Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (348) / 2018

Adriana Biedrowska,

DWUDZIESTOLECIE BYŁO KOBIETĄ ('KOBIECE DWUDZIESTOLECIE')

A A A
We wstępie do „Kobiecego dwudziestolecia 1918–1939” Barbara Czarnecka pisze: „Niniejsza publikacja (…) mieści się we wciąż niedostatecznie obecnym »praktycznym« nurcie studiów feministycznych i rekonstrukcji historii kobiet. (…) nie [jest] teoretyzowaniem, któremu, przyznajmy to, czasami zdarza się żyć własnym życiem w oderwaniu od (…) praktyki” (s. 9). Trudno się z tym rozpoznaniem nie zgodzić. Twórcy pokonferencyjnego tomu nie skupiają się na ideologii, unikają pustych konstruktów czy abstrakcyjnych pojęć, szukają raczej treści – wypełniającej nie tylko literaturę, ale przede wszystkim prawdziwe, (nie)zwykłe życie prezentowanych postaci. Takie podejście metodologiczne wydaje mi się kolejnym „kobiecym” elementem składającym się na całość tego redakcyjnego przedsięwzięcia. To męskie uniwersum bowiem kojarzone jest kulturowo z tym, co transcendentne, wymagające spojrzenia meta-, filozoficznej analizy przedmiotu. Kobiecy świat z kolei jest bardziej „przyziemny” (chtoniczny!), materialny, ogarniający przestrzeń dnia codziennego. Dzięki zastosowaniu takiego – praktycznego – kryterium do rąk odbiorców trafiła pozycja naprawdę kobieca, a przymiotnik ten można rozumieć różnorako.

Wielogłos

Każde wydawnictwo pokonferencyjne siłą rzeczy zakłada pewną niejednorodność, czy to metodologiczną, czy tematyczną. „Kobiece dwudziestolecie” jest jednak wybitnie rozległe, można powiedzieć: niczym sam omawiany i dyskutowany obszar. Pomysłodawcy przedsięwzięcia, tak, a nie inaczej formułując główny motyw, nie ograniczali autorów ani pod względem dyscypliny akademickiej, ani nawet narodowości bohaterek – twórcy skupili się co prawda na omawianiu aktywności Polek, ale nie zabrakło artykułów traktujących o mieszkankach Stanów Zjednoczonych czy Berlina. Pewnym mostem stają się w mojej ocenie postaci Marii Skłodowskiej-Curie czy Stanisławy de Karłowskiej, które, choć urodzone w Polsce, stały się pełnoprawnymi obywatelkami innych państw, i to tam właśnie rozwijały swoją działalność. W omawianym tomie głos zabrali przedstawiciele takich dziedzin nauki jak medycyna, bibliotekoznawstwo, historia, filmoznawstwo, historia sztuki czy literaturoznawstwo. Zaproszenie do współpracy badaczy z tak szerokiego kręgu wiedzy pozwoliło nakreślić stosunkowo szeroki, nieograniczony do jednej perspektywy obraz płci pięknej. Jak zatem przejawia się zasugerowana w tytule kobiecość?

Autorzy prezentowanych w tomie tekstów pokazują całe spektrum działalności czy też samej obecności kobiet. I tak czytelnik ma do czynienia z kobietą powieściopisarką, kobietą poetką, kobietą reportażystką, kobietą pamiętnikarką, kobietą krytyczką (jak również kobietą krytykowaną, i to nieraz w jednej osobie), kobietą epistolografką, kobietą malarką, kobietą rzeźbiarką i teoretyczką sztuki, kobietą muzykologiem, kobietą naukowcem, kobietą aktorką, kobietą chłopką, kobietą poszukującą mężczyzny na łamach prasy, kobietą będącą męskim fantazmatem, kobietą matką, kobietą kochanką, rzadko kobietą przyjaciółką (jeśli rzecz dotyczy przyjaźni damskiej, jest ona zazwyczaj niepozbawiona elementu rywalizacji, oczywiście o mężczyznę, choć i od tej reguły znajdziemy w książce wyjątki), wreszcie kobietą podmiotem i – jakże częściej – kobietą przedmiotem: działań, dodajmy, nie tylko literackich, ale też społeczno-politycznych.

