Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (347) / 2018

Marek Mikołajec,

OD PROGU DO PROGU. 33 KONTEMPLACJE (GIORGIO AGAMBEN: 'IDEA PROZY')

A A A
Jaskinia potencjalności

Mógłbym to omówienie książki Giorgia Agambena, chyba wciąż modnego filozofa i eseisty, zacząć od jaskini platońskiej i popularnej wykładni nauki o ideach, w której autor „Dialogów” pyta o to, co jest rzeczywistością. Odsuwając nieco recenzencki modus, przejść by można do złożonych związków rzeczywistości z literaturą, dalej odesłać do refleksji nad tym, czy obcujemy z przedmiotami, czy tylko z cieniami tego, czym są w istocie, ale to byłaby łatwizna. Zbyt oczywista analogia, a takich autor książki „Idea prozy” unika. Zresztą Agambena nie zadowalają idee, a raczej coś, co jest przed nimi, autor zadłuża się więc bardziej w myśli Arystotelesa (akt i potencja). Można powiedzieć, że tak jak przed wypowiedzeniem słowa, zabraniem głosu nabiera się powietrza i wypełnia płuca, przeponę, tak włoski filozof próbuje przyłapać idee w zaczątku, zanim zostaną wypowiedziane, wrzucone w kontekst, ciężar znaczenia. Agambena interesuje moment wdechu, przedsłowia, w którym możemy powiedzieć cokolwiek: tak, nie, nie wiem, jestem, kocham. Pamięć tego gestu leży u początku całego zbioru, któremu podobnie jak wcześniej wydanej w Polsce „Nagości” przyświeca idea możliwości, potencjalności.

W zniuansowanych medytacjach filozof szuka czegoś, co jest przed słowem, pojęcia niepojętego. Ustala, że choć sam termin nie ma imienia, to można pomyśleć go chociażby za pomocą „przydechu, który kładziemy na samogłosce w słowie ἒv” (s. 13). Gdzie indziej mówi o umyśle w stanie możności, który przypomina niezapisaną tablicę i w tej analogii zyskuje jakąś świadomość pozwalającą mu „połamać tabliczkę. Albo raczej zacząć pisać naprawdę” (s. 16). By nie zamęczać czytelnika nieprzywykłego do meandrującego, błyskotliwego stylu Włocha, warto w tym miejscu wyrazić coś w rodzaju myśli przewodniej zbioru, którą jest próba poznawania niepoznawalnego, gdzie jedno nieuchwytne przegląda się w drugim. W ten sposób tropione są 33 idee, które składają się na omawiana książkę, wydaną w serii miniatur filozoficznych kwartalnika „Kronos”. Pierwodruk ukazał się w 1985, a więc przed serią Agambena „Homo sacer” („Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie” [1995], „Co zostaje z Auschwitz. Archiwum i świadek. Homo sacer III” [1998], „Stan wyjątkowy. Homo sacer II” [2003]), z której jako filozof, teoretyk teologii politycznej oraz trauma studies jest on najbardziej znany.

Agambenologia

Giorgia Agambena fascynuje potencjalność, możność myśli, wyobrażenia wpisane w ludzką pojedynczą subiektywność. Kontemplacje zgromadzone w omawianym zbiorze mają punkt wyjścia w takim gdybającym i przewrotnym trybie. To, co następuje potem w każdej z tych klasycznie zbudowanych refleksji: tezy, argumentacje, sentencjonalne: definicje, konkluzje, puenty – to znana z opublikowanych w Polsce wcześniej aforystyczno-eseistycznych „Profanacji”, „Wspólnoty która nadchodzi” („Idea prozy” plasuje się najbliżej tej książki wydanej po raz pierwszy we Włoszech w roku 1990) oraz „Nagości” myśl tańcząca, mieniącą się niespodziewanymi analogiami, kierująca wzrok ku światu.

Andrzej Serafin w posłowiu do „Idei prozy”, czyniąc chyba zarzut brakowi systemowej dyscypliny, dotyka sedna metody Agambena, który „frywolnym okiem rzuca” (s. 197) oraz nonszalancko „[d]elikatnym gestem zestawienia wysokiego z niskim, jednym tchem przygląda się idei włosa, paznokcia, komunizmu i pornografii” (s. 198). Nie będę ukrywał, że mnie od dawna przekonują Agambenowskie filozoficzne medytacje bez trzymanki właśnie ze względu na szeroki, dowolny dobór tematu i nieoczywiste konteksty. Te krótkie rozważania przypominają „U-bywać” Tadeusza Sławka i zawarte w nich dotykanie granic języka. Włoski filozof poucza: „Gdzie kończy się język, nie zaczyna się to, czego powiedzieć się nie da, lecz materia słowa” (s. 19). Znajdziemy tam dużo więcej takich zdań, nad którymi można podnieść wzrok znad książki i podumać. Zresztą chyba takie czytanie jest dla tej książki wskazane.

Idea literatury?

