobrej rady, złotego środka. Jak przetrwać kryzys? Jak walczyć z bezradnością? Jak sobie radzić? A co, jeśli się nie da? Taka wizja też powinna dać nam do myślenia.

A zatem jak zostaną nazwane nasze czasy z perspektywy ludzi, którzy będą żyli w przyszłości? Być może nie warto się tym zajmować, ponieważ przyszłość pozostaje nieodgadniona. I to jeszcze jedna nauka płynąca z książki J.D. Vance’a – życie warto żyć, a nie tylko się nad nim zastanawiać.
J.D. Vance: „Elegia dla bidoków”. Przeł. Tomasz S. Gałązka. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2018.