De Karłowska? Nie znam

Wśród przebogatej palety tematycznej, obejmującej takie zagadnienia jak krótka historia męskich spodni (niezwykle ciekawa, ilustrowana kilkoma fotografiami), przeróżne ogłoszenia matrymonialne czy – jakże aktualna – dyskusja o prawach reprodukcyjnych, najcenniejsze poznawczo są w mojej ocenie te artykuły „Kobiecego dwudziestolecia”, które przybliżają postaci zupełnie (czy też niemal zupełnie) polskiemu odbiorcy nieznane, a mające często niebagatelny wpływ na życie społeczne czy artystyczne swego czasu. Takim tekstem jest między innymi publikacja „»Cudze chwalicie, swego nie znacie…«, czyli słów kilka o życiu i malarstwie Stanisławy de Karłowskiej”. Anna Kwiatkowska w bardzo interesujący sposób, nie zapominając o umieszczeniu w tekście obrazów swej bohaterki, opowiada historię (herstorię!) malarki, która „należała do ścisłej czołówki awangardy brytyjskiej” (s. 419), a mimo to „w naszych muzeach czy galeriach próżno szukać jej obrazów” (s. 411). Urodzona w 1876 roku w małej miejscowości pod Łowiczem, dwie dekady później wyjeżdża na studia do Paryża. Na ślubie koleżanki poznaje Roberta Bevana, który jest pod takim wrażeniem Polki, że niespodziewanie przyjeżdża wprost pod jej dom i oświadcza się. Razem wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii, gdzie Stanisława rozwija swoją działalność artystyczną, m.in. współtworząc istniejącą wciąż London Group. Jej obrazy były prezentowane podczas wielu wystaw, a do dziś można je podziwiać w Tate Gallery. Jej nikła obecność w pamięci polskich badaczy jest tym dotkliwsza, że na obrazach de Karłowskiej łatwo dostrzec można inspirację rodzimym folklorem, a jej przywiązanie do korzeni potwierdzają wspomnienia bliskich.

Podobnymi „przywracaniami”, choć może już nie na aż tak wielką skalę, są artykuły o polskich graficzkach z okresu międzywojnia, o poezji Niny Rydzewskiej, jednej z dwóch tylko kobiet w Kwadrydze, czy o Marii Morozowicz-Szczepkowskiej, aktorce i dramatopisarce, której „Sprawę Moniki” wyprodukowało studio Warner Brothers. Wszystkie te postaci łączy, oprócz grubszej czy cieńszej zasłony milczenia spuszczonej przez dzisiejszych badaczy, perspektywa ówczesnych krytyków, którzy dostrzegali w nich przede wszystkim kobiety, a nie artystki, i wyłącznie pod kątem płci oceniali ich twórczość. Agata Zawiszewska, pisząc o autorce „Madonny nędzarzy”, zaznacza, że „za kontekst macierzysty poezji Rydzewskiej [krytycy] uznali poezję kobiecą, a nie poezję w ogóle” (s. 341), mówi wręcz o odsyłaniu jej wierszy do „getta poezji kobiecej” (s. 343). Również Katarzyna Kulpińska, która bardzo obszernie opisuje życie artystyczne polskich graficzek, akcentuje rozbieżności w ocenianiu kobiet i mężczyzn. „Określenia (…), jakimi posługiwali się krytycy, zakorzenione były w tradycyjnym pojmowaniu kobiecych zajęć i powinności. W odniesieniu do prac artystek pojawiły się więc określenia »damskie robótki« czy »sztuka na podobieństwo konfekcji«” – referuje (s. 452) i przywołuje opinię Wiktora Podoskiego na temat tej twórczości: „Kobieta zbyt często jeszcze pragnie naśladować mężczyznę; robi wtenczas to samo, co on, tylko przeważnie gorzej” (tamże). Również Morozowicz-Szczepkowska nie uniknęła tej szowinizującej optyki. Jak piszą Hanna Jaxa-Rożen i Katarzyna Jewtuch, dyrektor krakowskiego teatru „próbował uświadomić [jej], że kobieta niczego nie może sama zdziałać, nie mając u swego boku mężczyzny, który by się nią opiekował. – A kto panią proteguje? – zapytał nagle podniesionym głosem Solski” (s. 165). Co więcej, zderzenie wielkiego talentu ze ścianą męskiej krytyki, która widzi w artystce czy badaczce jedynie czyjąś córkę bądź żonę (ewentualnie kochankę), było udziałem niemal wszystkich bohaterek tego tomu – Maria Skłodowska-Curie „musiała przekonać wielu do racji bycia naukowcem, a nie asystentką sławnego męża” (s. 578), a o Katarzynie Kobro jeden z oceniających rzekł: „To jakaś mistyfikacja, jaka ona wybitna, to żona Strzemińskiego!” (s. 394). Przykłady można by mnożyć.

