Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (348) / 2018

Anna Katarzyna Dycha,

SCENICZNY MAJSTERSZTYK ('SŁOMKOWY KAPELUSZ', REŻ. PAWEŁ AIGNER)

A A A
W poszukiwaniu kapelusza

„Słomkowy kapelusz” jest czwartym spektaklem wyreżyserowanym przez Pawła Aignera w Białostockim Teatrze Lalek. Znając jego poprzednie realizacje – „Księżniczkę Anginę”, „Texas Jima” i „Kandyd, czyli Optymizm” – mogliśmy spodziewać się teatralnego wydarzenia. „Słomkowy kapelusz” jest bez wątpienia takim wydarzeniem. To spektakl, na którym widzowie pękają ze śmiechu (śmieszy nie tylko sam tekst, ale przede wszystkim jego sceniczna interpretacja). A o to właśnie reżyserowi chodziło. „Sztuka komiczna jest równie ważna jak sztuka dramatyczna” – zapewniał przed premierą.

Paweł Aigner to aktor i reżyser, który w latach 1993-2004 był stale związany z Białostockim Teatrem Lalek. Jego kreacje aktorskie były wielokrotnie nagradzane, wspomnieć warto chociażby rolę tytułowego Guliwera w sztuce J. Swifta czy Zerzabellę w „Paradach” J. Potockiego. Grał także w spektaklach żywego planu, m.in. wcielając się w postać Filipa w „Iwonie, księżniczce Burgunda” W. Gombrowicza czy Aleksieja w „Merilyn Mongoł” N. Kolady (obie pod reżyserskim okiem W. Śmigasiewicza). Jako reżyser zadebiutował „Smutną królewną” Michała Walczaka w warszawskim Teatrze Montownia (2004). W tym samym roku jego „Kandyd” wg Woltera w Teatrze Groteska w Krakowie otrzymał Grand Prix na Festiwalu Komedii w Tarnowie. Artysta współpracuje z wieloma teatrami lalkowymi i dramatycznymi, w których zrealizował ponad 50 premier.

Podczas pracy nad swym najnowszym spektaklem w Białostockim Teatrze Lalek Aigner wyznaczył aktorom niełatwe zadanie. Mierzą się oni bowiem z XIX-wieczną francuską farsą Eugéne’a Labiche’a. Z tego zadania siedemnastoosobowy zespół wychodzi zwycięsko. Sztuka obfituje w sceny zbiorowe, w których aktorzy śpiewają (muzykę napisał Piotr Klimek) i tańczą (autorką choreografii jest Karolina Garbacik). Kto widział zespół BTL-u we wcześniejszych produkcjach, ten wie, że potrafi on sprostać wielu reżyserskim pomysłom. Zaskakującą scenografię, w której motywem przewodnim są drzwi, stworzył stały współpracownik Aignera – Pavel Hubička. Jego dziełem są też kostiumy, fantastycznie łączące epokę ze współczesnością.

Akcja sztuki skupia się wokół poszukiwań tytułowego kapelusza. Młody paryżanin Fadinard ma właśnie poślubić Helenę Nonancourt, córkę zamożnego ogrodnika z prowincji. Niestety, pech sprawia, że koń Fadinarda niechcący zjada wiszący na drzewie słomkowy kapelusz należący do pani Eleonory Beauperthuis. Zaczyna się walka o odnalezienie kapelusza, w której jedną ze stron jest Fadinard, a drugą splot niespodziewanych przeszkód i wypadków.

Francuski tekst nie jest często wystawiany w Polsce – po tytuł sięgano zaledwie 25 razy. Jak podkreśla Paweł Aigner, jednym z powodów jest konieczność skompletowania dość dużej obsady. Twórcom białostockiego spektaklu udało się nie tylko zebrać odpowiedni zespół do wystawienia francuskiej sztuki, ale także wydobyć z jej tekstu komizm i przedstawić go na scenie w bardzo atrakcyjnej formie.

