Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (348) / 2018

Magdalena Piotrowska-Grot,

TWARZĄ W TWARZ ZE ŚWIATEM

A A A
Wiersz otwierający debiutancki tom Juliana Kornhausera w pewien sposób stanowi dla czytelnika tej poezji klucz, ustawia głos pisarza i odbiór czytelnika:

 

„Kromki chleba wyrastały w szczelinach

podłogi. Trzciny wbite mocno w słońce.

Krzyże światła na plecach. Przyszliśmy,

nie wiedząc, co to teatr i naród bez

teatru. Daty, nazwiska, jedno po drugim.

Swąd spalonych ryb, morze jak mięso

zabitego konia. Chłodne piwnice kościołów,

w nich matki wierzą w Ikarów, świeczki

parzą oczy. Teraz twoja kolej, zakrwawiony

papier”.

„Hiszpania” (Kornhauser 2016: 9).

 

Pod przykrywką, jaką w pierwszym tomie stanowi Hiszpania i postać Francisco Goi, znajduje się obraz ówczesnej polskiej sytuacji społeczno-politycznej – dla Kornhausera, który przecież ma także żydowskie korzenie, dodatkowo trudnego czasu. Oczywiście pomiędzy historią i sytuacją hiszpańskiego malarza a Polską lat siedemdziesiątych znaleźć można wiele korelacji, ale to jedynie dodatkowy dowód na to, o czym tak naprawdę rozprawia podmiot wiersza. Zniszczenie, postapokaliptyczne nacechowanie doznań zmysłowych, które pobudzają kolejne wersy, wiara w ikaryjskich buntowników, koncepcja narodu pozbawionego teatru – wszystko to jest powidokiem wydarzeń marcowych 1968 roku. Strategia tego przedstawienia wywołuje całą falę pytań, potrzeby dopowiedzeń, ustalenia jakiegoś określonego stanowiska. Zacytowany wiersz, jak i wiele kolejnych dzieł pisarza, to tak naprawdę także, a może przede wszystkim, pytanie o rolę pisarza w świecie, w którym przyszło mu żyć. Czy ma stać się świadkiem? Zakrwawiać kolejne kartki papieru? Czy ma uczestniczyć, aktywnie zaangażować się w prąd zmian, czy może, co sugeruje przerzutnia, znaleźć sposób, by pozostać sobą, odnaleźć własną ścieżkę? (te dylematy podkreśla także Włodzimierz Bolecki (zob. Gleń, Kornhauser 2016: 57]).

Współczesny czytelnik przywykł, by od wczesnej poezji nowofalowców oczekiwać kreacji określonej postawy. Dokonując wstępnej charakterystyki przedstawicieli formacji, Bożena Tokarz pisze: „J. Kornhauser w swej praktyce poetyckiej ogranicza mocno funkcję impresywną literatury, postulowaną przez siebie w wypowiedziach programowych. Poezja staje się dla niego przede wszystkim rodzajem wypowiedzi osobistej. Do takiej formy wypowiedzi doprowadziła go, co może zabrzmieć paradoksalnie, konwencja ekspresjonistyczna, w stosunku do której dokonywał coraz dalszych redukcji bez zasadniczych zmian artystycznych” (Tokarz 1990: 9-10). Zgadzam się, że mamy, zwłaszcza w późniejszej twórczości, do czynienia z dominacją wypowiedzi osobistej, głosu prywatnego, mówienia sobą i z głębi własnego doświadczenia. Nie mogę jednak przystać na wniosek, iż to ogranicza zarówno ekspresję, jak i funkcję impresywną. Może jest to inny rodzaj sugestii, otwartej, zapraszającej czytelnika do pewnej formy dialogu – czyli impresywnej, ale nie perswazyjnej. Na tyle jednak działania te są subtelne, iż zaowocowały szczątkową recepcją, czy wręcz zarzutami wycofania i stagnacji (nad tymi aspektami recepcji i znaczenia poezji Kornhausera zastanawia się w jednym ze szkiców swojej książki Marcin Jaworski [Jaworski 2018: 120-127]).

Przeglądając różne źródła, można by sądzić, iż sporo wiemy już o zagadnieniu buntu w dziele poetyckim przedstawicieli Nowej Fali. Pokoleniowe doświadczenie Stanisława Barańczaka, Adama Zagajewskiego, Ryszarda Krynickiego, Krzysztofa Karaska czy Juliana Kornhausera ustanawia określony dyskurs, którym operują krytyczne opracowania tej twórczości, wpisując niejako te pojęcia w sztafaż oczywistości. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej samej poezji pokolenia ‘68, dostrzeżemy właśnie niejednorodność i wielopoziomowość obrazu rewolucyjnych przemian (w tym także niezaprzeczalnie niejednorodną rewolucję artystyczną). W niniejszym artykule poddam pod rozwagę wybrane utwory Juliana Kornhausera, twórcy najbardziej indywidualnego w kontekście pierwszych nowofalowych tomów.

