Wydanie bieżące

1 lipca 13 (349) / 2018

Paweł Kaczmarski,

Z CZUŁOŚCIĄ ŁASICOKONDY (TOMASZ BĄK: 'UTYLIZACJA')

A A A
Nowa książka poetycka Tomasza Bąka jest olbrzymia; to pierwsze określenie, które przychodzi do głowy po skończonej lekturze. Nie znaczy to w pierwszej kolejności – obszerna (chociaż obszerna jak najbardziej jest, mieszcząc na niespełna 70 stronach między innymi dwa długie poematy i szereg nieco krótszych), tylko: olbrzymia pod względem formalnego zróżnicowania, rangi i rozmachu poetyckich gestów, tematycznego zakresu, talentu i wysiłku włożonego w jej powstanie. Powiedzmy to na początku, zanim zajmiemy się tak zwanymi konkretami: to tom świetny, niesamowicie błyskotliwy i poruszający, zrodzony w równej mierze z wypracowanego przez lata, nienagannego warsztatu, co – tym razem sięgam po to określenie bez większych oporów – z autentycznego literackiego geniuszu. Jeśli w tym ciągu superlatyw nie wymieniam „przełomowości”, to dlatego tylko, że czytelnicy znający dwie poprzednie książki Bąka mieli prawo spodziewać się tomu nowatorskiego i porywającego, i taką chyba właśnie książkę przewidywali (czy są tacy, którzy po „Kanadzie” oczekiwali od Bąka czegokolwiek mniej niż jednoznacznej wybitności?); co nie znaczy, że jej szczegółową formą i zawartością czytelnicy nie będą zaskoczeni.

Przez ową wszechstronną obszerność nietrudno wyobrazić sobie „Utylizację. Pęta miast” w nieco zmienionej, mniej dopracowanej, niedokończonej czy niedokomponowanej wersji – powiedzmy: ta sama książka napisana i opublikowana w innym wymiarze czy rzeczywistości równoległej, Tomasz Bąk z kozią bródką – jako organizacyjną porażkę, rzecz przesadzoną czy rozbuchaną. Nowy tom Bąka jest przedsięwzięciem niewątpliwie ryzykownym, narażonym – przez swój rozmach, językową brawurę, wyrazistość satyry i otwartość politycznych deklaracji – na osunięcie się w chaos.

Poeta wychodzi jednak z sytuacji popisowo – szybko udowadniając, że jego poezję czyta się równie dobrze w przebiegach krótkich co długich, że dużym (gatunkowo i tematycznie) formom potrafi narzucić taki kompozycyjny rygor, który sam z siebie staje się czymś ciekawym i służy wytworzeniu nowych znaczeń.

Książkę Bąka organizuje więc przede wszystkim historia trzech relacji: do kobiety, do miasta i do Polski. Każda zaś z tych relacji opiera się na głębokim, nieprzezwyciężalnym napięciu: między poczuciem bliskości i zupełnej obcości, nadziei i kompletnej rezygnacji. „Utylizacja. Pęta miast” to więc opowieść o miłości, rozstaniu i próbie powrotu; o mieście naraz wpychającym w depresję i pełnym literackiego potencjału; o kraju, z którego nie da się nie kpić, ale o którym nie sposób ostatecznie myśleć bez pewnej czułości (podszytej, rzecz jasna, jeśli nie paternalizmem, to ironią). Wszystko to zaś rzucone na tło codziennego życia w późnym kapitalizmie, z całym jego nonsensem i z całą jego żelazną logiką, z pozłotką niby-luksusów i z bardzo namacalną brutalnością.

Znajdziemy tu więc poruszające quasi-erotyki:

Degausser / Co jest poezją we wnykach codzienności

To, co wzięła za góry, okazało się miastem,

zaprawdę stan wyjątkowy wart jest mszy

w chwili, gdy staję się farelką dla twych dłoni,

a świat karleje do rozmiarów tramwaju

i naprawdę dobrze mu w tej karłowatości.



Jedziemy więc Pomorską i słuchamy opowieści

o kulturze osobistej gości stadionu,

ale prawdziwa opowieść toczy się naskórkiem,

od stłuczonego nadgarstka aż po czubek palca

walka o ogień zdaje się narastać.