„Kontrowersyjnie skrajny pacyfizm”?

Autorzy „Kobiecego dwudziestolecia” nie tylko przywracają pamięć dawno i niesłusznie zapomnianym bohaterkom, ale skupiają się także na postaciach znanych, niemal już kanonicznych, jeśli chodzi o publikacje skupiające się na feminizmie czy polskiej literaturze dwudziestolecia międzywojennego. I tak możemy przeczytać artykuł traktujący o Irenie Krzywickiej, tekst dotyczący postaci wykreowanych przez Zofię Nałkowską czy świetną rozprawę o jedynym przedwojennym tomiku Anny Świrszczyńskiej, który, raz zakwalifikowany przez Miłosza jako „pięknopisanie” (precyzyjna forma bez głębokich treści), był dotąd traktowany nieco po macoszemu. Chciałabym jednak zatrzymać się na chwilę przy artykule dotyczącym epistolografii Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Już samo umieszczenie go w tomie dotyczącym dwudziestolecia międzywojennego wydaje się nadużyciem (przywoływane listy pisane były w trakcie drugiego światowego konfliktu), co więcej, tekst znajdziemy w dziale „Poezja”, choć nie dotyczy on twórczości lirycznej. Jednak to nie decyzja redakcyjna sprawiła, że nie mogłam przejść obok tej rozprawy obojętnie.

Autor, trafnie diagnozując niektóre poglądy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej na wojnę, stosuje przy tym tak niefortunne sformułowania jak „skrajny pacyfizm”, czy nawet „kontrowersyjnie skrajny pacyfizm”, a na potwierdzenie swoich tez często przywołuje opinie Jana Marxa, który, mówiąc delikatnie, tej poezji nie pochlebiał. Nie wiem, czy można stopniować pacyfizm, a jeśli nawet okazałoby się to w jakiejś mierze możliwe, wciąż nie byłabym przekonana, że autorka „Pocałunków” wyrażała poglądy „skrajne”. Była po prostu poetką niezwykle wrażliwą na drugiego człowieka, więcej, na każdy element otaczającego ją świata, ożywionego i nieożywionego. Jej pacyfizm wynikał wprost z głębokiego przekonania o przenikaniu się świata ludzi, zwierząt i roślin, z marzenia o szczęśliwym koegzystowaniu wszystkich istot pomimo świadomości okrutnych nieraz gestów Matki Natury. Łukasz Grajewski nazywa niektóre cytowane przez siebie fragmenty korespondencji kontrowersyjnymi, podczas gdy w mojej ocenie jest to określenie nieprzystające. Owszem, Pawlikowska-Jasnorzewska podejmuje tematy trudne, bo związane z sytuacją skrajną, wojenną. Autorka „Różowej magii” wyrażała poglądy odmienne niż większość jej pobratymców, stawiając życie wyżej niż uczucia patriotyczne, i mogły one poruszać ówczesne środowisko, zwłaszcza emigracyjne, „bogoojczyźniane”, ale trudno uznać je współcześnie za skandaliczne. Komentując zabójstwo Igo Syma, warszawskiego aktora, który współpracował z Niemcami, organizując życie kulturalne okupowanej stolicy, Pawlikowska-Jasnorzewska pisze: „Zabolał [mnie] ten fakt okrucieństwa naszych. Nie znoszę nawet najszlachetniejszych morderstw” (s. 384). Czy naprawdę mianem „szczególnie kontrowersyjny” można określić powyższy zapisek? Jest to wszak głos przeciwko karze śmierci, dziś będący raczej poglądem przeważającym w cywilizowanych społeczeństwach. W mojej opinii bardziej kontrowersyjne są przypisy – tu znów na czoło wychodzi Jan Marx – przywołujące takie podejście do wojny, które nazywa ją na przykład szansą na przeżycie fantastycznej przygody. Takie spojrzenie na największą machinę śmierci stoi w zupełnej opozycji do poglądów poetki, która pisała: „Wojna – grzech ciężki. Wojnę szatan spłodził” (Pawlikowska-Jasnorzewska 1974: 135).

