Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (347) / 2018

Radosław Wiśniewski,

LIST ZAŁOŻYCIELSKI LABORATORIUM EMPATII HISTORYCZNEJ - NIEPODLEGŁOŚĆ GESTU PO LATACH

A A A
[…] Cywilizuje podbite narody nowy ład 
Rosną krzyże przy drogach od Renu do Nilu 
Skargą, krzykiem i płaczem rozbrzmiewa cały świat 
A Juliusz Cezar ćwiczy lapidarność stylu […]
- Jacek Kaczmarski, „Lekcja historii klasycznej”

[…] Co mogę powiedzieć o życiu? Że rzecz to w sumie dość długa. 
Tylko nieszczęście budzi we mnie zrozumienie, […]
- Josif Brodski „*** (Zastępowałem w klatce dzikie zwierzę)”
Piętnaście lat temu pisałeś tekst o towarzyszącej ci poezji roczników ‘70-tych jak list. Wszystkie ważne teksty krytyczno-literackie, szkice przypominały ci coraz bardziej zapomnianą sztukę epistolarną. To było coś zarazem ważnego i osobistego, pisanego z ostrożnością, ale i z przejęciem. Wydawało się być adresowane do konkretnych osób. Pisałeś wówczas o autorach i autorkach jako o alienautach, takie skojarzenie z astronautami prywatnych, literackich kosmosów. Pisałeś o lęku, który wydawał się jakością nie wprost wyrażaną, ale konstytutywną dla kondycji polskiej poezji wchodzącej na scenę. Lęk i poczucie wyobcowania ze świata, który wydawał się dość żwawo poruszać ku końcowi historii, ku liberalnej demokracji, która miała być ostateczną formą ustrojową państwa, ku kapitalizmowi, który miał być odpowiedzią na ludzką potrzebę dobrostanu, bo rzekomo dawał szansę wszystkim, a jak ktoś nie skorzystał, to trudno. Rola poety w tej świetlanej przyszłości, która zdawała się stawać na twoich, naszych oczach, teraźniejszością, ulegała umniejszeniu, przestawała kogokolwiek obchodzić. Ze wszystkich funkcji pozostawała ta ostatnia, o której wspomniał kiedyś nieoficjalnie Karol Maliszewski – bycie bolącym wrzodem na zdrowej, sytej dupie społeczeństwa. Tak, to jeszcze jakoś się udawało, ale społeczeństwo coraz mniej obchodził ten wrzód, coraz mniej bolało cokolwiek, kogokolwiek. A istoty, które zdają się nie odczuwać bólu, nie są też zdolne do współczucia, myślałeś i wszystko to nie budziło jednak przesadnego zaufania. Już wtedy nie grało, gdzieś było zasiane zatrute ziarno. A pod spodem spały demony, z którymi nie dość poważnie się rozprawiono uprzednio. Może nawet nie spały, ale trwały w letargu, tylko myśmy to brali za sen czy zgoła niebyt. Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że nie przypadkiem kultowym obrazem filmowym w czasach moich studiów był „Underground” Emira Kusturicy. Opowieść o tym, jak ludzie zszedłszy raz do podziemia ze swoimi nierozliczonymi z czasów wojny sprawami, przez przypadek wychodzą na powierzchnię w przekonaniu, że żadna wojna się nie skończyła. I rzeczywiście, ponieważ zaczynają wojnę – trudno nie przyznać im racji, wojna trwa, bo trwa w nich i dla nich. A wszystko przez przypadek, przez chwilę nieuwagi opiekuna małpy, która weszła do zdobycznego czołgu i zrobiła wyrwę w murze dzielącym ludzi i demony, bez przesądzania o tym kto, po której żyje stronie. Każda impreza studencka zaczynała się więc od słynnego „Kałasznikowa” ze ścieżki dźwiękowej filmu Kusturicy. Tak jakbyśmy coś nieświadomie przeczuli, tę utajona obecność demonów. A może się mylę, może dokonuję tylko ekstrapolacji z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy rozumiem, że za późno na to, żeby opisywać, badać mgławicowe lęki, kształty potwora Pana Cogito, który sam przecież nie ma kształtów. A w zasadzie trzeba by powiedzieć, że ich nie miał wtedy. Dzisiaj wydaje się, że sprawy zaczynają być bardziej jaskrawe, wyraźniejsze. I okazuje się, że od dawna Ty, ja coś robimy, ale kiedyś wydawało się to dziwactwem, krzątaniną wśród rupieci, pamiątek, szpargałów. Szamotaniną, której my sami nie rozumieliśmy do końca. Tak było, ale już tak nie jest? Ta krzątanina to już zadanie. Powoli staje się dla ciebie jasne, że mamy coś do zrobienia. Nawet wydaje się, że wiadomo co.