Tytuł „Idea prozy” wydaje się na pierwszy rzut literaturoznawczego oka obiecujący. Można sobie wyobrazić, że ktoś wyłoży kawę na ławę, prosto z mostu powie, o co idzie z tą literaturą. Czy może okaże się ona komunikatem o donośnej, ponadczasowej treści? Albo że dobrze się nią myśli, jak przekonują inne tęgie umysły? Dlatego z pewnym rozczarowaniem można przyjąć ustalenia z zakresu poetyki, w miejsce być może bardziej spodziewanych rewelacji, naddających pojęciu prozy znaczenia i roli w ludzkim życiu. Tymczasem w tytułowym eseju dowiadujemy się, że „o tożsamości wiersza i jego odmienności względem prozy zaświadcza możliwość zaistnienia przerzutni. Ani rytm, ani długość, ani liczba sylab – wszystkie elementy, które wystąpić mogą także w prozie – nie są z tego punktu widzenia dostatecznym wyróżnikiem: lecz bez wątpienia poezją jest taka wypowiedź, w której granicą metryczną przeciwstawić można granicy składniowej (…); nie jest to zaś możliwe w wypowiedzi prozą” (s. 23). Różnica zatem jest po stronie przyjętych reguł zapisu, a nie czynników semantycznych, funkcji.

W innym miejscu filozof pisze na temat idei powołania poetyckiego i definiuje: „(…) wypaczony uścisk pamięci i demencji, który skrywa w swym wnętrzu nienaruszoną tożsamość tego, czego nie można zapamiętać ani zdementować, to powołanie” (s. 36). Podobne rebusowe, wskazujące na efemeryczne, nieuchwytne byty ustalenia padają dość często. Powołując się na Paula Celana (żydowski, niemiecki, rumuński, austro-węgierski czterojęzyczny, wielokulturowy poeta z Bukowiny), Agamben potwierdza, że tylko w rodzimym języku da się powiedzieć prawdę. W obcym języku poeta kłamie – mowa musi być w umyśle i sercu, zanim będzie w systemowej gramatyce i szkole, wówczas tylko jest językiem poezji. Takie ujęcie pozwala na dowartościowanie języków mniejszych, domowych, regionalnych etnolektów i ośmiela do czynienia z nich tworzywa artystycznego: w poezji, prozie, sztukach wizualnych.

Myśliciel mówi, że to zetknięcie z językiem w stanie niegotowym, niemowlęcym, nienaruszonym jest jego przeznaczeniem (języka i twórcy) oraz „próżną obietnicą sensu języka” (s. 40). Zgrabnie rzecz ujmując, powiada, iż poeta jest właśnie niemowlęciem, które zniża się do tej pustki z nadzieją, że ją wypełni słowem. Lecz jego próby są bezskuteczne. „Idea dyktanda” zawiera tezy o błogosławionej niemożności przywołania wspomnień, które stają się tematem poezji, a powtarzanie, dyktando rozumiane jako deklamacja jest samo dla siebie ważne ze względu na sam akt repetycji. Wspominanie to przywołanie przywołania, wspomnienie wspomnienia. I taka między słowami jest idea deklamowania wiersza, ćwiczenie nie/pamięci i odtwarzanie atmosfery minionego.

W „Idei muzy” Agamben przywołuje seminarium Martina Heideggera, na które uczęszczał we Francji. Uczniowie pod koniec każdych zajęć zadawali prowadzącemu niekończące się pytania. Niemiecki filozof mawiał wówczas do nich, iż widzą oni jego granice, on ich nie widzi. Poza tym, co mówi, a nim wyrasta granica niewypowiadalnego. Świadomość tego sąsiedztwa traktuje jak dar. Natchnienie wymaga stłumienia. Agamben pisze: „(…) poeta natchniony nie tworzy dzieła” (s. 55) – a wygaszenie natchnienia jest ujawnieniem idei muzy. Streszczając te felietonowe eseiki, uszczuplam sporo. Rozpoznania mogą brzmieć cokolwiek poważnie, nadęcie, ale efekt ten osłabiony zostaje przez aluzje oraz tematykę z rzadka spotykaną u filozofów dążących do systemowych, pełnych konstruktów.

Ból potencji mija, gdy przechodzi w akt

Myśl Agambena w rozważaniu o „Idei władzy” spotyka się z koncepcją zarządzania gniewem i afektami, wyłożoną przez Petera Sloterdijka w książce „Gniew i czas”. Jest też dobrą ilustracją łączenia wysokiego z niskim, czyli częstej metody pisarskiej Agambena. Włoch, nawiązując do Arystotelesa, ale też zupełnie prozaicznie do ludzkiej seksualności, mówi, że potęga władzy polega analogicznie jak ludzka płciowość na odpowiednim zarządzaniu popędem, władza zaś na organizacji, zarządzaniu potencją. Problem, który rzecz jasna filozof wyciąga, polega na tym, że potencja dąży do aktu (seksualnego), jej odwlekanie sprawia cierpienie. Na tym cierpieniu, niespełnieniu w rozkoszy władza ma zdaniem Agambena budować swój autorytet. Autor znajduje w takich analogiach duże upodobanie. Ich ocenę zostawiam czytelnikom. Mnie odpowiada ten tryb profanacyjnego filozofowania. Można powiedzieć, wspierając się dobrze znaną Jakobsonowską definicją funkcji poetyckiej, że pojęcia aktu i potencji zostają przeniesione z osi wyboru na oś kombinacji. Filozof staje się poetą.