Siłaczki wielkomiejskie…

Podczas lektury moją uwagę przykuły także historie kobiet, które wbrew wielu przeszkodom z wytrwałością i nieustępliwością zdobywały wykształcenie i osiągnęły, jako pionierki, spore sukcesy. Oczywistym przykładem tego typu postaci jest Maria Skłodowska-Curie, pierwsza wykładowczyni na Sorbonie i dwukrotna noblistka, która niełatwą drogę do sukcesu przypłaciła między innymi wyrzeczeniami osobistymi. O tym, jak trudno było jej jako kobiecie udowodnić swój ogromny talent, mogą świadczyć przytaczane przez Adama Krzyka kulisy przyznawania Skłodowskiej-Curie obydwu Nagród Nobla. Otóż w 1903 roku nie uwzględniono Polki przy nominowaniu uczonych pracujących nad zjawiskiem radioaktywności. Dopiero interwencja jej męża spowodowała, że wyróżniono także madame Curie. W przypadku drugiej nagrody na przeszkodzie stanął romans z żonatym mężczyzną, fizykiem Paulem Langevinem. „W konsekwencji skomasowanych ataków Maria została poproszona o nieprzyjmowanie Nagrody Nobla, ów postulat został wysunięty przez jednego z członków Komitetu Noblowskiego” – pisze Krzyk (s. 581). Podczas gdy niewierność mężczyzny uchodziła za zjawisko normalne, Skłodowska-Curie była szykanowana, co nie pozostało bez wpływu na dalszy rozwój jej kariery naukowej.

Inną przywoływaną w książce postacią, która skierowała wszystkie swe siły w stronę pracy naukowej, była nieznana szerszemu kręgowi czytelników Bronisława Wójcik-Keuprulian. Urodzona w 1890 roku we Lwowie, skończyła tamtejszy uniwersytet na nowo utworzonym Wydziale Muzykologii i obroniła tytuł doktora. Przez wiele lat pełniła funkcję asystenta profesora Adolfa Chybińskiego, co łączyła z pracą w wydawnictwie, musząc zapewnić byt swojej rodzinie. Jej apetyt na wiedzę przez lata pozostawał niezaspokojony. W końcu, mając 44 lata, obroniła pracę habilitacyjną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Droga do sukcesu naukowego nie była łatwa. Brak stabilnego zatrudnienia na lwowskiej uczelni, słabe wsparcie mentora i poświęcenie życia osobistego – to tylko niektóre z problemów, które pokonała, przekuwając je w elementy swojego sukcesu. Dość wspomnieć, że zerwanie współpracy z profesorem Chybińskim pozwoliło jej na habilitację z dziedziny, która była prawdziwym obiektem jej zainteresowań badawczych, a późne małżeństwo (zawarte w wieku 39 lat) stało się źródłem nowych inspiracji (przede wszystkim muzyką ormiańską).