Kiedy czytasz komentarz na tak zwanym portalu społecznościowym, że ten i ów zaprasza serdecznie uchodźców do Polski, bo mamy wysprzątane komory gazowe w Auschwitz, zaczynasz rozumieć, że rzeczy nie tłumaczą się same przez się, że nie istnieje żaden dogmat współczucia, żadna szczepionka na okrucieństwo. Współodczuwanie to praca, decyzja, wybór, ćwiczenie. A kiedy czytasz w komentarzu do informacji, że znaleziono w Austrii ciężarówkę z kilkudziesięcioma uduszonymi osobami na autostradzie, że o, proszę, ile zgniłego mięsa, zaczyna do ciebie docierać, że morderstwo zaczyna się od języka. To tam przestaje się być istotą, traci ciało, człowiek jest tylko brudem do uprzątnięcia, zgniłym, śmierdzącym mięsem, robactwem do wytępienia.

Zatem kiedy znowu ktoś zapyta, co jest istotą twojego zaangażowania w literaturze, czy zaangażowania w ogóle – wiedz, że będziesz musiał odpowiedzieć w sposób zwarty i przekonujący. Problemy, które wydawały się szlachetnym odruchem dotyczącym odległego obcego (w czasie, przestrzeni albo jednym i drugim) w ostatnich kilku latach stały się zupełnie bliskie, a wraz z ich wyostrzaniem, nawarstwianiem się – musi zostać podjęta świadoma praca nad językiem. Znowu. Kolejne pokolenie musi te prace wykonać. Inaczej błoto i brud zgromadzone w języku wyleją się poza jego granice. To już się wylewa, jest brunatne, lepkie, wiążące. Brud und blut. Jeszcze nie jest zmieszane ze świeżą krwią, ale przecież to jedynie kwestia czasu. Na razie to złogi, szczątki warstw zbiorowej niepamięci oraz wyparcia, które tajemnicze prądy stratygraficzne wynoszą ku górze.

Zaczyna się od kłopotu ze zwięzłą odpowiedzią na pytanie o to, w co takiego jest zaangażowana twoja, moja poezja, eseistyka, proza, publicystyka, blog, fanpage na Facebooku. Mówisz: pamięć. Na przykład pamięć o Żydach. Ale czujesz, że nie chodzi o samą pamięć, która jest sucha. Że chodzi o gest, próbę wejścia wyobraźnią w to co niewyobrażalne, albo w rozpadlinę po tym, co nie do wyobrażenia. Bo luki, nieciągłości świata, który odziedziczyliśmy, dają się wyczuć, są niemal dotykalne. I przyznaj też, że chodzi o rzeczywistość szerszą niż pamięć jednego, chociażby totalnego, wydarzenia historycznego.

