Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (347) / 2018

Zofia Banaś,

BEYONDLESS

A A A
Jeden z anonimowych użytkowników muzycznego forum internetowego w ironicznym duchu zasugerował mi kiedyś, że post punk to pojęcie obejmujące wszystko, co nie jest punkiem. Stwierdzenie to, pomimo wyjątkowego zblazowania, znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Duński zespół Iceage ma swój punkowy rdzeń. Wydane siedem lat temu ,,New Brigade” przyniosło 30 minut najprostszej muzycznie, klasycznej formy. Niedługo potem niespełna dwuminutowe piosenki, jeszcze w pieczy młodzieńczej agresji, dostały miejsce, by wybrzmieć na ,,You're Nothing” – bunt szesnastolatków stał się jednak przemyślanym działaniem, w swojej apatii dążącym do punktu kulminacyjnego, który nastąpił wraz z wydaniem ,,Plowing Into The Field Of Love” w 2014 roku. Album nie poddał się nihilistycznym zaszufladkowaniom: będąc wypadkową niewyjaśnionej ciężkości i nieczystości, skrywał rozbudowaną lirykę Eliasa Bendera Rønnenfelta i sporo niesamowicie przejmujących kompozycji. ,,Plowing Into The Field Of Love” przyodziało się w płaszcz Nicka Cave'a, ale bez jego dramaturgii, bezpretensjonalnie przedstawiając swoją muzyczną wizję. „Beyondless”, mimo że nie wyrywa się z linearnego procesu dorastania, przedstawionego przez Iceage na przestrzeni trzech wcześniejszych albumów, po raz kolejny jest albumem zupełnie innym. Choć odnoszącym się do każdego z pozostawionych w przeszłości przez muzyków punktów zaczepienia.

Kluczem jest dekonstrukcja. Swój tytuł ,,Beyondless” zawdzięcza Samuelowi Beckettowi, który w ,,Worstward Ho” zajmuje się rozbijaniem wyrazów. Mieszając je, prozaik kolejno tworzy nowe złożenia – zachowując jednak w bezznaczeniowym działaniu chłodną logikę. Jak zwraca na to uwagę Rønnenfelt w jednym z wywiadów – beyondless, słowo będące dzieckiem Becketta właśnie, nie posiada znaczenia słownikowego. Posiada swoją własną poetykę, nadaną przez zaistnienie zrostu. Artysta podkreśla, że choć słowa beyond i less nie zostają odziane w żaden kontekst lub dodatek, w swojej niezrozumiałości znajdują siłę większą od tej, którą posiadałyby, funkcjonując osobno. Niezrośnięte wyrazy opisują zjawisko, które jest poza i mniej. Gdy natomiast funkcjonują razem, pierwszy człon wyrazu traci na sile. Odległość zostaje umniejszona. Beyondless nie potrzebuje nakreślonego znaczenia, aby jego sens był widoczny. Najnowszy album Iceage jest dziełem z trudnego do określenia pogranicza, sięgającym poza wcześniej ustaloną semantykę.

Album jest dynamiczną mieszanką prostoty znanej od lat, jak i tej interpretowanej na bieżąco. Prostota Iceage jest jednak na swój sposób czymś wyuzdanym, pomimo powszechności błagającej odbiorcę o wysiłek intelektualny.

Już od ,,Lord's Favorite” z poprzedniego albumu w muzyce zespołu widoczne stały się intensywne wpływy muzyki amerykańskiej, zaadaptowane do młodzieńczej formuły w postaci ironicznego blues-rocka. ,,Beyondless” prezentuje już zestaw utworów sprawdzających się jako muzyczna ilustracja spalonych słońcem równin Stanów Zjednoczonych oraz tych wydających się być naturalnymi dla post-spelunowego baru – w obu wypadkach duńska grupa wydaje się brzmieć bardzo adekwatnie.

Spleen jest realny i zostaje opisany zarówno z lekkością pijanej nocy w ,,Thieves Like Us”, jak i dzięki tragizmowi sceniczności ,,Showtime”. ,,Painkiller” brzmi jak utwór z Męskiego Grania, poza chwytliwością refrenu posiadający muzyczny potencjał wirtuozerii. Ta wyintelektualizowana rozrywka dla mas z gościnnym udziałem Sky Ferreiry pokazuje naszej rodzimej fabryce hitów lata, że utarte formuły mogą jeszcze stanowić zaskoczenie. ,,Catch it” jest koniecznością wynikająca z niemożności. „Take it All” prezentuje melancholijną lekkość na miarę The Cure. ,,The Day The Music Dies” brzmi jak cover The Kinks. Choć czasem brakuje intrygujących aranżacji poprzedniego albumu, partie gitarowe Johana Suurballe Wietha są w stanie uczynić najsłabsze utwory wartymi wysłuchania. Utworów nie łączy konwencja, odmienna w każdym z kolejnych. Wspólnym mianownikiem jest uczucie nieodwołalności następstw. To tocząca się kula, która zostaje zatrzymana jedynie przez finalne wyciszenie.

,,Beyondless” buduje atmosferę tymczasowości, w której napięcie narasta. Gdy, budowane przez podobne motywy na przestrzeni kilku utworów, jest już bliskie zenitu, zostaje rozbite przez nowe doświadczenia, działające tym samym mechanizmem. To ciągłe niespełnienie. Album drogi, w którym nie dość, że to, co ważne, dzieje się między słowami, to w jakiś sposób także poza muzyką. Zaskakuje swoją różnorodnością, tworząc najbardziej otwarty kompozycyjnie album grupy, zjednując z typową dla Iceage ciężkością przeciwstawną jej lekkość.

Jeśli punk jest w swojej definicji zaprzeczeniem, to post punk jest jego przemyślanym następstwem. Kompromisową kontestacją muzycznej rzeczywistości. Choć Iceage na nowym albumie odbiega od i tak ogólnych ram gatunkowych, wciąż pokrywa się z płynącą z logiki definicją. Mieści się poza, jednocześnie pozostając w pobliżu.

I choć ,,Beyondless” zdecydowanie nie jest najlepszym z albumów grupy, to zdecydowanie można nazwać go tym najbardziej „manifestowym”. Pomimo że jest w dorobku zespołu najłatwiejszym w odbiorze, pozostaje dziełem absolutnie mrocznym, z którego przebłyskuje momentami nuta nadziei. Czy znajduje się ona w pijaństwie nocy, niewyjaśnionej konieczności, która nakazuje ruch do przodu, czy może w ścianie dźwięku, zza której przedostaje się desperacki zew tytułowego utworu – to kwestia subiektywna. Pewnym jest jednak, że zespół dorósł do absolutnej muzycznej świadomości, słyszalnej w drodze, którą obrał.
Iceage: „Beyondless” [Matador, 2018].