Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (347) / 2018

Karol Poręba,

POWTARZAJ (PAWEŁ KRZACZKOWSKI: 'WSTĘGI MOBIUSA')

A A A
1.

Ostatnie kilkanaście miesięcy przyniosło na polskim rynku wydawniczym parę znakomitych poematów lirycznych: z arcydzielnym „Trawersem” Andrzeja Sosnowskiego i nie mniej znakomitym „Nie” Konrada Góry na czele. Teraz po formę poematu sięgnął w swojej debiutanckiej książce Paweł Krzaczkowski – jak czytamy w biogramie zamieszczonym na stronie wydawcy – librecista, eseista, poeta, kurator, redaktor i muzyk. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych tomów autorstwa Sosnowskiego czy Góry, „Wstęgi Möbiusa” – bo o tej książce mowa – to poemat aleatoryczny: „rozproszony” jak późne dzieła Różewicza, a zarazem precyzyjnie i przemyślnie skomponowany. W swoim (powstającym przez blisko dziesięć lat) debiucie Krzaczkowski sięga do tradycji poezji dadaistycznej i futurystycznej, a jednocześnie próbuje aktywizować czytelnika na modłę współczesnych dzieł liberackich. Przede wszystkim jednak „Wstęgi Möbiusa” są książką na wskroś egzystencjalną.

2.

Tematem poematu Krzaczkowskiego jest przemoc. Choć we „Wstęgach…” autor porusza przede wszystkim problem dyskryminacji kobiet, wykluczenia osób starszych oraz katowania zwierząt, to ucisk rozumiany jest tu nie tyle jako pewien akt, ale jako filozofia człowieka: oswojony kulturowo nakaz. Należy podkreślić, że we „Wstęgach…” podmiot nie skupia się na problematyce zakazu będącego ograniczeniem wolności, ale właśnie na imperatywie uczestnictwa w wypracowanych przez społeczeństwo kulturowych ramach, prowadzących do często nieuświadamianych sobie mechanizmów (także różnych form zakazu) pogłębiających niesprawiedliwość społeczną. Tak rozumiana „kultura przemocy” ujawnia się chyba najwyraźniej w stanowiącym rdzeń poematu, przywodzącym na myśl modlitwę lub słowa przysięgi, fragmencie:

powtarzaj



papierowe karzełki tańczące wokół ognia

papierowe karzełki tańczące wokół ognia



kiedy je zajmuję śpiewają hymn przebudzonych

kiedy je zajmuję śpiewają hymn przebudzonych



z gardeł jak z pieców dobywa się

z gardeł jak z pieców dobywa się



strzelanie rozżarzonych węgielków

strzelanie rozżarzonych węgielków

Szczególną uwagę przykuwa zapisany kursywą nakaz powtarzaj, który z jednej strony w zastosowanej tu konwencji odbierany jest jako neutralny, z drugiej zaś stanowi bardzo wyraźny (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę formę przysięgi) imperatyw. Podmiot narzuca w ten sposób „kulturę przemocy”, a jednocześnie sam ją przyjmuje. Wyznaje bądź zobowiązuje się do bycia ogniem, mającym moc swoistej „rekonstrukcji” papierowych karzełków, które w następstwie same stają się rozżarzonymi węgielkami. To, co Krzaczkowski oferuje w przytoczonym przeze mnie wyżej fragmencie „Wstęg…” jest antyfilozofią, którą podmiot dekonstruuje na przestrzeni całego poematu. Wyrażona tu myśl staje się jednocześnie kształtem i bezkształtem: sensem, jak i jego nieobecnością. Przy swej nadmiernej, rozbuchanej hermetyczności poemat jest jednak „niemy”. Staje się przede wszystkim performansem czy gestem. Podobnie jak podmiot „Nich” Góry, tak bohater liryczny Krzaczkowskiego próbuje mówić o tym, co niewyrażalne, a zatem może oddziaływać wyłącznie eufemizmami, substytutami sensów. A doświadczenie we „Wstęgach…” – oczywiście na zupełnie innym poziomie niż doświadczenie u Góry – jest w istocie niewyrażalne w języku. Mowa nie dostarcza bowiem środków do tego, by wyjść poza „kulturę przemocy”, która w poemacie Krzaczkowskiego jest tożsama po prostu z szeroko rozumianą kulturą. Treść wyrażonej przez autora filozofii degeneruje się zatem podobnie jak w twórczości Samuela Becketta (którego twórczość Krzaczkowski wskazuje jako jedną z głównych inspiracji dla „Wstęg…”): poprzez absurd rozumiany nie jako esencję istnienia, ale jako dystans wobec wyrażanych treści i jego przetworzenie na środki formalne. We „Wstęgach…” uniwersalistycznie rozumiana kultura jest opresyjna, a całością jest tylko o tyle, że stanowi zbiór wszystkiego tego, co należy zredefiniować. To, co nazywam tutaj „kulturą przemocy” doskonale ilustruje także dramat „Końcówka” Becketta:

Clov: Zrób to, zrób tamto, a ja robię. Nigdy nie odmawiam. Dlaczego?

Hamm: Nie możesz.

Clov: Niedługo już będę mógł.

Hamm: Nie będziesz mógł. (Clov wychodzi) Ach, ci ludzie, ci ludzie, wszystko im trzeba tłumaczyć.

„Kultura przemocy” manifestuje się tu oczywiście w westchnieniu: ci ludzie, wszystko im trzeba tłumaczyć. Wszystko tłumaczy bowiem kultura-konwencja, podobnie jak konwencjonalna jest pozbawiona sensu i niczego nie wyjaśniająca odpowiedź Hamma.