Kłopot jednak w tym, że istnieje pogląd, według którego tylko bezpośredni świadkowie mają prawo zaglądać w tę Otchłań. Po pierwsze zatem trzeba by zostać wiernym temu, czego samemu się doświadcza. A to jest doświadczenie braku i nieprzenikalności. A po drugie dowód nie wprost, ale znaczący. Kiedyś jedna z Ocalonych powiedziała, że to jest zbyt straszne, zbyt bliskie i dobrze, że zajmuje się tym ktoś inny, że być może to naturalne, że dopiero z odległości pokolenia, albo dwóch można podjąć pewne sprawy, tamte sprawy, na nowo i nadać i oświetlić z innej strony. Zatem być może, paradoksalnie, musiało minąć pokolenie, żeby można było o tych sprawach rozmawiać na nowo. Bez tej rozmowy, wszystko może powrócić w niewiele zmienionej postaci, szczególnie wtedy, kiedy odchodzą ostatni bezpośredni świadkowie. Dopóki Oni są, jest jakaś kotwica wiarygodności, ale już nią szarpią na prawo, na lewo, aby wyrwać, aby znowu było wolno więcej. Na przykład – żeby antysemityzm znowu nie był zbrodnią, a jedynie osobliwością światopoglądową. A jednak czujesz, że to za mało, że nie chodzi ci tylko o antysemityzm, a co więcej sama historyczność wydarzenia wskazuje na to, co zamknięte, i nie obraca się już wśród żywych tkanek. Łatwo jest ulec złudzeniu, że kolejne wypowiadane rytualnie nigdy więcej oznacza, że istotnie nigdy więcej nie wydarzy się to, co już się wydarzyło. Kiedy o tym wszystkim myślisz, towarzyszy ci przerażenie, ukrywane, skrzętnie zamiatane pod listy codziennych czynności, że to, co było się nie powtórzy, ale wydarzy się i wydarza wiele w nieco tylko zmienionej postaci (zbrodnia zaczyna się od języka).

Zaangażowanie w ogóle nie najlepiej się układa ostatnio na języku. Bo mimo woli spycha ciebie na lewo, w okolice chłopców i dziewcząt ogłaszających stan feministyczny na terenie całego kraju, co z jednej strony nie jest nieważne, ale jednak jest komunikatem ze wszechświata równoległego. Te rozmowy o wykluczeniu w dzielnicy Praga Południe, to przekonanie, że seksualna poliamoria wyzwoli masy pracujące ludu, że prekariat jest jak proletariat. A w ogóle Lenin był dobry, Trocki świetny, a najlepsi byli Castro z Che Guevarą. I oczywiście Armia Radziecka nigdy nie gwałciła. To wszystko jest bardzo ciekawe, podobnie jak przekonanie czterdziestoletnich chłopców i dziewcząt, że molestowanie seksualne i seksizm stanowi największy problem, czego wyrazem akcja #metoo, którą rozumiesz, nawet popierasz, a jednak coś zgrzyta i nie pozwala się ułożyć po lewej stronie. Różne rzeczy są ważne, dla różnych ludzi i te ważności nawzajem się nie znoszą, nie zerują. Niech walczą o swój lepszy świat, sprawiedliwy podział dóbr, wolność do poliamorii i wolność od molestowania seksualnego, to bardzo piękne. Tylko zarazem okazuje się, że jedynym złem był lub jest luźno definiowany faszyzm, tak jakby nie mordował Pol Pot i jego podwładni, tak jakby nie istniały obozy koncentracyjne w Korei Północnej, tak jakby nie pływały statki widma na Kołymę, tak jak by było oczywiste że Hołodmor, nie ma nic wspólnego z Holocaustem. Bo rzeczywiście nie ma nic wspólnego, poza tym, że przyniósł śmierć milionom ludzi. Zbyt często lewicowi chłopcy i dziewczęta z gracją prześlizgują się nad ofiarami czerwonego terroru i w tym geście dziwnie wydają się podobni chłopięctwu prawicowemu, które ma nieco bardziej kanciasty image, ale równie łatwo przeskakuje nad ofiarami reżimu pułkowników w Argentynie czy dyktatury Pinocheta. A zarazem i jedni i drudzy mają zadziwiającą predylekcję do wypowiadania na tysiąc i jeden eufemistycznych sposobów prostackiego przysłowia, że gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. I wypowiadają to czasem bardzo uczenie, owinięci w kokon akademickiej nowomowy, co nie zmienia faktu, że po odrzuceniu sofistycznych ozdobników wyziera ten sam prymitywny pogląd, który razi, szczególnie, że jest mowa nie o towarzyskim nietakcie, ale o urządzaniu świata, społeczeństwa, kraju. Tak jakby chcieli powiedzieć, że przecież wszystko było dobrze pomyślane, tylko jednostki, które nie pasowały, nie pasują, pasować nie będą, trzeba było usunąć (wióry lecą). Przychodzi ci do głowy zwrotka piosenki z dawnych czasów:

„Mógł mylić się zwiedziony chwilą

Nie był Polakiem ani Bałtem

Tylko ofiary się nie mylą

I tak rozumieć trzeba Jałtę”

(Jacek Kaczmarski, „Jałta”)

Kłopot w tym, że w Twoim kraju nadal sporo osób w ogóle nie rozumie Jałty.

