Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (347) / 2018

Natalia Kaniak,

SŁOŃCE TY MOJE (PAN ŻARÓWKA)

A A A
Autobiograficzna powieść graficzna Wojtka Wawszczyka jak mało który debiut niezywkle efektywnie wykorzystuje potencjał medium. Przede wszystkim jednak przypomina nam, że komiksowy memuar nie musi być stricte realistyczny i zanurzony w dokumentalnej estetyce. Jest w nim miejsce na bazgroły, absurd i wzruszenia. Dawno nie czytałam czegoś równie świeżego, zabawnego i smutnego zarazem.

To mogła być kolejna pokrzepiająca opowieść o dorastaniu w biednym domu i próbie oderwania się od konkretnego życiowego wzorca. W zamian za to dostajemy poruszającą i najdziwniejszą, choć żonglującą znanymi motywami, kronikę rodzinną. Schorowani i poturbowani przez życie rodzice to nie tylko pełne współczucia i budzące żal postaci. To rozpłaszczony tata, którego (wsadzając do tramwaju) zwija się jak dywan i któremu szklankę gorącej kawy należy przed podaniem dokładnie rozwałkować. To również mama hutniczka, która od przenoszenia ciężkich kotłów z surówką złamała się w pół. W końcu to tytułowy Pan Żarówka – chłopiec, który po połknięciu ciekłego metalu wcale nie umiera, a jego wnętrzności skręcają się w trzy wolframowe spirale, tworząc z dziecka dosłowne światełko w tunelu jego zmarnowanych rodziców.

Te proste metafory, jakimi posłużył się Wojtek Wawszczyk, zahaczają nieraz o wrażliwość rodem z zeszytów „złotych myśli”. Ale ich pozorna tandetność to w gruncie rzeczy komizm i ironia, jaką karmili nas w dzieciństwie René Goscinny i Albert Uderzo, a połączenie ich z konwencją klasycznego origin story świadczy tylko o tym, że Wojtek Wawszczyk dokładnie wie, co robi. I chociaż Panu Żarówce daleko do charyzmy Obelixa i przydatności talentu Petera Parkera, jest on idealnym superbohaterem na miarę naszych polskich możliwości: oszczędny, ekologiczny i bezproblemowy chłopak, robiący za latarnię na osiedlu.

Album powstawał przez kilkanaście lat. Przez ponad 600 stron poznajemy właśnie ponad dekadę z życia Pana Żarówki. Od pierwszych niepowodzeń w podstawówce, przez absolutnie genialnie oddane lata studiów na ASP, po pierwszą miłość i sukcesy. Nie brak tu humoru i wyczucia. I chociaż formalnie wydawać się może, że Wawszczyk idzie na łatwiznę i prezentuje nazbyt dobrze opakowane bazgroły, to jeśli uważnie się przyjrzeć, w tych tonących w czerniach doodlach znajdziemy zarówno doskonałe wyczucie perspektywy, jak i syntezę kształtów. Nie mówiąc o świetnych dialogach, tak dobrze rozpisanych, jak rozrysowanych.

Trzeba dodać, że „Pan Żarówka” wydany został wprost monumentalnie. Album przypomina skrzyżowanie Kubrickowskiego monolitu z ekskluzywnym egzemplarzem „Biblii Szatana” LaVeya. Tak jest, mrok i tajemnica. Z jednej strony wciągająca wszelkie promienie światła matowo-czarna okładka, z drugiej – delikatnie pobłyskujące refleksy liter i pozłacane brzegi. Aż trudno uwierzyć, że to powieść graficzna, skrywająca (wydawać by się mogło) niepozorne „mazaje”, nie zaś bibliofilskie wydanie powszechnie uwielbianej klasyki. Ale spokojnie, do tego albumu będzie się wracać.
Wojtek Wawszczyk: „Pan Żarówka”. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2018.