Trzecią postacią, o której nie sposób nie wspomnieć, jest Julia Dickstein-Wieleżyńska – poetka, publicystka, filozofka, filolożka, erudytka, tłumaczka dwunastu (!) języków, działaczka, która emancypację rozumiała nad wyraz szeroko. „Jej stanowisko ujawniło się zarówno w działaniach na rzecz równouprawnienia kobiet, jak i na rzecz narodów uciśnionych i mniejszości narodowych, m.in. Serbołużyczan” – podkreśla Mariola Wilczak (s. 549). Urodzona w 1881 roku w Warszawie, studiowała filozofię na uniwersytecie w Berlinie. Działała w Polskim Stowarzyszeniu Równouprawnienia Kobiet, była przewodniczącą Koła Polsko-Włoskiego im. Leonarda da Vinci, współtworzyła Towarzystwo Dziennikarzy Polskich, współpracowała z wieloma redakcjami, prowadziła szkołę rzemieślniczą, pomagała prostytutkom, opiekowała się jeńcami wojennymi… Długo można by pisać o wszystkich funkcjach, jakie podjęła Dickstein-Wieleżyńska. „W życiu »prywatnym« zmagała się z obecnymi w jej otoczeniu stereotypami, ograniczeniami społecznymi i wewnętrznym przekonaniem, że jej głównym powołaniem jest służba społeczna” – dodaje Wilczak (s. 554). Co prawda wyszła za mąż – podobnie jak B. Wójcik-Keuprulian późno, po czterdziestym roku życia – lecz było to małżeństwo nieudane, trwające rok. Warto zauważyć, że wszystkie trzy wspomniane wyżej postaci miały silne wsparcie ze strony mężczyzn – Skłodowska-Curie i Dickstein-Wieleżyńska mogły liczyć na swoich ojców, którzy wprowadzali je w świat nauki, z kolei zarówno noblistka, jak i Wójcik-Keuprulian wyszły za mąż za mężczyzn, którzy mocno wierzyli w możliwości i talenty swych żon. Nie każda kobieta w owym czasie miała jednak takie szczęście. Samotna droga do sukcesu była być może możliwa, ale męskie wsparcie – mentalne i finansowe – w znacznej mierze przyczyniało się do rozwoju kariery naukowej.

