Wydanie bieżące

1 lipca 13 (349) / 2018

Magdalena Piotrowska-Grot,

'POSTARZAŁA NAM SIĘ JUŻ TA NASZA STAROŚĆ' (JEAN AMÉRY: 'O STARZENIU SIĘ')

A A A
Starość, wbrew pozorom, nie jest tematem tabuizowanym. Mówi się o niej bezustannie, wciąż w nowych kontekstach (choć, jak przypomina Zbigniew Woźniak, naukowo zajmujemy się nią dopiero od ponad 100 lat [Woźniak 2013: 9]). To nie miejsce, żeby wnikać w problematykę, czy ów dyskursywny nadmiar wynika z prawdziwej potrzeby i wrażliwości, czy z mylnie postrzeganego poczucia obowiązku. Wystarczy zauważyć, że starość jest obecna w rozważaniach wielu dziedzin nauki, wykorzystywana w strategiach marketingowych czy też podkreślana wciąż w raportach demograficznych. Starość, jako figura, idea, stan ducha i ciała, stanowi po prostu niezwykle ważki temat, z którym chyba nie do końca potrafi sobie poradzić współczesne społeczeństwo. Omówiony na wszelkie możliwe sposoby, wciąż pozostaje otwarty i dostosowywany do rytmu zmieniającego się świata. Choć sam autor użył ich w nieco innym kontekście, przywołam w tym miejscu słowa Jacques’a Derridy, które posłużą za swoisty wstęp do poniższego omówienia, a nie wymagają dodatkowego komentarza: „Bardzo stary motyw tożsamości kulturowej w ogóle (przed wojną mówiło się raczej o tożsamości »duchowej«), bardzo stary motyw tożsamości europejskiej cechuje niewątpliwie czcigodna starożytność dawno wyczerpanego tematu. Ale temat ten może skrywać w sobie dziewicze ciało” (Derrida 2017: 12).

Wciąż te magdalenki

Kiedy autor rozpoczyna swoje rozważania o czasie od wywołania ducha (i ciała w tym przypadku) Marcela Prousta, mamy ochotę zarzucić książkę w poczuciu braku sensu dalszego poszukiwania jakichkolwiek rysów oryginalności. Można bowiem poszukiwać odpowiedzi na temat straconego czasu, to temat niewyczerpany. Jednak czy zawsze istnieje konieczność posługiwania się tym samym odwołaniem? Czytelnik takiej konfiguracji ma bowiem w pierwszym odruchu przemożną ochotę zawalczyć o swój czas – stracony nad kolejną odsłoną znanych już dywagacji o upływających i nieodzyskiwalnych latach, miesiącach, dniach, godzinach. Nawet na magdalenki tracimy już ochotę. Nie wynika to oczywiście ze zmęczenia samym dziełem Prousta, ale prostym, zbyt automatycznym odruchem wszystkich, którzy pisząc o czasie, czują wewnętrzny imperatyw sięgnięcie do tego właśnie nazwiska. Jean Améry swoją książkę poświęconą starości rozpoczyna właśnie od (dość zbanalizowanego) minitraktatu o czasie i przedstawienia bohatera, który będzie nam towarzyszył na dalszych kartach eseju „O starzeniu się. Bunt i rezygnacja”.

Bohaterem swojej książki czyni A, przedstawiając nam go w następujący sposób: „Oznaczymy tego starzejącego się literą »A«, tak jak będziemy oznaczać wszystkich jego towarzyszy losu, których zamierzamy wprowadzić do naszych rozważań. A: jest to najbardziej matematyczne, najbardziej abstrakcyjne oznaczenie, jakie można sobie wyobrazić (…). To nasze pierwsze A określmy jednak też imieniem, które nadał mu świat: mianem »narrateur« lub, wyjątkowo jeszcze ściślej, jego nazwiskiem (…) – Marcel Proust. Z kapeluszem w dłoni A – Marcel Proust – podchodzi do gospodarzy, stwierdzając przy tym, że mimo wieloletniej nieobecności personel domu go rozpoznaje. Przyszedł ojciec Proust, mówią ludzie, a ponieważ A nie ma dzieci, wie, że »ojciec« może dotyczyć tylko jego wieku” (s. 14). Z powyższego opisu wyłania się nam dość stereotypowy obraz starca, który, pomimo wielu zmian, zdaje się wciąż dominować w kulturze europejskiej. Kreacja bohatera tego eseju nie jest może pomysłem najwyższej próby, owa depersonalizacja, uabstrakcyjnienie powiodłyby się zdecydowanie lepiej, gdyby imię i nazwisko postaci nie zostało nam od razu zdradzone. Jednak w ten sposób Améry zaznacza, iż nie tylko starzejący się człowiek będzie interesował go w dalszych rozważaniach, ale starość i starzenie się jako idea bardziej ogólna. Oczywiście taki zabieg pozwala na wytworzenie dystansu pomiędzy problematyką książki a samym autorem, któremu zapewne wygodniej było zasłonić się kreacją określonej persony.