Brawurowa komedia omyłek

Reżyser i cały zespół fundują widzom ponad trzygodzinną komedię omyłek. To wodewil w najlepszym wydaniu, w którym widzowie bez trudu odnajdą elementy operetki czy musicalu. Grunt to umieć bawić się stylistykami. Aigner taką umiejętność posiadł. Kocha też zaskakiwać. Nie chcę psuć przyjemności z oglądania, ale muszę zdradzić, że już w scenie otwierającej spektakl aktorzy stepują, a główny bohater, czyli Fadinard, przechadza się… nad sceną. Wcielający się w tę rolę Michał Jarmoszuk musiał wykazać się przy tym zadaniu wręcz cyrkowymi zdolnościami.

Przygotujmy się więc na spektakl w pięciu odsłonach z zupełnie nieoczekiwanym finałem.

Jak wspomniałam, rzecz rozpoczyna się od niewinnego z pozoru zdarzenia – Fadinard oznajmia, że podczas przejażdżki za miasto jego koń zjadł słomkowy kapelusz pewnej damy. Atmosfera zaczyna się zagęszczać gdy na scenę wkracza ognisty porucznik Emil (w tej roli gościnnie Paweł Chomczyk). To z nim pani Eleonora – właścicielka zjedzonego kapelusza – spędzała czas. Emil ma wąs, nerwowy wyraz twarzy i nakrycie głowy dodające (i tak dość wysokiemu) aktorowi centymetrów. Już sam jego wygląd wywołuje salwy śmiechu na widowni, pogłębiające się w scenach ukazujących furię porucznika.

Tymczasem Fadinard ma poślubić Helenę (Łucja Grzeszczyk). Czeka już weselny orszak, jednakże Eleonora (Sylwia Janowicz-Dobrowolska) domaga się zwrotu kapelusza. Fadinard udaje się więc do modystki Klary (Izabela Wilczewska-Muszyńska), u której chce kupić taki sam kapelusz z włoskiej słomki z makami. Okazuje się, że z projektantką łączyło go kiedyś coś więcej. To w tej scenie Fadinard – w akcie desperacji – paraduje w samej bieliźnie. Niestety, mimo to, kapelusza nie ma nadal.

W drugim akcie główny bohater (oznajmia, że jest już po ślubie) udaje się po kapelusz do baronowej de Champigny (Barbara Muszyńska-Piecka), dla której liczy się tylko „muzyka i śpiew”. Spotyka tu zniewieściałego wicehrabię Rosalbę (Błażej Piotrowski) w wyuzdanym stroju z lateksu. Gdy do salonu przez omyłkę wchodzi przyszły teść Fadinarda, zostaje wzięty za… akompaniatora. Wspólny występ obu panów daleki jest od ideału. A kapelusz? Trafił do chrzestnej córki baronowej. Pogoń za nim buduje sytuacyjny komizm – ten oszałamiający zbiór gagów jest bez wątpienia największym atutem sztuki.

Wreszcie Fadinard trafia do męża Eleonory – pana Beauperthuis (Adam Zieleniecki). Ten jest zaniepokojony – żona wyszła po duńskie rękawiczki i nie wróciła. Gdy przez przypadek dowiaduje się, jak spędzała ona wolny czas, wpada w szał i chwyta za pistolety. Czy Eleonora wreszcie dostanie kapelusz? O tym każdy widz musi przekonać się sam. Warto pamiętać, że finał będzie zupełnie nieoczekiwany.