Tak, za taką codzienność dałbym się pokroić

plastikowym widelcem zwichrowanego zamachowca,

żeby wiedzieć, jaki jest twój czas na 100 m

ręcznika papierowego, żeby móc patrzeć,

jak szorujesz kubek z osadu po herbacie.



I kocham się jak wściekły we wszystkich filmach,

które przespałaś na lapkach tego świata,

karlejącego teraz do szesnastu cali przekątnej,

wychodzącego z siebie, wychodzącego z mieszkania

w rześki przedświt tak łaskawych Bałut.

…sąsiadujące, czy wręcz splecione, ze znanymi już z „[beep] generation” – tylko jeszcze odważniejszymi, jeszcze bardziej przewrotnymi – komentarzami do półperyferyjnego kapitalizmu w drugiej dekadzie XXI wieku:

Choć pewnie dałoby się to połączyć

bez strat w logice i ludziach, może nawet w wierszu

o suwerenności narodów i postpolitycznym populizmie,

przyczynach, skutkach, przeszłości i przyszłości,

choć ja jednak wolałbym napisać o tym, że



polski tramwaj wykoleił się na placu Niepodległości.



Chcę przez to powiedzieć, że opowiadając się przeciw

strukturom hierarchicznym, nie powinno się dzielić

spraw na ważne i ważniejsze, choć klikalność to x factor

być może bardziej istotny niż względny pokój na kontynencie,

Brexit, Grexit i wypierPol, ostatecznie to, że



polski tramwaj wykoleił się na placu Niepodległości.



Chcę przez to powiedzieć, że wszystko może być możliwe,

być może Brytyjczycy porzucili niewydolną Unię Europejską

na rzecz sprawnej i perspektywicznej Grupy Wyszehradzkiej,

uczą się urzędowych: czeskiego, polskiego, słowackiego i węgierskiego,

a rovery i jaguary oblekają w husarskie skrzydła i instalacje LPG, skoro



polski tramwaj wykoleił się na placu Niepodległości.

[Astrologowie ogłaszają koniec miesiąca / Ostatecznego Wygaszenia Cywilizacji Białego Człowieka]

Podstawową zmianą w stosunku do poprzednich książek jest w tym kontekście – sygnalizowana właśnie przez owo skupienie na trzech konkretnej historiach – tendencja do uszczegółowienia, ufizycznienia, uplastycznienia przedstawionych sytuacji i problemów. Jeśli „[beep] generation” było książką bardziej namacalną w sposobie obrazowania od Kanady, to Utylizacja. Pęta miast jest pod tym względem bardziej namacalna od „[beep] generation”. Nie znajdziemy tu prostych odwołań do tak intuicyjnie pojmowanych wspólnotowych kategorii jak „pokolenie”; rzadko mówi się wprost o konkretnym „my”, rzadko pojawia się w ogóle liczba mnoga (głównie w erotykach). Wspólnoty oczywiście są, wspólnota różnego rodzaju jest jednym z głównych tematów książki – Bąk bez przerwy odwołuje się (krytycznie) do rekwizytorium narodowych mitów i przesądów, ale też, na przykład, do lajfstajlowych symboli post-transformacyjnej klasy średniej – nie znajdziemy jednak w „Utylizacji” prostej afirmacji wspólnot oczywistych. Jeśli jakaś grupa ludzi zostaje przez Bąka nazwana i dookreślona, możemy być niemal pewni, że jest to wstęp do nadchodzącej szybko wywrotowej kpiny.