A jednak bywasz łączony z nurtem poezji zaangażowanej i jakoś musisz na to odpowiedzieć. Próbujesz opowiadać o zaangażowaniu poprzez zaprzeczenia, apofatycznie, na przykład że daleko ci do „Krytyki Politycznej”, ale równie daleko do Wencla, a zarazem nie znaczy to, że interesuje ciebie wyłącznie prywatność albo wyłącznie historyczność. I właśnie od tego napięcia pomiędzy prywatnością, pojedynczością a historycznością trzeba zacząć rekonstrukcję twojego zaangażowania. Bo przecież to, co nie pozwala tobie stanąć ani po lewej i ani po prawej stronie, to wiara oraz ufność jaką pokładasz w jednostce. Dla ciebie nigdy nie ma i nie będzie sześciu, siedmiu, ośmiu milionów – jest osobowa pojedynczość i przemnożenie jej przez dowolna liczbę jej nie unieważnia. Nie ma zatem żadnego zastosowania zdanie, że system był dobry, tylko nie uwzględniał człowieka i tego że jest osoba obdarzona godnością, wolnością wyboru i sumienia. Taki system nie miał i nie ma racji bytu. Żaden system, który opowiada, że tylko odsuniemy, tę lub inną mniejszość, która nam koła w szprychy postępu sadzi, a już, już jutrzenka wyzwolenia mas, narodu, rasy zabłyśnie nigdy nie zdobędzie twojego zaufania. To zapowiedź krwawych baśni eksterminacji, a do nich czujesz odrazę. Tę, która podpowiada gesty, za które można oberwać. I to całkiem na serio. Tak jak powiedziałem – z lewa i prawa lub z obu stron naraz – bez różnicy.

Spoiwem, które pozwala łączyć prywatność z historycznością jest empatia, czyli współodczuwanie, czasem sprowadzone tylko do próby wyobraźni. I nawet jeżeli jest to tylko wyobrażone współodczuwanie to ma fundament, który trudno podważyć. Każdy człowiek ma ciało, zdolne do odczuwania bólu i chce je przed tym bólem ocalić, na tyle, na ile to możliwe. Ciało oprócz odczuwania fizycznego bólu, potrafi także sprawić, że odczuwasz strach, lęk, niepokój. Owszem, wiele doświadczeń pozostaje na zawsze za murem, ale jeżeli pozwolić by mówiło ciało, staje się bliższych niż można by sądzić, chociaż przez to wcale nie zrozumiałych. Empatia nie mówi o zrozumieniu, ale o współbyciu. Nie zakłada też gestów zbiorowych, ale pojedynczość, nawet jeżeli dla podjęcia tej próby trzeba uwzględnić szerszy kontekst, to w centrum zawsze pozostanie osoba, jedna, niepowtarzalna.

Empatia, szczególnie w kontekście historycznym, porzuca złudzenie neutralności, równego dystansu, drogi środka i zarazem – chociaż wydaje się to niemożliwe – nie dryfuje w stronę żadnego z biegunów politycznych, prawego, czy lewego. Powołując się w sposób bardzo ogólny, na prawa antropologii przestrzennej Victora Frankla, można powiedzieć, że empatia wprowadza trzeci wymiar do dwuwymiarowego sporu. Frankl, tocząc zupełnie inny spór w obrębie psychologii i antropologii, w prosty sposób pokazał jak redukując formę przestrzenną – np. kulę lub stożek, do figury (lub figur) dwuwymiarowych uzyskujemy sprzeczne lub zadziwiająco zgodne obrazy tego samego przedmiotu. Stosując tę analogię do empatii w kontekście zaangażowania literackiego trzeba było by powiedzieć, że nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, bo pomimo żarliwego zaangażowania nie gra w tę grę, jaką próbują jej narzucić ideologie i jej literackie mutacje. Empatia pracuje na zupełnie innym planie niż ideologie, które zawsze będą miały tendencje do redukowania jednostkowości, niepowtarzalności. Tu jest źródło niepodległości gestu – literackiego, poetyckiego – zakotwiczenie w tym, co jednostkowe. Tylko to pozwala skutecznie detonować przed czasem próby manipulacji, zawłaszczenia pojedynczego śpiewu, lamentu, inkorporowania go do wycia hordy.