W dziele literackim Kornhausera, najwyraźniej w pierwszych tomach poetyckich („Nastanie święto i dla leniuchów” oraz „W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów”), pojęcie różnorodnie rozumianej i odmiennie sfunkcjonalizowanej wolności zdaje się być kwestią prymarną. Trudno nie dostrzec, że to pokłosie wydarzeń Marca '68. Nie jest to jednak literatura bezrefleksyjnie rzucająca się w wir zdarzeń – w słowach poszczególnych wierszy kryje się głęboko dramatyczna świadomość niejednoznaczności określonych działań i ich konsekwencji oraz lęk przed utratą indywidualnej tożsamości: „W jarzębinach. W rzeźni muzyki: ciepło / pulsującej krwi, cisza odkładanej siekiery, leżysz / tak z głową pełną polityki, która ręka, prawa, lewa” („Hasła” [Kornhauser 2016: 15]).

W świecie, w którym każdy przedmiot, słowo i działanie stawało się polityczną deklaracją, w wypowiedziach podmiotu niejednokrotnie pobrzmiewa chęć zachowania swoistej sfery prywatności. W wierszu „Ogon poezji” misja społeczna dzieła okazuje się jedynie złudzeniem:

 

„Godziny, których nie przerwie żaden most

wystrzałów, róża cierpliwości otulona

oddechem pokoju, stożek światła

wbity w ścianę, by szmer snu odróżnić

od bicia serca, kardynał wzywający pod broń

kalekich urzędników państwowych, roztropni

sędziowie, skazujący siebie na zabawę w wojnę –

wszystkie te potencjalne zagadki podatne na szybkie

rozwiązania mylą poetów każdego miesiąca,

roszcząc sobie prawo do znaczenia,

a są to po prostu obrzydliwe napisy,

jakie spotyka się w podziemiach rewolucji”.

(Kornhauser 2016: 64)

 

Podziemie, jako jedyna dostępna forma działalności, jawi się w słowach podmiotu jako coś nieczystego, zniekształconego. Jednak to, co dzieje się na zewnątrz, jest tylko pozorem prawdziwego bohaterstwa, nieczystą grą kalekich urzędników, sędziów, duchowieństwa, kolejne grupy starające się wykorzystać kogoś innego do przeprowadzenia własnej wojny – wszystko zaś staje się grą, pozorem, pomyłką. To, co w tym wierszu autentyczne, odgraniczone jest od szumu ulic i presji tłumu, to, jeszcze nieukonstytuowane, ale już świadomie zaznaczane „ja” wewnętrzne odróżniające „szmer snu” (czyli nierealności, nie jawy) „od bicia serca” (rzeczywistości, autentyczności).

Jakie w tym wszystkim jednak zajmuje miejsce poeta, wyraźnie wpleciony w ten społeczny chaos? Zdaje się, że jest dokładnie tak, jak zaznaczał Adrian Gleń: „To ważne: Kornhauser przestrzega przed mieszaniem rzeczywistości. Poezja i poetyckie doświadczenie nie konstytuuje egzystencji, jest poza jej porządkiem” (Gleń 2013: 52). Warto przyjrzeć się w tym miejscu tworzywu językowemu i specyfice zastosowanych przerzutni. Poeta staje się niewolnikiem zagadek, pustych znaczeń, kulturowych wydmuszek „roszczących sobie prawo do znaczenia”, potencjalności a nie autentyczności. Owa aktywność – wyraźne kształtowanie postawy podmiotu – jest oczywiście pogłosem awangardowym, wzbogaconym o rys indywidualny, prywatny. Tytułowy „ogon poezji” okazuje się więc niejednoznaczny – animizacja, oznaka życia poezji, jej zaangażowania czy też coś, co się za nią ciągnie, misja wpisana w poetycki mit, w końcu może element zdradzający rozdrażnienie, wyczekiwanie, przyczajenie przed ostatecznym atakiem, niemal jak w utworze Czesława Miłosza „Ars Poetica?”, w którym poeci zostają przedstawieni następująco: „więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach” (Miłosz 2011: 588). Nie można jednak wykluczyć, iż jest to także podkulony już ogon poezji, twórczości sprowadzonej jedynie do zagadek i pozbawionych znaczenie gier słów, zaś „poeci każdego miesiąca” to przede wszystkim twórcy poezji okolicznościowej.