Pytania na czasie

Améry rozpoczyna właściwie serią nierozstrzygalnych pytań o czas – nasze jego rozumienie, postrzeganie/odczuwanie, definiowanie oderwane od teorii z zakresu fizyki, personalne, wewnętrzne, jednostkowe zmagania z tym, czym jest upływ czasu.

Wszystko to sprowadza się do rozmyślań o czasie przeżytym, przeżywanym „tempus vecu”: „Z czarodziejskiej góry słyszymy czy można opowiedzieć czas, czas jako taki, w sobie i dla siebie? Na pewno nie, byłoby to błazeńskie przedsięwzięcie. Opowieści, która brzmiałaby: czas upłynął, przeminął, płynął czas itd., nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby opowiadaniem” (s. 17). Tak zainicjowany esej siłą rzeczy rozplenia się w niezliczonych wręcz kierunkach, trudno byłoby właściwie wskazać jeden, dominujący w nich temat. Choć zdecydowanie z podskórnej tkanki tekstu na plan pierwszy wysuwa się problem szeroko pojętej alienacji.

Starości

O czym więc tak naprawdę jest książka „O starzeniu się. Bunt i rezygnacja”? W najmniejszym stopniu dotyczy bezpośrednio tematu starości. Jest opowieścią o czasie, niemożności akceptacji, trochę o godzeniu się ze światem i z samym sobą. Autor nie mówi nam właściwie niczego nowego o starzejącym się człowieku i tabuizacji czy też stereotypizacji pewnych społecznych aspektów jego obecności w życiu codziennym, jego kulturowych obrazów. Na pewno mówi do nas w nieco inny sposób, starając się unikać dyskursu naukowej analizy, nie sięga po statystyki, próbując na tyle uogólnić poruszane problemy, aby odzwierciedlić wszechobecność i ciągłość starzenia się, które siłą rzeczy dotyczy wszystkich (ludzi i zjawisk). To jednak przede wszystkim rozważania dotyczące społecznych marginalizacji, nie tylko starców, ale wszystkiego, co nie mieści się w systemie znaków współczesności.

Omawiana książka, w sposób nieco irytujący, nie mówi nam o świecie niczego nowego i trudno oprzeć się wrażeniu, że wydawnictwo „nieco” spóźniło się z publikacją tego tekstu z 1968 roku (w Polsce, także w tłumaczeniu Bogdana Barana, eseje „O starzeniu się” oraz „Podnieść na siebie rękę” zostały wydane po raz pierwszy w roku 2007 nakładem wydawnictwa „Czytelnik”). Dyskurs książki wymusza na czytelniku nienaturalne wręcz spowolnienie, a ów do takiego wyciszenia dynamiki nie nawykł, a może inaczej, od pokoleń jest uczony, jak odwyknąć od tego rodzaju odpoczynku i stanu błogiej rezygnacji. Dziś na to pozwolić sobie po prostu nie można. Dlatego też omawiana książka będzie nam kulturowo obca, tak jak kreowany w niej obraz starca. Współcześnie bowiem przeważa tendencja nadmiernej może, ale oczywiście potrzebnej, aktywizacji seniorów – choć to proces trudny i żmudny, współczesność stara się za wszelką cenę ową starość odmarginalizować, przeaktywizować, przejaskrawić wręcz potrzebę międzypokoleniowego dialogu. Z jednej strony, jest to działanie niezwykle cenne, nieuniknione i potrzebne. Z drugiej, nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, iż w poczuciu misji budowania społeczeństwa obywatelskiego zapomnieliśmy wysłuchać tego, co owi seniorzy mają do powiedzenia.

Esej Améry’ego wynika więc z zupełnie innych schematów działania, z innych czasów, innych proporcji społecznych. Wyłania się z niego obraz starca, którego nikt nie słucha, ale z przyzwyczajenia umieszcza się go na piedestale – bezpiecznie oddalonym od gwaru i rytmu życia – tak by trwał w swoim dostojeństwie, ale za bardzo nie przeszkadzał pozostałym. Co pozostaje jednak w tym tekście niezwykle aktualne, to fakt, że społeczeństwo usilnie próbuje starości znaleźć jakieś miejsce, postępując z nią niczym z pamiątkowym bibelotem: nie pasuje on do wystroju mieszkania, ale z szacunku musimy znaleźć dla niego odpowiednią przestrzeń, nieustannie więc przestawiamy przedmiot z kąta w kąt, hiperbolizując przywiązanie do tego, co ów „staroć” reprezentuje. Pytanie tylko, co taki proces ma wspólnego z prawdziwą wolnością i uznaniem. (O błędnie rozumianym szacunku wobec starości pisała już w kontekście pierwszego polskiego wydania eseju Améry’ego „O starzeniu się” Kamila Gralewska). Zaś autor „Poza winą i karą” stara się pokazać starość taką, o jakiej pisał choćby Czesław Miłosz w „Nieobjętej ziemi”: „Strach mojej wczesnej młodości: że wydorośleję to znaczy stracę zapał do zajmowania się sprawami umysłu. Ale przekroczyłem siedemdziesiątkę żyjąc bezustanną ciekawością, pasją, dążeniem” (Miłosz 2011: s. 36]. „A” przemierza więc kolejne kulturowe rejony, przygląda się swojej skórze, dawnym pasjom, gustom lekturowym, zmianom politycznym – wszystko to zaś czyni z dystansu niezaangażowanego obserwatora, który, koniec końców, godzi się na to, że nie powinien już zabierać głosu. Jednak zawsze w momencie, w którym mógłby popaść w retorykę utyskującego starca, przerywa swoje rozmyślania, przechodząc płynnie do kolejnej kwestii.

