Wydanie bieżące

15 maja 10 (82) / 2007

Krzysztof Ociepa,

DROGA DO PRAWDY O NAS

A A A
Historia na pierwszy rzut oka może wydać się nieco przewrotna. W czasach kiedy dla wielu młodych Polaków Irlandia jawi się jako ziemia obiecana, do której trzeba jak najszybciej wyjechać, Emily Atef opowiada historię młodej Irlandki, która zamiast siedzieć w swojej ziemi obiecanej wybiera się do Polski. Mieszkańcy Europy Zachodniej do kraju Mickiewicza i Szopena raczej nie podróżują w celach zarobkowych. Jeżeli filmowy przedstawiciel świata zachodniego chce odwiedzić byłe demoludy to wiadomo, że za tą decyzją muszą stać pobudki szlachetniejsze niż chęć dorobienia się majątku. Kto widział „Transylwanię” Tony’ego Gatlifa ten bez trudu zrozumie o co chodzi, tym bardziej, że obydwa filmy są do siebie niezwykle podobne.

Molly (Mairead McKinley) przyjeżdża do Wałbrzycha w poszukiwaniu Marcina, z którym spędziła jedną noc w Irlandii. Nie zna ani jego nazwiska, ani adresu. Wie tylko, że Marcin pracuje przy węglu. Chce koniecznie odnaleźć swojego chłopaka, dlatego całymi dniami wędruje ciemnymi zaułkami Wałbrzycha. Piesze przechadzki Molly są dla reżyserki idealną okazją do zaprezentowania małego zderzenia kultur. W wywiadach prasowych reżyserka podkreślała liczne podobieństwa między Polską a Irlandią (katolicyzm, lata spędzone w niewoli), kiedy na ekranie widać przede wszystkim różnice między przedstawicielką świata zachodu a reprezentantami polskiej rzeczywistości. Ta konfrontacja może wpędzić w depresję największego optymistę. W postindustrialnym krajobrazie Wałbrzycha spotyka się najczęściej ludzi ponurych i pozbawionych perspektyw na przyszłość. Tutaj nikt się nie uśmiecha, wszyscy patrzą na siebie wilkiem. Molly jest dla tutejszych zjawą nie z tej ziemi, jej pozytywne nastawienie do świata przeważnie wszystkich irytuje, bariera językowa sprawia, że jej pytanie często pozostają bez odpowiedzi.

Polska rzeczywistość odmalowana w filmie Emily Atef jawi się jako smutna i nie dająca swoim mieszkańcom żadnej nadziei na przyszłość. Upadek przemysłu, bezrobocie, rozpad rodziny, zanik jakichkolwiek pozytywnych więzi międzyludzkich – w takim klimacie nie ma szans na lepsze jutro. Ludzie żyją z dnia na dzień i żeby przetrwać potrafią podjąć się każdego zajęcia – kobiety zarabiają na życie prostytucją, mężczyźni wydobywają węgiel z biedaszybów. Nie da się ukryć, że tereny Polski poprzemysłowej nie są tak atrakcyjnym tematem dla filmowców jak malownicza Transylwania, gdzie nawet bieda potrafi być piękna. Polacy, nawet jak chcą zapomnieć o swoich troskach, to robią to siermiężnie i bez fantazji.