3.

Zastosowaną tu strategię kompozycyjną opisywał Krzaczkowski w trakcie spotkania autorskiego promującego książkę. Autor mówił, że podczas układania tomu poszczególne cząstki poematu traktował jak klawisze fortepianu: szukał takich językowych „harmonii”, które najudatniej rozwinęłyby fragmenty je poprzedzające. Nie dziwi zatem, że pewne frazy czy tematy powracają we „Wstęgach Möbiusa” wielokrotnie, czasem tylko po to, by zaistnieć na chwilę i zginąć w szumie innych barw i innych dźwięków. Muzyczna metaforyka w przypadku poematu Krzaczkowskiego jest zresztą jak najbardziej na miejscu. Widać dbałość autora o warstwę brzmieniową i o tempo utworu, które objawiają się nie tylko w składni czy leksyce poematu, ale też np. w zastosowanej typografii. Prozodia sygnalizowana jest tu zarówno poprzez interpunkcję czy delimitację, jak i liczne znaki pominięcia („[…]”) oraz oczywiście biel papieru. Jeśli przyjąć za prawdziwe twierdzenie, że w muzyce najważniejsze są pauzy, to we „Wstęgach…” właściwie napędzają i komplikują one cały poemat. Wrażenie to pogłębiają też często powtarzające się wyróżniki graficzne, mające przywodzić na myśli tytułową wstęgę Möbiusa – formę topologiczną, którą uzyskać można poprzez złączenie ze sobą dwóch końców podłużnego prostokąta w taki sposób, że jeden z końców zostanie najpierw obrócony o 180 stopni. Uzyskujemy tym samym obiekt, który jest dwuwymiarowy, tzn. że posiada tylko jedną płaszczyznę i jedną krawędź. Czym są zatem podane w formie pluralnej „Wstęgi Möbiusa” z debiutu Krzaczkowskiego? Z jednej strony nieustannymi i nieuniknionymi nawrotami – fatalną, nigdy nie kończącą się sekwencją zdarzeń i słów, realizującą się zarówno na poziomie konstrukcji (w powracających raz za razem frazach i zabiegach), jak i egzystencjalnej filozofii utworu. Nie bez znaczenia pozostaje też pozorna, optyczna trójwymiarowość tytułowej wstęgi: sama w sobie sprawia ona wrażenie bryły, jest zatem czymś innym, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Wreszcie – forma topologiczna opisana przez niemieckiego matematyka i astronoma jest podstawą symbolu recyklingu, z czego Krzaczkowski, współpracownik czasopisma „Recykling Idei”, z pewnością zdaje sobie sprawę. I faktycznie, „Wstęgi Möbiusa” skonstruowane są niejednokrotnie z językowych „odpadów”, ścinków mowy zszytych ze sobą grubym ściegiem (pauzami, o których pisałem wcześniej), są tworem „patchworkowym”. Uwagę zwraca już mnogość języków, jakimi posługuje się podmiot: polski, niemiecki, angielski, francuski czy rosyjski mieszają się ze sobą, trą o siebie, zgrzytają – zarówno na poziomie brzmień, jak i przypisanych im ładunków kulturowych:

tajemnica jak zwiastowanie

panienek na wylotówce



dong an sich

– czytamy w początkowej partii tekstu. Niemniej zróżnicowane są rejestry mowy, z których czerpie Krzaczkowski. Autor posługuje się różnego rodzaju „skrzydlatymi słowami” pochodzącymi z odmiennych porządków: od technologicznego czy informatycznego żargonu, przez cytaty z publicystyki, aż po języki codzienności i liczne kryptocytaty – często niemożliwe do zidentyfikowania. Użyte przeze mnie słowo kryptocytat wydaje mi się tu zresztą pewną przesadą: ostatecznie znakomitą część „Wstęg…” można by wyróżnić kursywą bądź cudzysłowami; przyporządkować poszczególne frazy według nader mglistej kategorii „już-to-gdzieś-czytałem/słyszałem/widziałem”. Sens poematu Krzaczkowskiego nie kryje się bowiem w tym, co – czy też jak – mówi podmiot, ale w tym kiedy mówi i z czym jego słowa rezonują.

4.

„Wstęgi Möbiusa” są książką trudną, miejscami przytłaczającą i zniechęcającą do dalszej lektury. Tym bardziej, że liczący blisko 150 stron poemat należy czytać w całości i z wytężoną uwagą tak, by wychwycić nawracające frazy lub odcyfrować liberackie zabiegi typograficzne. Krzaczkowski celowo wybija odbiorcę z rytmu, raz rozluźnia, kiedy indziej zawęża sensy. Czasem ucieka się do prozy lub długiej, miłoszowskiej frazy, kiedy indziej pisze trybem przerzutniowym. Nie ulega wątpliwości, że „Wstęgi…” są poematem jednocześnie precyzyjnie skomponowanym, jak i – za sprawą fragmentarycznej kompozycji – bardzo otwartym. Wszystkie te zabiegi mają na celu angażować czytelnika w lekturę, sprawić, by go dotknęła, by stała się ożywczym, a jednocześnie złym i trudnym przeżyciem – masochistyczną przyjemnością. I w wielu fragmentach Krzaczkowskiemu się to udaje: pod warunkiem, że czytelnik faktycznie pozwoli sobie na kilka chwil uważnej lektury.
Paweł Krzaczkowski: „Wstęgi Möbiusa”. Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Rita Baum”. Wrocław 2017.