ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (82) / 2007

Krystian Wojcieszuk,

OSKAR I HIPERREALNOŚĆ

A A A
Istnieje niezliczona ilość fabuł na świecie. Twórca – niezależnie od tego, jakie medium wybrał – powinien sobie z tym faktem jakoś radzić. Autorzy komiksów, którzy pracują dla firmy Marvel, muszą na przykład opowiadać swoje historie w sposób niezwykle zdyscyplinowany, ponieważ świat najpopularniejszych powieści graficznych tej wytwórni jest w pełni zintegrowany. Wspominam o tym nie tylko dlatego, że pierwsza powieść Jonathana Safrana Foera bywała nie bez słuszności porównywana do głośnego „Maus’a” Arta Spiegelmana, ale również z powodu tematu, który porusza najnowsza książka autora „Wszystko jest iluminacją” – tragedii 11 września.

Mowa tutaj o bestsellerowym „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, utworze przyjętym przez krytykę stosunkowo chłodno – jak nietrudno się domyślić – właśnie ze względu na temat. Również polski czytelnik, mając w pamięci dość pochopne artystyczne reakcje naszych literatów na nowojorski zamach lub choćby niesmaczne i grafomańskie „Windows on the World” Frédérica Beigbedera, mógłby nieopatrznie lekturę powieści Foera sobie darować. Tymczasem młodemu autorowi, wespół z doświadczonym Paulem Austerem, udało się stworzyć rozsądną i literacko interesującą formułę mówienia o ataku na World Trade Center. Jednym z najważniejszych jej elementów jest – wywołujące wzniosłe uczucia – przemilczenie.

Jak pamiętamy, Auster kończy swoje „Szaleństwa Brooklynu” (Rebis, 2005) – wyjątkowo bezpretensjonalną i ciepłą opowieść o amerykańskiej rodzinie – właśnie w momencie, gdy ma nastąpić owo nie-wypowiedziane Wydarzenie. W „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Foer umieszcza swoją historię w świecie, który jest właściwie zintegrowany z Austerowskim, tyle że tragedia (którą główny bohater nazwie Najgorszym Dniem) przerwie beztroskie dzieciństwo dziewięcioletniego Oskara Schella. Podobnie jak w swoim błyskotliwym debiucie, pisarz wykorzystuje jako spiritus movens powieściowej akcji coś, co Jean Baudrillard nazwał déjà-mort, czyli śmierć o niepewnym statusie. W przypadku „Wszystko jest iluminacją” fabułę uruchamiały widmowe zwłoki niejakiego Trachima, ginącego absurdalną śmiercią w osiemnastowiecznej żydowskiej osadzie. W „Strasznie głośno…” rolę tę będzie pełniło nieodnalezione ciało ojca Oskara, na zawsze pogrzebane w ruinach bliźniaczych wież.

Naturalna zdolność do rozczulania czytelnika jest tylko jedną z wielu cech dziecięcego narratora powieści. Oskar to równocześnie niemal doskonale funkcjonalna postać. Jest w książce moment, gdy w chwili smutku ten dziewięcioletni bohater jakby niechcący odsłania przed nami podszewkę fabuły: „Niesamowicie złości mnie to, że ludzie na całym świecie mogą wiedzieć różne rzeczy, a ja nie mogę, bo przecież to się stało t u t a j i przydarzyło się m n i e, a więc czy nie powinno być m o j e?”. Zasadniczym tematem powieści jest bowiem dzisiejsza Ameryka widziana oczami reszty cywilizowanego świata, głównie jednak Europejczyków, starych i młodych, subtelnych intelektualistów, czy też prymitywnych voyeurów. Aby sportretować kraj, o którym wspomniany już autor „Symulakrów i symulacji” pisał, że rewolucja dokonała się w nim jako hiperrzeczywistość, najlepszy jest oczywiście Nowy Jork – miasto będące tyleż miejscem na ziemi, co – jak śpiewał Billy Joel – „stanem umysłu”.