Co ma wspólnego komunizm z porno?

Autor „Profanacji” przygląda się fabułom, bohaterom i bohaterkom filmów porno, by zauważyć, że nigdzie w takiej intensywności nie mamy do czynienia z fantazjami o wymiarze klasowym, na których hydraulicy z kluczami francuskimi, pielęgniarki w czepkach, w których przecież już od dawna się ich nie widuje, mechanicy umazani smarem oraz pokojówki ubrane w czarno-białe kuse uniformy są parodią wzorca. Agamben konstatuje: „W pornografii utopia społeczeństwa bezklasowego ukazuje się pod postacią karykaturalnego wyolbrzymienia wyznaczników klasowych i ich przeobrażenia w stosunku płciowym” (s. 75). Dalej myśliciel – w dość rubasznym i jednak fallogocentrycznym ujęciu (te filmy to jednak rzekome męskie fantazje, symulakra) – zauważa, że filmy tego typu kreują wizję szczęścia i spełnienia na wyciągnięcie ręki (w sensie ścisłym). Nieuchronnie każda fabuła zmierza do tego samego. Czy film bez takiego przebiegu jest do pomyślenia? W tych rozważaniach widzimy pewną ciągłość. Autor wraca do tego wątku w innej książce w tytułowym eseju „Profanacje”, w którym przywołuje aktorkę uporczywie, beznamiętnie wpatrującą się w obiektyw, profanującą konwencję, obnażając jej fikcjonalność i czyniącą z filmu tego typu kino artystyczne. Wątek ten zaledwie w postaci „zajawki” pod rozwagę można zakończyć pytaniem padającym w „Idei komunizmu”: „Co powiedzieliby bohaterowie filmu pornograficznego, któremu się przyglądamy, gdyby to oni mogli stać się widzami naszego życia?” (s. 78).

Aksolotl a sprawa ludzka

Do najbardziej specyficznych przykładów filozofowania Włocha można zaliczyć wywód z „Idei dzieciństwa”, w którym Agamben przywołuje informacje o aksolotlu, podwodnej jaszczurce, którą dotknął infantylizm, regres ewolucyjny, polegający na tym, że gad, ze względu na swoje cechy i środowisko życia, cofa się do stanu larwalnego płaza. Przykład ten służy, ku zaskoczeniu czytelnika, do wypowiedzenia niespodziewanej analogii do ludzkości. Czytamy: „Człowiek nie miałby się wyłonić w drodze ewolucji osobników dorosłych, lecz osobników młodocianych jednego z nadrzędnych, który podobnie jak aksolotl przedwcześnie osiągnął dojrzałość płciową. To zaś wyjaśniłoby morfologiczne cechy człowieka – od położenia otworu wielkiego czaszki po kształt małżowiny usznej, do pozbawionej skóry po ukształtowaniu dłoni i stóp – które nie posiadają swych odpowiedników u dorosłych antropoidów, lecz u ich płodów. Cechy, które u innych naczelnych zaliczają się do przechodnich, u człowieka stały się ostatecznymi i wskutek tego powstał rodzaj wiecznego dziecka z krwi i kości” (s. 112-113). Powyższy cytat najlepiej obrazuje zasadę analogii, która często jest podstawowym narzędziem „Idei prozy”.

Błogosławieństwo w progu

Poszukiwacze konkretów nie znajdą tu wiele, miłośnicy dzielenia włosa na czworo, kontemplatycy – nieprzebrane bogactwo. Dla tych drugich na zakończenie pozostawię czytelnika z diagnozą zawartą w „Idei nauki”. W tej medytacji Agamben omawia między innymi smutek uczonego (melancholia philologica), przed którym nie ma ucieczki, gdyż swój początek bierze stąd, że: „nie ma nic bardziej gorzkiego od ciągłego przebywania w stanie możności” (s. 62). Uczony zdaniem Agambena nieustannie odwleka akt, a figurą badacza pociągniętą do granic ostateczności jest skryba Bartleby z opowiadania Hermanna Melville’a.

Bohater ten przestał pisać (więc pozbawił się swojej esencji i znaczącego) oraz wykonywać polecania (odpowiada na nie: „Wolałbym nie”), ale tym samym wyzbył się potrzeby aktu, by wyciszyć cierpienie ciągłej potencji i, jak powiada włoski filozof, „samokarmić swoją duszę”. Rzecz jasna nie zachęcam gorliwie do tego typu eksperymentów fenomenologicznych, dobre są od czasu do czasu. Niemniej z Giorgiem Agambenem warto udać się w podróż po ideach, właśnie tak, niespiesznie od progu do progu.
Giorgio Agamben: „Idea prozy”. Przeł. Ewa Górniak Morgan. Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego. Warszawa 2018 [seria: Miniatury Filozoficzne].