Marzec 1968 musiał być dla Juliana Kornhausera trudny także ze względu na korzenie poety. Ślady tych rozterek pojawiają się dopiero w późniejszych wierszach oraz powieści „Dom, sen i gry dziecięce”, przynoszą nie tylko próbę przepracowania Holokaustu, ale stanowią wyraźne pokłosie wydarzeń marcowych i ich następstw. Pozornie spokojny, a jednocześnie najbardziej dramatyczny w tej twórczości obraz owych rozterek przynosi wiersz „Bat”, który otwiera hasło partyjne w czasie Marca 68: „Syjoniści do Syjonu!”.

 

„Ocierając się o szpicli okutanych w donośne gazety,

zagłuszony rykiem wyprasowanych intelektualistów,

stawałem w oknie jeszcze nie dorosły i nie z poczuciem wstydu,

lecz w oczekiwaniu na inne rozwiązanie.

Już później, gdy głosy tamtych z oddali pełne niewysłowionego żalu

i ciągłe ponawianych pytań przypominały mi

szum pracowitego mrowiska, nie domykałem okna,

poprawiając przewróconą doniczkę na parapecie.

Spoglądałem na porzucony szalik o i kosmyk czarnych włosów

jak na przedmioty nie z tego świata, a może z tego właśnie,

ale obróconego w perzynę mocą jednego –

czy ja wiem – kazania? apelu? może przejęzyczenia?”

(Kornhauser 2016: 428)

 

Porażony absurdem, sparaliżowany własną niemocą człowiek z wiersza to ktoś w wiecznym „pomiędzy”. Oczywiście nie sposób nie sugerować się biografią twórcy, ale dostrzeżemy to także, pozostając przy lekturze samego wiersza. Głos wypędzanych Żydów został przytłumiony przez gazetowy bełkot, wielkie debaty intelektualistów. Zacytowany utwór oferuje nam jednak inne spojrzenie, pozornie niezaangażowane, nieobecne, oddalone. Zrozumienie, poczucie wstydu, samoświadomość okazują się czymś, co przyszło później, wymagało czasu. Utwór kończą słowa powtarzane jak zaklęcie: „tak, tak – nie, nie!”. Podmiot wierszy Kornhausera nie akceptuje tego, co spotkało nację żydowską, zawsze mówi o tym z niewysłowionym żalem, także w geście swoistej autokrytyki. Jednocześnie nie potrafi do końca solidaryzować się z czymś, co zdaje mu się odległe, nieznane, obce. Tę dychotomię zauważa się od razu. Nie jest to jednak gest wykonany w poszukiwaniu usprawiedliwienia, to wewnętrzne rozterki wywołane przez zewnętrzne wydarzenia, korelacja tego, co osobiste, ze sferą publiczną.

Twórczość Juliana Kornhausera to lektura dla cierpliwych, niepokornych i dość elastycznych odbiorców. W spokojnym tonie i płynnym rytmie kolejnych tekstów potrafi być niezwykle dynamiczna intelektualnie. Wyraźnie widać to, jaki ślad pozostawiło w pisarzu pokoleniowe doświadczenie, ale także to, jak stanowczo opowiada się on po stronie indywidualności wyboru i ocalenia „ja”, które nie może być do końca prywatne, gdyż ta sfera zagarnięta została przez aparat państwa, nieraz zniewalającą tradycję, obowiązki, ale też lęk przed utratą wolności. Początki tej twórczości to zapis poszukiwań, pozbawiony jednoznacznych odpowiedzi. Jednak te literackie próby już w latach osiemdziesiątych poskutkują radykalnymi wyborami – nie zawsze spotkają się one z przychylnością opinii publicznej, ale stanowią reprezentację niezwykle silnego, konsekwentnego głosu ówczesnego pokolenia.

LITERATURA:

Gleń A.: „Marzenie, które czyni poetą… Autentyczność i empatia w dziele literackim Juliana Kornhausera”. Kraków 2013.

Gleń A., Kornhauser J.: „Rzeczy do nazwania”. Poznań 2016.

Jaworski M.: „Świat nieliryczny. Studia i szkice o poezji współczesnej”. Poznań 2018.

Kornhauser J.: „Proza zebrana”. Poznań 2017.

Kornhauser J.: „Wiersze zebrane”. Poznań 2016.

Miłosz C.: „Wiersze wszystkie”. Kraków 2011.

Tokarz B.: „Poetyka Nowej Fali”. Katowice 1990.



Fotografia: Julian Kornhauser, 1981, fot. Wojciech Plewiński/Forum. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22858977,saga-rodu-kornhauserow-jakub-pytalismy-z-agata-o-przeszlosc.html.