Wydanie bieżące

1 lipca 13 (349) / 2018

Dorota Kołodziej,

CUD ROZSZCZEPIEŃCZEJ HUCPY (ADAM LIPSZYC: 'CZERWONE LISTY')

A A A
U dołu okładki najnowszej książki Adama Lipszyca siedzą dwa czarne ptaki, przypominające kruki, ze stalówkami zamiast głów. Stwory są odwrócone do siebie tyłem, kierują ostrza swych łbów-piór w przeciwne strony. Mimo tej zaznaczającej się odmienności, trudno nie dostrzec, że w gruncie rzeczy ptaki okazują się identyczne – jakby jeden stanowił lustrzane odbicie drugiego. Obraz jest ten sam, tylko że na odwrót. Więc jednak nie to samo. Może prawie to samo, ale jednak trochę inaczej? Albo: coś innego, ale tak samo?

Zatrzymuję się na tym niewinnym obrazku nie bez powodu. Stawiane mu pytania o opozycję przywołują mi na myśl doktrynę patrona lub – może bardziej – prowokatora rozważań Lipszyca. Postępowanie Jakuba Franka także jest przecież pełne trudnych do wyrażenia przeciwieństw i – podobnie jak w niewinnym przypadku z obrazkiem – odbiorca gubi się i nie umie już powiedzieć, co widzi. „Czy jednak naprawdę warto podążać dalej za tymi wciąż jeszcze bardzo luźnymi skojarzeniami?” (s. 50) – zadaje pytanie Lipszyc w jednym z esejów. I może faktycznie w opisywanym przeze mnie przypadku nie warto… Oddam więc lepiej głos samemu badaczowi i jego słowami przedstawię prowokatora rozważań. „Jakub Frank, przywódca osiemnastowiecznego ruchu mesjańskiego, należy z pewnością do najpaskudniejszych, a zarazem najbarwniejszych postaci w żydowskiej historii” (s. 17) – czytamy w zdaniu otwierającym pierwszy po przedmowie esej. W kolejnych rozdziałach Frank określony zostaje mianem oszusta, mesjasza, zbawcy, małomiasteczkowego spryciarza. Jeśli jednak mesjasz, to tylko „mesjasz-chamidło” (s. 97), jeśli zbawca, to zbawca-prostak (s. 30). Do jednego słowa przykleja się natychmiast kolejne, a ten sklecony z nierzadko przeciwstawnych pojęć opis staje się coraz mniej oczywisty. Otwierającą charakterystykę przywódcy ruchu Lipszyc pointuje w dodatku takim oto zdaniem: „Jakub Frank, syn podolskiej Korolówki, nie był może wcielonym Bogiem, jak sądzili przynajmniej niektórzy z jego zwolenników – z pewnością jednak był wcielaniem hucpy” (s. 18). Prezentacja taka zdecydowanie nie ułatwia umieszczenia patrona w wyznaczonych kategoriach i zamknięcia sprawy. Jeśli jednak ktoś chce śledzić tok myślenia badacza, musi się do tego przyzwyczaić. Podczas lektury zebranych esejów czytelnikowi nie będzie raczej dane kończyć i zamykać, może ewentualnie coraz szerzej otwierać usta ze zdumienia – podążając bowiem za myślą Lipszyca, tkwić będzie „w punkcie nierozróżnialności między absolutną grozą i absolutną farsą” (s. 48). I jest to, co warto dodać, absolutnie interesująca perspektywa.

Badacz przedstawia nam historię Franka, odwołując się do „Wieloplemiennego tłumu” Pawła Maciejki – pozycji, która, choć jest rozprawą akademicką (przynajmniej nominalnie), to prowadzi „narrację z niezwykłym biglem” (s. 28). W początkowych rozdziałach Lipszyc podąża śladami historyka, lecz w dalszą lekturową drogę wyrusza już sam. Wprawdzie jednocześnie zarzeka się, że teksty frankistowskie czyta „wyłącznie w trybie lektury amatorskiej” (s. 28), ale nie przeszkadza mu to dokonywać coraz śmielszych interpretacji. Ów tryb amatorskiej lektury jest mi – nie ukrywam – bardzo bliski, więc ja także pozwolę sobie często oddawać głos autorowi. I równie często chwytać go za słowo.