Starzejący się język

Najciekawszym aspektem książki „O starzeniu się” jest analiza zmian w języku, utartych fraz, które podtrzymują żywotność stereotypu starca, przy tym także karmiąc patriarchalne przyzwyczajenia społeczeństwa. W tle tych rozważań pojawiają się także inne zagadnienia. Autor ociera się o kwestie emocjonalności i moralności, kiedy pisze o tym, że starzec właściwie nie może nienawidzić własnego ciała, ale w słowniku zabraknie mu adekwatniejszych określeń. Zatrzymuje się na chwilę przy problematyce kiczu i zmieniających się form estetyki, „nieusuwalnym związku starca z martwymi zjawiskami” (s. 111). Wiele z tych kwestii zdążyło się zdezaktualizować, właściwie nawet język, którym Améry mówi o starości, dziś miejscami musimy uznać za niepoprawny; rzeszą określeń, którymi autor posługuje się bez skrępowania (starcze plamy, przedwczesne stężenie pośmiertne), dziś nie operuje się w języku oficjalnym. Autor czyni jednak także gest odwrotny – kpi ze skostniałych metafor, które złagodzić mają prawdziwy obraz starości: „metafora zapadającej nocy to pożałowania godna klisza, na dodatek zupełnie chybiona” (s. 84).

Omawiana książka to także zbiór rozważań o zmienności systemów, o starzeniu się idei, o odwiecznym konflikcie nowatorstwa z utartymi tradycjami. Zapis obserwacji rozwijającego się marksizmu, schyłkowego egzystencjalizmu (choć ten schyłek chyba obwieszczony został przedwcześnie) ma na celu unaocznienie czytelnikowi pewnych nieuniknionych procesów. Retoryka eseisty oscyluje tutaj na ciekawym styku sprzeciwu wobec „sztucznych języków zawodowych filozofów” (s. 17) oraz potrzeby usystematyzowania, uporządkowania mieszaniny języków, której najbliżej do strukturalizmu. Nie jest to jednak hołd oddany tej metodologii, gdyż autor szybko się od niej odżegnuje, poszukując dalszej drogi.

Może książka ta nie została opublikowana za późno, może toczące się właśnie debaty dotyczące problemów demograficznych, zmian cezury starości, wielu projektów dotyczących wsparcia seniorów, działalności uniwersytetów trzeciego wieku i niezliczonych komitetów, wydłużenia średniej długości życia i ciągłych przesunięć w zakresie wieku emerytalnego (zaznaczmy – w Polsce dość kontrowersyjnego, zdecydowanie zaś niesprawiedliwego wobec kobiet), to najlepszy czas na tego typu lekturę. W odpowiedzi na potrzeby nowoczesnego, starzejącego się społeczeństwa opracowuje się systemy wsparcia, nowy język, innowacyjne modele wrażliwości, słusznie unikając utartych ścieżek przepełnionych stereotypami, ale także wpadając w pułapki specyficznej nowomowy. Może jednak najlepszą, a nieco zapomnianą odpowiedzią jest dystans i odrobina poczucia (czarnego) humoru, jak w „Wesołej dumce o starości” Andrzeja Poniedzielskiego, której tekst stał się inspiracją dla tytułu niniejszej recenzji.

LITERATURA:

Derrida J.: „Inny kurs”. Przeł. T. Załuski. Warszawa 2017.

Gralewska K.: „Dyskretny urok starości”. „Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska Lublin – Polonia”. T. 41 (2016).

Miłosz C.: „Wiersze zebrane”. Kraków 2011.

Woźniak Z.: „Oblicza starości – między mitami a rzeczywistością”. „Studia Kulturoznawcze” 2013, nr 4.
Jean Améry: „O starości i starzeniu się. Bunt i rezygnacja”. Przeł. Bogdan Baran. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2018.