Czy rzeczywiście tak wyglądamy? Film nakręciła osoba spoza Polski więc możemy ufać, że jej spojrzenie wychwytuje w pierwszej kolejności to, co nas odróżnia od innych nacji. Pewnie więc jesteśmy nieuprzejmi, brzydcy, brudni i sponiewierani przez rzeczywistość. Tyle tylko, że na miejsce akcji swojego filmu reżyserka wybrała obszar najmocniej doświadczony przez okres transformacji. Podobna historia, gdyby rozgrywała się w Gdańsku czy w Warszawie mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Reżyserka miała jednak swoją wizję, do której księżycowy krajobraz Wałbrzycha pasuje jak ulał. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że nie wszystko jest tutaj szare, bure i ponure. Zdarzają się ludzkie odruchy, klient burdelu, w którym Molly pracuje jako sprzątaczka okazuje się być człowiekiem dużej kultury, dziwki mają złote serca, taksówkarze pojawiają się w najbardziej odpowiednich miejscach i niczym aniołowie stróże ratują bohaterkę z opresji, nawet nocne życie Wałbrzycha ma swój urok i żenujący na pierwszy rzut oka dancing w klubie przypominającym strażacką remizę kończy się znakomitą zabawą. Reżyserka bierze tę polsko-wałbrzyską rzeczywistość z całą zawartością inwentarza i nie można zarzucić jej czarnowidztwa czy wypaczania obrazu naszej rzeczywistości, tym bardziej, że rodzimi twórcy kręcą obrazy dużo bardziej dołujące i jeśli ktoś powinien kreować pozytywny obraz naszej rzeczywistości to powinni to robić w pierwszej kolejności ludzie stąd.

Jest to zresztą temat do osobnych rozważań. „Droga Molly” to nie filmowa publicystyka tylko film o jednostce szukającej miłości i próbującej poukładać sobie życie. Podróż do dalekiej Polski to próba znalezienia odpowiedzi na pytanie „co dalej z moim życiem?”. Spotkanie z Marcinem ma być na nie odpowiedzią. Reżyserka wykorzystuje konwencję kina drogi, aby ukazać podróż jako rodzaj dojrzewania do życiowych decyzji, inicjacji w dorosłe życie. Trudno uznać taki zabieg za szczególnie odkrywczy, zwłaszcza, że cała fabuła nie jest specjalnie oryginalna. W gruncie rzeczy niewiele jest nas tutaj w stanie zaskoczyć, ale też uczciwie trzeba przyznać, że nie takie zadanie postawili sobie twórcy filmu. Historia Molly jest w gruncie rzeczy bardzo zwykła, można powiedzieć, że napisana przez życie. Żebyśmy mogli się przejąć jej losami potrzebna była aktorka potrafiąca swoją grą sprzedać widzom prawdę, której nie da się zamknąć w tekście scenariusza.

Wybór Mairead McKinley był strzałem w dziesiątkę. Z jej twarzy można wyczytać zmęczenie kolejnymi życiowymi rozczarowaniami i potrzebę znalezienia kawałka własnego miejsca. Mimo wielu niepowodzeń Molly zachowuje zwyczajną wiarę w drugiego człowieka, wiarę, która jest autentyczna i w której nie ma nic naiwnego. Odtwórczyni głównej roli zdecydowanie dominuje nad całym, skądinąd znakomicie dobranym, zespołem aktorskim. Warto to podkreślić, gdyż postacie drugoplanowe zostały obsadzone polskimi aktorami, którzy od jakiegoś czasu nie mogą wyrwać się z zaklętego kręgu seriali. Szkoda, że tacy świetni aktorzy jak Jan Wieczorkowski, Maciej Robakiewicz, Adrianna Biedrzyńska czy Mirosław Baka muszą czekać na okazję, żeby zaprezentować swoje prawdziwe umiejętności i to na dodatek tylko na drugim planie. Oczywiście, troska o wykorzystanie potencjału polskich aktorów nie powinna spoczywać na barkach pół Iranki i pół Francuzki kręcącej film za niemieckie pieniądze. Zmianą tej sytuacji w pierwszej kolejności powinni się zająć twórcy, którzy na realizację swoich filmów biorą pieniądze z państwowej kiesy. Nam wypada cieszyć się, że ktoś z zewnątrz potrafił zrobić dobry użytek z polskiej scenerii i z polskich aktorów, dzięki czemu powstał obraz wartościowy i przekazujący kawałek prawdy o naszym dniu dzisiejszym.
„Droga Molly” (Molly’s Way) Reżyseria: Emily Atef. Scenariusz: Emily Atef, Esther Bernstorff. Obsada: Mairead McKinley, Ute Gerlach, Geno Lechner, Adrianna Biedrzyńska, Anna Ilczuk. Gatunek: dramat. Niemcy 2005, 84 min