Oczywiście nie znaczy to, że Bąk pisze teraz w tonie konfesyjnym, w pełni autobiograficznym czy reportażowym, że przenikliwą systemową krytykę, z której znamy jego wiersze, zastąpił „prawdziwymi historiami ludzi z krwi i kości” bądź inną dziennikarską kliszą; nic z tych rzeczy. W „Utylizacji” nie chodzi o podważenie możliwości czy sensowności wspólnoty – przeciwnie. Jeśli już, Bąk nadaje właśnie namacalny, fizyczny wymiar temu, co mogłoby wydawać się inaczej strukturalną abstrakcją; dodaje konkret tam, gdzie tradycyjnie mogłoby go brakować. W gruncie rzeczy, chodzi o bardzo organicznie rozumiany materializm; płynne przejścia między strukturą i przygodnością, abstrakcją a detalem, teorią a winietką z życia codziennego stają się sposobem weryfikacji własnej poetyckiej metody, zabezpieczeniem przed osunięciem się w literackie klisze z jednej, wersyfikowaną filozofię – z drugiej strony.

Może dlatego należałoby mówić w kontekście wierszy Bąka o pochwale wspólnot doraźnych, przygodnych czy niekoniecznych: niestabilnego związku dwojga ludzi, mieszkańców skazanego na permanentną depresję miasta, obywateli kraju na dobre zakopanego we własnej półperyferyjnej kondycji czy „kolektywu schizofrenicznego” z wiersza „Schizofrenia synchroniczna” (chociaż to fraza oczywiście dwuznaczna i podszyta ironią). Do takich wspólnot należałaby może sama niby-wspólnota czytelników: trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że bardziej nawet niż w wypadku innych, rocznikowo bliskich Bąkowi poetów zaangażowanych, w „Utylizacji” dużą wagę przywiązuje się do tego, by czytelnik czuł się członkiem tej samej wyobrażonej wspólnoty, do której należy autor.

***

Jeśli tematycznym spoiwem wierszy w „Utylizacji” są kobieta, miasto i Polska, to ich nastrojowym czy afektywnym wspólnym mianownikiem pozostaje bardzo specyficzny stan – nazwijmy to roboczo – dwubiegunowego antykapitalistycznego buntu. Jest w nim coś z nieironicznej zupełnie ekstazy („nie wiedziałem, że z twych ust smakuję rewolucję”), miejskiego ennui („Miasto zawisło nad nami tanim listopadem / w wydarte Łodzi pięć minut rozmowy”), poczucia permanentnej prekarności czy kryzysu („Zawsze jest jakaś chwila kryzysu, / nigdy nie zagrażał nam kryzys kryzysu”), przerażenia próżną, przaśną brutalnością późnego kapitalizmu („być może tu zaczęła się wojna z terroryzmem, / gdzieś pod kopułą nieśmiałego trepa / nad talerzem z golonką i chrzanem”) i ostrego, choć kpiną podszytego wkurwu na owego kapitalizmu absurdy, a także na absurdy współczesnej religii („Jezusie Chrystusie zbrojny w KBK-AKMS / Jezusie Chrystusie zdobny we wz. 93 / Jezusie Chrystusie śmiertelnie zraniony”, z wiersza będącego coverem Ginsberga; ta fraza stanowi część komentarza do polskiego zaangażowania w militarnych „misjach zagranicznych”). Do opisania wprost owej fundamentalnej dla swojego bohatera kondycji wprost poeta zbliża się na przykład w wyliczeniu z samego początku poematu „Do utylizacji”:

Produkt postmodernizmu to schizofrenia.

Produkt kapitalizmu to depresja.

Produkt socjalizmu to insomnia.

Produkt trzeciej drogi to zespół paranoidalny.

Produkt religii to uzależnienie asubstancjalne.

Produkt kapryśnego Wi-Fi to narkolepsja.

Nie polecę żadnych innych produktów.

Schizofrenia, depresja, insomnia, paranoja, uzależnienie, narkolepsja: między tymi stanami przechodzi, czy też jest rozpięty, narrator Bąka. Ale nie jest przecież tak, że poeta osuwa się w otępiałe znużenie i bierność (czy – z drugiej strony – językowe szaleństwo i „kadłubki znaczeń”). Człowiek-pizda (jeden z bohaterów „[beep] generation”, którego, swoją drogą, w nowej książce nie spotykamy) zawsze okazywał się ostatecznie trochę mniej pizdowaty, niż sam był skłonny to przyznać (w czym w przewrotny sposób wpisywał się w wielką polską tradycję liryki maski – przemyślenia Pana Cogito nigdy nie były przecież tak głębokie, jakby tego chciał, a Barańczakowy N.N. nigdy nie zgodziłby się na wrzucenie go w jeden worek ze wschodnioeuropejskim plebsem). Z bierności nie mogłyby się zrodzić takie na przykład, pełne krytycznej energii wierszowe fragmenty:

Wasza Wielka Polska

jest jak ten smutny pan z miasta

borykającego się z problemami wizerunkowymi,

stojący na skrzyżowaniu Zachodniej i Legionów,

który z oddali być może wygląda jak husarz,

ale jego skrzydło jest wykonane z poliestru

i ma nadruk KREDYTY CHWILÓWKI.

Schizofrenia, depresja, insomnia – i tak dalej – to więc raczej objawy strajku niż rezygnacji. Gdy bowiem przychodzi do konkretnych analiz i konkretnych krytyk, Bąk działa z zapałem i językową inwencją; bardzo twórczo, rzeczowo i metodycznie przede wszystkim potrafi opisać własną logikę kapitału, religii i państwa – by wpisać w nią błyskotliwą, antropologicznie produktywną wizję „polskości”. Nie polega na luźnych impresjach i „własnych doświadczeniach” rozumianych jako punkt wyjścia i dojścia wiersza. Absurdy i chaosy nie przestają być absurdami i chaosami, ale poddają się rozbiórce w sposób relatywnie „chłodny”; poeta odnajduje koniecznie minimum dystansu. Na pewnym praktycznym poziomie Bąk odpowiada na bardzo fundamentalny etyczno-metodologiczny dylemat istotny tak dla współczesnego lewicowego angażu, jak i dla krytycznie nastawionych intelektualistów bez jasnej politycznej afiliacji: jak badać wewnętrzną logikę nieludzkiego, absurdalnego porządku, nie normalizując jego zasad i języka? Albo: jak oddać sprawiedliwość fundamentalnej nonsensowości kapitalizmu, nie rezygnując ze strukturalnej perspektywy?

Jest w „Utylizacji” jedna fraza, łatwy do przegapienia wierszowy moment, który właśnie poprzez opis pewnego afektywnego stanu dostarcza nam jasnej wskazówki:

Wyprowadzam suczkę i podaję kubek.

Zaciężna kołdra gniecie zimne stopy,

zimne jak herbata w drżących dłoniach babci.



Na podróbie obrazu wyniesionego przez malarzy

Matka Boska jak Król Maciuś Pierwszy

w Chrystusa Króla się przeinacza.



Wszystko drażni i wszystko się zgadza,

cztery śmigłowce o lśniących owiewkach

i łopatach ostrych jak pamięć.



Wyglądam przez okno. Powietrze jest duszne,

sąsiadki i samochody są brzydkie, miasto

bezduszne i brzydkie, bez historii i przyszłości.

[Czerwiec, nigdzie]

„Wszystko drażni i wszystko się zgadza”. Wszystko jest w sumie bez sensu, nie tak, drażniące, ale wszystko też jest ostatecznie sensowne, logiczne, klarowne. „Wszystko”, wielkie kwantyfikatory – bo mowa o stanie, który rodzi się tylko z próby oglądu całości lub ze szczególnie dojmującego doświadczenia. Logika zdarzeń jest niezaprzeczalna, mamy do czynienia z jakimś porządkiem – i to bardzo spójnym, gdzie wszystko się zgadza – ale jego spójność i logiczność przekłada się na równie co on wszechstronne poczucie roz- czy podrażnienia, na może nienarzucające się, ale też niedające się zignorować wrażenie totalnej abnormalności (i, ostatecznie, permanentnego zagrożenia).