„Czerwone listy” to zbiór trzynastu tekstów, w większości wcześniej już publikowanych, które łączy opisywana perspektywa frankistowska. Do postaci Franka badacz odwołuje się wprost jedynie w kilku z nich, pozostałe natomiast łączy coś, co autor nazywa „potencjałem rozszczepieńczym”. Pisze bowiem o bohaterach zakorzenionych w kulturze polskiej, ale się w niej niemieszczących. To nie „inni”, nie odszczepieńcy, którzy próbują wyznaczyć granice własnej odrębnej tożsamości, ale także nie „swoi”, bo zbyt wyraźnie wystają poza ramy zakreślone przez rodzimą kulturę. „Pozostają – pisze więc Lipszyc – rozszczepieni w sobie: niedopasowani, a jednak tutejsi, wyobcowani, ale nie obcy, po trosze odklejeni, a zarazem na trwałe przykuci do tego, co polskie” (s. 9). I gdy owa rozszczepieńcza tożsamość rozpada się na coraz to więcej głosów, coraz silniej do głosu (a jakżeż by inaczej!) zaczyna dochodzić język. Autorzy próbują więc „na rozmaite sposoby odkształcić fakturę polszczyzny, rozepchać ją czy rozszczepić, tak by zdołała pomieścić dziwne, nielegalne słowa” (s. 9-10). W ten sposób właśnie rodzi się ta najciekawsza literatura, rodzą się teksty, „od których – według Lipszyca – mocniej biją nasze czytelnicze serca i dzięki którym możemy mówić i myśleć trochę inaczej” (s. 10).

Obok tego entuzjastycznego wyznania czytelniczego pojawia się drugie, literaturoznawcze. Badacz deklaruje bowiem, że pisaniu tych esejów „towarzyszyła zawsze nieskończona frajda, jaką daje dłubanie w literaturze z najwyższej półki” (s. 10). I frajda ta udziela się czytelnikowi. Bo teksty Lipszyca mają w sobie ogromną siłę oddziaływania. Wywrotowe tezy sąsiadują tu z rozpoznaniami bardziej zachowawczymi, a czytelnicza fanfaronada spotyka się z badawczą powagą. I na styku tych antynomii powstają propozycje interpretacyjne.

Aby dać czytelnikowi pojęcie o charakterze tych opowieści o „trzynastu wspaniałych rozszczepieńcach” (s. 10), pozwolę sobie przedstawić – oczywiście w koniecznym skrócie – tylko jedną z nich, nie zamierzając odbierać nikomu frajdy samodzielnego zapoznawania się z resztą. Konwój zaprezentowanych przez Lipszyca interpretacji otwiera Bruno Schulz (a jeśli już o konwoju mowa, to, jak pisze sam badacz, „konwój przywozi na myśl zjawisko (…) które, jak przystało na kapryśne dwuznaczności losu i ludowego przesądu, ma jakoby przynosić szczęście – lub nieszczęście” [s. 275]). W owym pełnym (nie)szczęścia otwarciu Lipszyc zastanawia się nad problemem mesjanizmu, łącząc przy tym „Wiosnę” i pisma frankistowskie. Zwraca uwagę na znaczenie czerwonej barwy w Schulzowskim opowiadaniu i doktrynie Jakuba Franka (barwa pojawia się zarówno w „Listach Pańskich”, jak i wydanych po śmierci przywódcy ruchu „Czerwonych listach”). Zaraz po zasygnalizowaniu myśli Franka i pewnej bliskości klimatu „Wiosny” badacz dystansuje się od tych skojarzeń. Zwraca uwagę, że Schulzowska czerwień to kolor rewolucji, frankistowska zaś utożsamiana może być z katolicką Polską, jest więc barwą przeciwnika. Odcinając się jednak od wcześniejszych skojarzeń, Lipszyc wyłania kolejne podobieństwa łączące charakter tych dwóch rewolucji. Doktryna Jakuba Franka przesycona jest wrogością wobec wszelkich praw, natomiast błazenada Józefa – właśnie dzięki brakowi powagi – pozwala z prawem zerwać. Pełen fanfaronady gest głównego bohatera „Wiosny” okazuje się w tym zerwaniu tak skuteczny, ponieważ w świecie prawnego ładu i rozsądku nie może już być kontynuowany. Lipszyc zauważa, że te dwa na pierwszy rzut oka odmienne światy „wymieniają się swymi najważniejszymi i najcenniejszymi cechami” (s. 54).