W pobieżnym kontakcie z powieścią Foera uwagę czytelników (lub może lepiej – klientów księgarń) przyciąga zapewne jej oprawa graficzna. Nic mniej taktownego – mogłoby się zdawać – niż wypełnianie książki dotykającej realnej tragedii zdjęciami, które są albo zbyt humorystyczne, albo zbyt dosadne. Chyba że fotografie te spełniają jedną z funkcji przynależnych ilustracjom w książkach dla dzieci; ewokują wewnętrzny świat bohatera, czytelnika lub – jak w omawianym przypadku – narratora. „Strasznie głośno…” ma jednak z literaturą stricte dziecięcą jeszcze mniej wspólnego niż „Alicja w Krainie Czarów”, choć z pewnością w paru miejscach do książki Lewisa Carolla nawiązuje. Ważnym rekwizytem w powieści jest na przykład klucz, z jakichś powodów pozostawiony przed śmiercią przez Thomasa Schella w kopercie z napisem „Black” (odsyłającym Oskara do wielu adresów mieszkań, a czytelnika – do kilku adresów bibliograficznych). W jego późniejszej wędrówce przez „filmowe” miasto naszemu bohaterowi towarzyszył będzie również sędziwy pan Black – były reporter wojenny – który swoim stosunkiem do „natury słów” przypomina nieco Humpty-Dumpty’ego.

Opowieść o wyprawie Oskara jest co pewien czas przerywana retrospektywną narracją (w formie listów), tkaną na przemian przez jego babcię i dziadka. Historia ich życia nadaje niewątpliwie poważniejszy ton powieści. Po tym jak obydwoje uciekli z Europy (a konkretnie upadającej właśnie Trzeciej Rzeszy), odnaleźli się „po drugiej stronie lustra” – w nowojorskiej kawiarni. Nowy Świat, który miał ich zapewne wyleczyć z powojennego przygnębienia, okazuje się działać na zmysły w sposób nieprzewidywalny. Tworzą oni dziwną parę, milczących o przeszłości, zranionych ludzi. Ona – powoli ślepnie, on – nie wiadomo, czy mimowolnie – podlega przedziwnej regresji, tracąc stopniowo zdolność mówienia, którą będzie próbował zastąpić słowem pisanym, także tatuując sobie dłonie. W ogóle ciekawym pomysłem Foera jest obrazowanie stosunków panujących w rodzinie Schellów za pomocą zbliżonych do liberatury zabiegów na tekstowym signifiant. Jednym z ważniejszych impulsów do tajemniczych poszukiwań Oskara jest na przykład egzemplarz gazety „New York Times”, w której jego ojciec zaznaczał zwykle „na czerwono” błędy językowe. Malec potraktuje oczywiście wszystkie pozostawione „ślady” niczym śmiertelnie ważne zadanie do rozwiązania.

Niemal sensacyjną akcję, która potem następuje, można zapewne odczytywać różnie. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że główny bohater – chłopiec niezwykle inteligentny i wrażliwy – nie doświadczył ataku terrorystycznego jako zdystansowany widz (Oskar ma zakaz oglądania telewizji), ale wydarzenie to było dla niego traumatyczne (czyli ze wszech miar „realne”) – odsłoni się wtedy przed nami głębsza warstwa opowieści. Jego wędrówka przez Nowy Jork, pełna uporczywie powtarzanych czynności, jawić się nam będzie jako próba usymbolizowania własnych emocji związanych z tragedią. Stąd też pełno w niej „odprysków” cudzej mowy, czyli nawiązań i pożyczonych (m. in. od Belowa, Salingera i Vonneguta) pomysłów fabularnych.

Funkcja terapeutyczna książki Foera wydaje się być oczywista. Czy jednak pisarz faktycznie na końcu wyprowadza nas z „błędnego koła” spowodowanego utratą? Niekoniecznie. Bohaterowie odkryją tylko, że nie wszystko w ich życiu musi być definitywne. Oskar wraz z bliskimi nie zostanie uwolniony od bólu i strachu, ale tylko od samotnego doświadczania tych uczuć. Tak samo jak 11 września, zestawiony w powieści z obrazami masowej śmierci zaczerpniętymi z historii XX wieku, nabiera tylko bardziej rzeczywistych kształtów i nie pozostaje zredukowany do telewizyjnego show. Autor „Wszystko jest iluminacją” odszedł też chyba na dobre od swojego egzaltowanego stylu i zaczyna pisać ponadprzeciętne, solidnie skonstruowane książki. Temat „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” nie ma bowiem swojego źródła w medialnych newsach lub złudnej retoryce politycznych przemówień, ale wypływa z intymnych, nieoswojonych doświadczeń, na które język nie może „odpowiedzieć” bardziej precyzyjny niż w tytule powieści.
Jonathan Safran Foer: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”. Przeł. Zbigniew Batko. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2007.