Kluczowe okazuje się owo samo z siebie drażniące, idące pod prąd językowej intuicji „i”; nie bardziej oczywiste w tym miejscu „lecz”, a właśnie najprostszy ze spójników. Zamiast przeciwstawienia – ciągłość, zamiast napięcia – uzgodnienie. Bąk opisuje nie dwa ścierające się stany, ale jedną kondycję; nie paradoks, nie zjawisko nadzwyczajnego, ale coś domyślnego i niejako naturalnego. Ten konkretny wiersz mówi przede wszystkim o odchodzeniu bliskiej osoby i o przeżywaniu czy antycypacji jakiegoś rodzaju żałoby; ale fraza „wszystko drażni i wszystko się zgadza” w równym stopniu opisywać może również u Bąka schizofrenię (istotny dla książki wątek) czy, po prostu, życie codzienne w późnym kapitalizmie. Gdzieś pomiędzy poczuciem kompletnego absurdu i beznadziejności, inercją, znużeniem i pragnieniem radykalnej krytyki wszystkiego, co istnieje – tu odnajdujemy narratora „Utylizacji”. Zaś w rzuconym nam wyzwaniu – by obserwacji „wszystko drażni” i „wszystko się zgadza” nie traktować jako przeciwstawnych – jasną instrukcję, gdzie zaczyna się całościowa krytyka kapitalizmu.

Może dlatego tak ważnym tematem książki jest koniec świata – trop naraz tematycznie bardzo płodny, chwytliwy i, ostatecznie, trudny do objęcia wyobraźnią; tradycyjny, rozpoznany, a nadal drażniący. Stosunek Bąka do apokalipsy, którą wróży czy wręcz zwiastuje (a przynajmniej przeczuwa) narrator jego wierszy jest naraz prześmiewczy i – to słowo wyjątkowo, w dziwny sposób w tym miejscu pasuje – zadziorny, rzucający wyzwanie. Dlatego poeta na sam koniec książki, jak głosi tytuł ostatniego wiersza, „z samego końca świata macha do nas warzywem”. Dlatego w jednym z dwóch wierszy wymierzonych w intuicje i światoobraz kojarzone z tak zwaną „polską szkołą poezji” Bąk naraz wróży apokalipsę, naigrawa się z tych, którzy (jak Miłosz w znanym wierszu) podchodzą do tematu z przesadnym patosem czy mentorskim zacięciem, i daje wyraz pewnej (nieobecnej u Miłosza, a trudnej do nazwania – bo jak na poważnie, nie zdając się na ezoteryczną wyobraźnię, powstrzymywać koniec świata?) potrzebie oporu:

A którzy czekali nadejścia łasicokondy,

są zawiedzeni i przeklinają politykę

Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej,

a którzy czekali znaku

Parental Advisory – Explicit Content

mruczą pod nosem wulgaryzmy,

bo przecież nie tak się umawialiśmy,

droga Godzillo na miarę możliwości.



Tylko lokalny sympatyk lewicy, który byłby prorokiem,

ale nie jest prorokiem, bo bierze neuroleptyki,

powiada, podsmażając pomidory na szakszukę:

koniec świata będzie jak faszyzm,

koniec świata nie przejdzie.

OwO „no pasaran” rzucone apokalipsie, a także składane przez Bąka gdzieniegdzie deklaracje poczuwania się do ról paraproroczych, skutkują ciekawym napięciem: króluje nihilizm, ale taki, który w ostatniej chwili odchyla się w konstruktywne działanie, konkretną krytykę, autentyczne pragnienie zmiany i najzwyklejszą sympatię do ludzi (lokalnie, globalnie); dopiero tę dwoistość nazwać można domeną Bąka. Figurą i agentem szakszukowej apokalipsy, czułego nihilizmu jest funkcjonariusz Głównego Urzędu Utylizacji, pojawiający się w jednym z centralnych dla książki poematów „Do utylizacji”, a będący bliskim skądinąd krewnym „syndyka masy upadłościowej starego świata” z „Trawersu” Andrzeja Sosnowskiego.