Po takiej konstatacji badacz wprowadza do tego korowodu tekstów kolejny kontekst, zastanawiając się, przy pomocy kategorii wprowadzonych przez Waltera Benjamina, nad relacją prawa i przemocy. Wyposażony w nowe propozycje zwraca się na powrót do Schulza i – dochodząc do końca tej parady odniesień – stwierdza wreszcie, że „tylko papierowa rewolucja jest rewolucją prawdziwą” (s. 62), a to, co ma być mesjańskie, musi jednocześnie stać się ulotne, tandetne lub po prostu śmieszne. „Jest (…) w ogóle bardzo śmiesznie choć groźny kontekst przywoływanej historii nie pozwala zapomnieć, że i ta błazenada bezpośrednio sąsiaduje z potwornością” (s. 119) – komentuje badacz fragment korespondencji Ludwika Heringa i Józefa Czapskiego. Jednak słowa te wydają się pasować także do listów samego Lipszyca. Książka oczywiście nawiązuje tytułem do pism frankistowskich, które były „jednym z ostatnich zrywów dogasającego po jego [Franka – dop. D.K.] śmierci ruchu” (s. 49) i polegały w gruncie rzeczy „na owym błazeńsko poważnym geście, jakim było rozesłanie do licznych gmin żydowskich w Europie wschodniej mesjańsko-rewolucyjnej manifestów pisanych czerwonym atramentem i stąd znanych pod nazwą »Czerwonych listów«” (s. 50). Dokąd doprowadzić ma nas jednak to nawiązanie? Czyżby listy „Lipszycowskie” także były – jak czytamy w tytule rozdziału pierwszego – wyznaniem chmary… to znaczy wiary? Tyle że wyznaniem wiary w literaturę, bo jeśli już wiara, to tylko w teksty. Bo w końcu „cudów po ciele spodziewać się nie należy. Ale po słowie już tak” (s. 351) – by posłużyć się ostatnim zdaniem listu o Barbarze Klickiej.

W tym karnawale tekstów i kontekstów – bo przecież „frankistowska awantura ma w sobie wiele z karnawału” (s. 32) – Lipszyc tropi słowo. Przebiega w tym celu przez poezję Mirona Białoszewskiego, Juliana Kornhausera, Piotra Sommera, Andrzeja Sosnowskiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Justyny Bargielskiej, Barbary Klickej… Lekturze tej towarzyszy zaraźliwa frajda i pewna doza szaleństwa, ale jest to lektura bardzo uważna. Uważna do przesady. W eseju o Aleksandrze Wacie Lipszyc tropi już nawet nie całe słowa, a jedną literę. Zwraca czytelniczą uwagę na brak „a” w poemacie „Ja z jednej i Ja z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka” i nadmiar owej litery w „Ciemnym świetle”. Pisze wprawdzie, że „z pewnością (…) przejawem ekstrawagancji byłby pomysł, by ów brak połączyć z (…) intrygującym nadmiarem” (s. 106), że „może nie ma co się nazbyt ekscytować tą literką” (s. 107) i „z pewnością zaś przejawem skrajnej ekstrawagancji byłby pomysł, by owo »a« połączyć znowu z innym jeszcze, tym z jednego z późniejszych wierszy Wata” (s. 107-108). Ostatecznie stwierdza jednak: „aby zrozumieć, o co chodzi w tym »a«, trzeba uważnie przeczytać wszystkie trzy ody po kolei. To właśnie – po prostu – proponuję tutaj zrobić” (s. 109).

Ostatecznie więc autor „Listów”, zamiast nawoływać do błazeńskiej rewolucji, nawołuje do uważnej lektury. Do tropienia, jak cudowne teksty wyrażają to, co wyrażalne nie jest. Zamiast wcielenia hucpy istne wcielenia marzeń o lekturze! Aż chciałoby się podsumować – oddając przy tym głos Lipszycowi – „można powiedzieć: w tym rzecz. Bo jeśli w czym innym, to może mi powiecie w czym” (s. 261).

Może w tym miejscu czytelnik powinien wtrącić swoje „ale” (swoje „a”?) i zapytać: a co, jeśli jednak nie w tym? Nie zapominajmy tu o jeszcze jednych listach. Poza „Czerwonymi listami” Lipszyca i frankistowskimi „Czerwonymi listami” pojawiają się tu jeszcze listy Czapskiego i Heringa. A są to listy o niemożliwości pisania. A są to listy, że brak słów. A „w cichości serc naszych wiemy też jednak, że wobec mroku, który nas otacza, na pewnym poziomie, a po jakiemuś nawet ostatecznie, milczący Ludwik Hering miał po prostu rację” (s. 203) – konstatuje Lipszyc…

Co zostaje więc po konwoju wielobarwnych interpretacji wyłaniających się z czerwonych listów? Puste miejsce, gdzieś między rewolucją a karnawałem, fanfaronadą motywów a powagą badacza. Słowem: brak. A może to słowa brak? Lipszyc w swoich esejach skrupulatnie obserwuje, co z naszą rzeczywistością robi wieloplemienny tłum słów. Ale omawiane eseje to także listy, a listy się wysyła. Jeśli będziemy nadal podążać za tymi „wciąż jeszcze bardzo luźnymi skojarzeniami” (choć nie zawsze za takowymi iść warto), możemy dojść do wniosku, że „Czerwone Listy” odsyłają do dalszej lektury (choćby nawet tej amatorskiej), zostawiając dla niej miejsce. Niech czytanie ma tam miejsce.
Adam Lipszyc: „Czerwone listy. Eseje frankistowskie o literaturze polskiej”. Wydawnictwo Austeria. Kraków 2018.