…i siłaczki wiejskie

Zupełnie innym typem siłaczek zaprezentowanych w „Kobiecym dwudziestoleciu” były chłopki, które podjęły wyzwanie i trud, by napisać pamiętnik na konkurs ogłoszony w 1933 roku przez Instytut Gospodarstwa Społecznego. Na wezwanie, by opisać codzienne życie na roli, będące udziałem aż 70 procent Polaków w tym czasie, odpowiedziało 481 mężczyzn i… 17 kobiet. „Wśród wybranych do druku prac ukazały się tylko dwa teksty kobiece (3,2% całego materiału). Wziąwszy pod uwagę fakt, że w roku 1931 na wsi żyło ponad 23 mln osób, a w tym 11 mln 860 tys. kobiet, szokująca jest ta cisza panująca po ich stronie” – komentuje tę dysproporcję Barbara Czarnecka (s. 110). Szukając odpowiedzi na pytanie, skąd ta niechęć do napisania pamiętnika, badaczki (oprócz Czarneckiej także Elwira Wilczyńska, autorka drugiego tekstu na ten temat) wspominają przede wszystkim o 1. niefortunnie sformułowanych ogłoszeniach konkursowych, których treść mogła sugerować, że preferowane są zapiski mężczyzn; 2. nadmiar pracy kobiet, pozbawiający je czasu potrzebnego na stworzenie pamiętnika; 3. uznanie przez chłopki swego losu za niewystarczająco istotny, niewarty przelania na papier; 4. narażenie autorki pamiętników na złą opinię w najbliższym środowisku; 5. brak wykształcenia kobiet – chłopki częściej niż ich mężowie czy ojcowie nie potrafiły pisać i czytać. Z kolei wśród powodów, dla których pamiętnikarki zdecydowały się zabrać głos, najważniejsza wydaje się chęć wyżalenia się, opowiedzenia komuś raczej o swoich troskach niż o radościach. Obraz wyłaniający się z tych memuarów jest bowiem zatrważający. Przerażająca bieda, nagminna przemoc w rodzinie, ekstremalne przepracowanie, dzieciństwo spędzone na ciężkiej pracy w polu, brak wsparcia w mężu, często oprawcy. Życie kobiet na polskiej wsi trudno nawet określić tym mianem – była to raczej wegetacja, codzienna fizyczna walka o przetrwanie, toczona z ograniczeniami organizmu (praca ponad siły, brak rekonwalescencji po licznych ciążach), naturą i nierzadko własnym mężem. Co znamienne, profesjonalne opisy etnografów tego okresu zupełnie nie przystawały do świata opowiedzianego przez pamiętnikarki. Męska optyka badaczy pozwoliła na dostrzeżenie tylko ciężkiej pracy chłopa, a kobiety umiejscowiła przy lekkich czynnościach domowych. Skrajnie odmienne wizje życia na wsi kreowane przez badaczy i opisywane przez odważne chłopki skłaniają do smutnej refleksji nad zakłamywaniem historii, tej małej, ale składającej się przecież na tę wielką, decydującej o losach narodów.

Edytorska łyżka dziegciu

„Kobiece dwudziestolecie” to książka nad wyraz wartościowa. Tym większy ból sprawił mi szereg – by użyć eufemizmu – niedociągnięć edytorskich. Już tylko jedno nazwisko przy pozycji „Redaktor” dla tego sześćsetstronicowego tomu i niewymieniona korekta kazały nastawić się sceptycznie do – nazwijmy to – językowo-estetycznej warstwy publikacji. Niestety, nie pomyliłam się. Zastraszająca liczba literówek (w pierwszych częściach książki nawet dwie na stronie!), które doprowadzają do błędów merytorycznych (przykładem niech będzie profesor Bożena Witosz, która w jednym z artykułów jawi się jako Bożena Wisz), powtórzenia, mylnie podpisane obrazy, a nawet błędy ortograficzne – myślę, że wydawnictwu akademickiemu nie przystoi tak lekkie podejście do tej nieco bardziej technicznej sfery produkcji książki. Podczas mojej lektury „Kobiecego dwudziestolecia” dochodziło do tak kuriozalnych sytuacji jak sięganie do własnej biblioteczki po tom poetycki przywoływany w jednym z artykułów, gdyż przepisany utwór („W oborze” Anny Świrszczyńskiej) zawierał błędy uniemożliwiające zrozumienie sensu! Warto więc mieć w zanadrzu stare dobre publikacje z czasów, gdy korekta nie była jeszcze traktowana jako zbędny luksus. Problem ten dotyczy niestety coraz większej liczby wydawnictw, nawet poważnych i poważanych, gdyż pośpiech i brak finansów skutkują edytorskim zaniedbaniem. Oczywiście, jest to znak naszych czasów, ale znak obnażający hipokryzję, albowiem jeśli ubolewamy nad stanem współczesnego języka i dzisiejszej kultury, nie możemy jednocześnie przyczyniać się do tego upadku dbałości o słowo. Kto ma troszczyć się o piękno polszczyzny, jeśli nie uniwersytet właśnie?

LITERATURA:

Pawlikowska-Jasnorzewska M.: „Samotne piękno”. W: tejże: „Poezje”. Tom II. Warszawa 1974.
„Kobiece dwudziestolecie 1918–1939”. Red. Radosław Sioma. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Toruń 2018.