Empatia podpowiada, że nie będąc zideologizowanym, nie można być neutralnym, jeżeli chce się współodczuwać, być obok, być razem. To koniec tego złudzenia, bowiem neutralność w przypadku znaczącej przewagi jednej strony nad drugą, oznacza sprzyjanie stronie silniejszej, najczęściej sprawcy. Nie da się być bezstronnym sędzią w konflikcie między aparatem państwa wyposażonym w artylerię na gąsienicach, a samotnym demonstrantem. I przypomina ci się obraz Tankmana, samotnego Chińczyka próbującego zatrzymać kolumnę czołgów jadącą w okolice Tian An Men w Pekinie, rankiem 5 czerwca 1989 roku. Neutralność kazała by ci mediować między ta kolumną czołgów a jego wątłym, chińskim ciałem. Empatia każe ci stanąć, chociażby duchowo, aksjologicznie, bez reszty po stronie samotnego człowieka stawiającego czoła czołgom.

Empatia ponadto ma tą zaletę, że wyprowadza poza konkretne konteksty historyczne. W tej perspektywie musi się znaleźć miejsce dla każdego, kogo jednostkowość jest negowana. Nie ma miejsca na żadną elitarność, ekskluzywność, wyjątkowość. W tym sensie jest bardzo egalitarna. Jeżeli ma pracować dla przyszłych pokoleń i dla wszystkich ludzi musi dokonywać projekcji w czasie i przestrzeni, w poprzek czasów i miejsc, docierać tam, gdzie rzekomo nigdy jej nie było. U źródeł tak rozumianego zaangażowania są prawa człowieka. Niezbywalne, powszechne, nienaruszalne, niepodzielne, naturalne oraz mające charakter wynikający z przyrodzonej godności ludzkiej. Tylko ofiary się nie mylą. Ich ciała, które czują ból, strach, lęk i ulgę, nie przyjmują uczonych koncepcji, w myśl których ciała Rosjan nie zasługują na ochronę przed torturami, bo demokracji, to w Rosji było wszystkiego pół roku w ciągu kilku wieków. Na przykład. Bo przecież empatia to transgresja, nieustanne przekraczanie barier i granic, ruch.

To ważne, jeżeli świat nie ma pozostać na poziomie lekcji historii klasycznej, jeżeli nie mamy być kolejnym pokoleniem, które na wspomnienie czyjegoś losu wydmie usta i powie „było, minęło”. Przypominając fragment jednego z wierszy Tomasza Pietrzaka z tomu „Pospół” można przyjąć za prawdę tylko pierwszą część tego frazeologizmu. „Było”. Tak, było. Ale w kontekście empatii historycznej – nie do końca minęło. Przy tym historyczność empatii zakłada, że da się sporą część tego, co było, oświetlić wiedzą i nie boi się tego, mimo że taki obraz historii bywa niespójny i niepełny, a jednak bywa klarowny. To zresztą różni rozumienie historyczności kształtującej teraźniejszość, wychylającej się ku przyszłości, od historii używanej jako polityczny cep, narracyjna maczuga, polityka historyczna. Historia ma opowiadać siebie, a nie opowiedzieć się po którejś ze stron. Nie da się uniknąć w takim podejściu dysonansów poznawczych. Jednocześnie dysonans, niepełność poznania, nie pozwala osiedlić się w świecie poznanym, zadomowić wśród mitów i klisz (człowiek nie jest kliszą). To wymusza ponawianie refleksji i podejmowanie wysiłku współodczuwania. Czyni historię żywą strukturą, w której rozpoznaje się teraźniejszość, przestaje być zamkniętym składem rekwizytów. Staje się zadaniem, pracą, ciągłym wysiłkiem, funkcją czasu, energii, uwagi, wiedzy, rozumienia. W tak ustawionej ogniskowej obiektywu zmieści się dużo więcej, a zarazem uzyskuje zupełnie zaskakującą głębię ostrości.

