Wydanie bieżące

15 maja 10 (82) / 2007

Łukasz Iwasiński,

HANNE HUKKELBERG

A A A
„Rykestrasse 68“. Nettwerk.
Gdybym nie znał biografii Hanne Hukkelberg, byłbym skłonny uwierzyć, że jest ona przybyszem z zaświatów. Jej piosenki są tak kruche i nierealne, że doprawdy nie wiadomo, czy artystka istnieje fizycznie, czy to może ulotna zjawa, która co jakiś czas, w towarzystwie równie onirycznych muzyków, nawiedza ziemski padół i odbywa z nimi magiczną dźwiękową podróż. Można domyślać się, że podczas poprzedniej wizyty tajemniczy goście przemierzyli Dziki Zachód, potem na dłuższa chwilę przycupnęli w opanowanym przez jazzowe korowody Nowym Orleanie. Zahaczyli też o Paryż gdzie nasiąknęli tamtejszymi chansons i wodewilem. Następnie powrócili za ocean i rozsmakowali się w swingowych big bandach, a leniuchując na Hawajach natknęli się na ojca easy listening – Martina Denny’ego. Niewątpliwie złożyli też wizytę Bjork, Pram, CocoRosie, czy Stinie Nordenstam. Pamiętnikiem z tych podróży była wydana w 2005 roku płyta, pt. „Little Things”.

Wolę wierzyć w taką wersję historii Hanne, jednak w rzeczywistości jest jak najbardziej realną, urodzoną w 1979 roku absolwentką Akademii Muzycznej w Oslo. W pracach nad wspomnianym albumem wsparli ją m.in. członkowie Jaga Jazzist, Shining, Exploding Plastix czy Kaada, a jego urzekający klimat to po prostu wynik niebywałej wrażliwości i talentu artystki. Już sam zestaw wykorzystanych przez nią instrumentów nie pozostawia wątpliwości, że to postać nietuzinkowa – obok gitary, bandżo, akordeonu, dęciaków, skrzypiec, harfy, thereminu, dzwonków, różnych klawiatur, usłyszeć mogliśmy... szczotki, szprychy od roweru oraz wiele innych przedmiotów codziennego użytku.

„Rykestrasse 68" to drugi wydany poza Norwegią krążek Hanne Hukkelberg. Wypełniają go równie kameralne, liryczne, pełne subtelnych drobiazgów, ale – w porównaniu z „Little Things” – bardziej mroczne piosenki (wśród nich doskonale wpisany w poetykę artystki kower Pixis – „Break My Body”!). Całość jest też bardziej spójna. Podobnie jak poprzednio, w pracach nad albumem udział wzięli muzycy Jagi i Shining. Również tym razem wśród instrumentarium znajdziemy najróżniejsze, mniej lub bardziej prozaiczne obiekty. Generowane przez nie dźwięki, niekiedy sprawiające wrażenie zupełnie przypadkowych, wnoszą dozę uroczej naturalności i dodają muzyce sugestywności. Płyta nie miałaby jednak tyle uroku, gdyby nie głos Hanne – naturalny, zupełnie nie wysilony, absolutnie bezpretensjonalny. Wokalistka nie kreuje się na żadną divę, często beztrosko nuci, jakby podśpiewywała sobie pod prysznicem.

Dziewczęce songwriterstwo przeżywa w ostatnich latach złoty okres. Ciepłe, swingujące dźwięki Beth Orton, subtelne piosenki rodaczki naszej bohaterki – Anji Garbarek, introwertyczna i eteryczna poetyka wspomnianej powyżej Stiny Nordenstam, lekko psychodelizujące nagrania Chan Marshall aka Cat Power, przepojone (nieco zbyt cukierkowym, ale ujmującym) liryzmem dokonania Emiliany Torrini, folkowe songi Isobel Campbell czy też powikłane, oniryczne ballady Joanny Newsom – wszystkie one oczarowały, także i u nas, niemałe grono słuchaczy. W tym zestawieniu nie można pominąć Hanne Hukkelberg!