Obsada w punkt, kostium ze smakiem

Aktorzy dwoją się i troją, by rozbawić widza. Barwną i dziwaczną galerię postaci możemy oglądać w weselnym orszaku, np. ojca Heleny – pana Nonancourt (Ryszard Doliński) z krzewem mirtu w doniczce, czy płaczliwego pana Bobin (Krzysztof Bitdorf), który potrafi rzucić się na scenę w spazmie rozpaczy. Postaci stroją miny, karykaturują samych siebie – a to widzów śmieszy chyba najbardziej. Podczas wizyty u baronowej spotykają się m.in. maharadża, admirał i ks. Andrzej (przyjaciel wszystkich dzieci). Aigner decyduje się na zaskakujące obsadzenie aktorów – nie po tzw. warunkach. Z przyczepionymi wąsami, w turbanach czy oldschoolowych garniturach są oni czasem zupełnie nie do poznania. Aktorzy nieustannie tańczą, śpiewają – cały zespół radzi sobie znakomicie, dlatego też trudno kogoś wyróżnić. Sceny zbiorowe wręcz zapierają dech w piersiach. Gdy aktorzy podrygują i nucą „hopla, hopla”, aż chce się ruszyć w taniec razem z nimi.

W tym teatrze absurdu wszystko stoi na głowie. Wuj Heleny – Vezinet (Piotr Damulewicz) wciąż chce kogoś całować, a buchalterowi Tardiveau (Wiesław Czołpiński) ubranemu w futro ciągle jest gorąco. Chłodniej bywa mu jedynie wtedy, gdy… zmieni koszulę (dalej pozostając w futrze).

Nie mogło też zabraknąć pikanterii. Już w pierwszej scenie służący Fadinarda – Feliks (Mateusz Smaczny) uwodzi pokojówkę Virginię (Kamila Wróbel). Dziewczyna próbuje się uwolnić z objęć wielbiciela. „Ja cię puściłem, a teraz ty się puść” – oznajmia jej Feliks. Te słowne gry towarzyszą widzom przez cały spektakl. Wszak autorem przekładu sztuki jest Julian Tuwim (jedna ze scen choreograficznie przypomina ilustrację do wiersza „Rzepka”). Znajdziemy tu też nawiązania do Szekspira. Fadinard podczas wizyty u modystki Klary stwierdza: „Czekać, czy uciekać – oto jest pytanie”.

Na ogromne brawa zasłużył również czeski scenograf i autor kostiumów Pavel Hubička. Motywem przewodnim scenografii (zbudowanej z drewnianych elementów, m.in. części futryn) są drzwi, przez które ktoś wciąż wchodzi bądź wychodzi. O rozpadających się krzesłach mowa już była. Zachwycają też kostiumy. Fardinand paraduje w granatowych spodniach, kwiecistym surducie (kwiaty zdobią większość strojów) i cylindrze. Jego służący nosi czerwone dżinsy i czarne trampki, ale góra jego stroju przypomina już ten z epoki. Helena zaskakuje połączeniem białych, dżinsowych rybaczek z tiulem i koronkami. Pan Bobin z kolei to prawdziwy barwny ptak – w różowych spodniach, niebieskiej marynarce, żółtym golfie i kapeluszu. Jak na komedię omyłek przystało, także w dziedzinie kostiumów nie brakuje smaczków. Błażej Piotrowski jako gość weselny paraduje w odwrotnie założonym krawacie, na odwrót włożył też szelki buchalter Tardiveau.

Bawmy się! „Słomkowy kapelusz” do takiej zabawy zaprasza. A w dodatku jest prawdziwą ucztą dla oka i ucha.
Eugene Labiche „Słomkowy kapelusz”. Reżyseria: Paweł Aigner. Scenografia: Pavel Hubička (Czechy). Muzyka: Piotr Klimek. Choreografia: Karolina Garbacik. Przygotowanie i opieka wokalna: Cezary Szyfman. Asystent choreografa: Katarzyna Daszuta. Obsada: Łucja Grzeszczyk, Sylwia Janowicz-Dobrowolska, Grażyna Kozłowska, Barbara Muszyńska-Piecka, Izabela Maria Wilczewska, Kamila Wróbel, Krzysztof Bitdorf, Wiesław Czołpiński, Piotr Damulewicz, Ryszard Doliński, Michał Jarmoszuk, Krzysztof Pilat, Błażej Piotrowski, Mateusz Smaczny, Adam Zieleniecki i Paweł Chomczyk – gościnnie. Premiera: 8.04.2018, Białostocki Teatr Lalek.

Foto: Krzysztof Bieliński