Literatura wydaje się być równie dobrym narzędziem do podejmowania takiego wysiłku jak każda inna dziedzina ludzkiej aktywności. Poezja wydaje się być o tyle poręczniejsza, że ma zdolność by egzaminować i demaskować struktury języka opresji, potrafi uchwycić w kadr emocjonalną, jednostkową prawdę, nie gubiąc złożoności tła. I ma też zdolność do podejmowania prób komunikowania o tym co jest poza słowem, poza granicą, oddziaływać wprost na głębszą warstwę percepcji niż rozumienie werbalne. To pozwala jej poruszać się po obszarach skrajnych, granicznych ludzkiego doświadczenia, żeby odwołać się do pojęcia sytuacji granicznej sformułowanej przez Karla Jaspersa i stamtąd podejmować próby komunikacji. Być może zatem, literatura, a szczególnie poezja, w pewnych indywidualnych odsłonach może być traktowana jako specjalne Laboratorium Empatii Historycznej. Nie może być to jej jedyna rola, oczywiście, ale może być to jedna z możliwości jej uprawiania. I są autorzy i autorki, którzy zdają się podążać tą drogą. Jednym patronów takiej pracy w literaturze, w poezji jest Jerzy Ficowski. Jego droga była wytyczeniem jednego z możliwych szlaków w poprzek czasu i czasów, a postawa względem spraw, których decydował się dotknąć, którym poświęcał swoją pracę zawierała w sobie wszystkie elementy, o których piszę w tym liście do ciebie. Postawa twórcza i ludzka godna naśladowania, podjęcia, odczytania na nowo. Chociażby z popiołów.

W zalewie post-prawd, fake-newsów, manipulacji, eufemizmów maskujących gotowość do zbrodni – najpierw na języku, a później, w wyniku eksterminacji słów, na ludziach nie wartych nazwania ludźmi, tym bardziej trzeba podejmować tą mozolną pracę. Można zapytać czym się różni ten trud podejmowany wcześniej przez Pietrzaka, Lipińską, Kobierskiego, Jabłońską i wiele innych osobowości, od tego, który będzie podejmowany od teraz, od kiedy ten tekst zostanie opublikowany (być może)? Nazwanie procesu, zmienia jego treść, zmienia oświetlenie, w którym praca jest wykonywana i koniec końców – zmienia jej efekty. Są w ojczyźnie rachunki wyparcia, wymazania, wygumowania, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale wierzę, że zbiorowe szaleństwo można przepracowywać poprzez jednostkowe rozjaśnienie. Ostatecznie człowiek, uwikłany w wielką historię, przytłaczającą histerię, może przyjąć postawę i już samo to modyfikuje przestrzeń wokół niego. W świadomości tkwi siła tego wióru z rąbanego drwa, kruszynie kosmicznego pyłu, która potrafi sprawić by wielka machina zazgrzytała, może nawet przystanęła, lub zwolniła swój bieg dając czas na ocalenie. Nikt nie pracuje z mrokiem i ciemnością sam dla siebie. W najciemniejszą noc światło zostawione przez przypadek w oknie potrafi dodać otuchy komuś będącemu bardzo daleko od tego światła. Jeżeli tylko noc jest wystarczająco ciemna, a wątłe światło nie jest zasłonięte złym oparem. Nazywać ciemność po imieniu, rozjaśniać ją wokół siebie świeczką, łuczywem, zniczem. Pojedyncze, rozproszone głosy czasem potrafią zabrzmieć wspólnie. Nasza rozmowa, moja, twoja, nawet usłyszana przypadkiem, w drodze, jest częścią wspólnej pracy, zadania, rzeczą większą od ciebie i ode mnie, ruchem, który nie powinien ustać. Nigdy.