Już skojarzenie z Sosnowskim powinno zasygnalizować, że mimo całej przewrotności Bąk nie jest po prostu – „po prostu” – biegłym prowokatorem-ironistą. Tym, co popycha go ostatecznie ku różnym formom oporu, nadziei, nie-do-końca końca świata – tym, co powoduje, że satyra na naszą półperyferyjną kondycję jest naraz skrajnie wręcz brutalna i dziwnie życzliwa – jest nie ironia, nie rozbrajający radykalizm dowcip, ale wszechobecna u Bąka, wspomniana już czułość. Oczywiście najczęściej, najwyraźniej chwytamy ją w wierszach poświęconych wprost „tej” kobiecie (zidentyfikowanej w jednym z utworów jako Klaudia); jednak przecina ona w zasadzie każdą krytykę, każdą satyrę, każdą uszczypliwość i każdą interwencję w „Utylizacji”. Gdy Bąk kpi surrealnie z polskich – czy, powiedzielibyśmy może precyzyjniej, „polskościowych” – ambicji i pretensji do osobności, robi to nie tylko z inwencją i swadą, ale i z pewnym autentycznym ciepłem:

I widzę to z uczuciem,

obraz ze wszech miar ogarniający bezmiar:

statek kosmiczny Polska

opuszcza trudne sąsiedztwo,

odrywa się od kontynentu

i rozpoczyna samotny lot przez galaktykę

Ta najdosłowniej „oderwana” od świata Polska jest przecież na swój sposób urocza, gdy dryfuje ku rzeczom (jak jej się zdaje) większym i piękniejszym; wielki, majestatyczny, pełen snów o potędze ssak morski – powiedzmy: manat – ochrzczony imieniem zwierzątka domowego, jak Reksio czy Burek.

I gdy Bąk pyta w podtytule innego wiersza „Co jest poezją menedżerów średniego szczebla”, to, nie rezygnując oczywiście z ostrej krytyki, ostatecznie w najprostszym sensie wczuwa się w boleśnie odczuwającego brak poezji w swoim życiu korpomenedżera:

Pytany o miłość światowy człowiek

o nienagannych manierach i nienachalnej urodzie

odpowiada, że miłość polega

na stałych odwiertach w regularnych odstępach.

Więc co jest poezją menedżerów średniego szczebla?

Może naga stażystka na korytarzu kotłowni,



pipczyk ekspresu oznajmiający koniec płukania,

słowa na „k” i na „p” wciśnięte między deadline’y,

szum kserokopiarki na przedostatnim piętrze

biurowca, wreszcie – Bogu błyszczące okno,

z którego wielu chciałoby skoczyć

i nie można im odmówić argumentów.

Owszem, obrazy to groteskowe, owszem, Bąk ostatecznie przedstawia wyobrażonemu menedżerowi samobójstwo jako rozwiązanie niepozbawione niezaprzeczalnych zalet; ale w samej próbie wyobrażenia sobie „poezji menedżerów średniego szczebla” jest jakieś ziarno życzliwości czy wręcz czułości, myśl o tym, że oni też mają (albo przynajmniej próbują mieć) coś w rodzaju poezji, coś, co odpowiadałoby na podobne potrzeby czy pragnienia. Ta skłonność do czułości pojawia się w wierszu jakby znikąd: nie zostaje omówiona, wyjaśniona, uzasadniona tematem. W zasadzie nie musi jej tam być, efektywność krytyki czy chwytliwość wiersza od niej nie zależy. Nie sposób więc na pewnym etapie nie zapytać, czy ostatecznie owa czułość nie jest siłą niejako nadrzędną wobec pojedynczego wiersza, czy w dłuższej perspektywie nie o miłość właśnie chodzi; o miłość, która w „Utylizacji” pojawia się dyskretnie, ale w bardzo kluczowych miejscach. Rola miłości – a także kulturowej, filozoficznej, historycznej refleksji o miłości – we współczesnej polskiej poezji zaangażowanej to temat przez krytykę w dużym stopniu przemilczany (za co niżej podpisany bierze zresztą przynajmniej część odpowiedzialności); Bąk niejako zmusza nas wręcz do zajęcia się tym tematem – właśnie dlatego, że jest on tak niepokojąco dziwnie wpleciony w wiersze skądinąd ostre i momentami bezlitosne.

A jeśli już zaangażowanie z miłości wynikające i do miłości ciągle wracające, to jesteśmy niedaleko jednego z głównych patronów nowej książki Bąka – Allena Ginsberga. To jego „Wichita Vortex Sutra” zostaje scoverowana w sześciostronicowym „Tomaszów Vortex Sutra”; to ostatnia część „Skowytu” staje się podstawą poruszającego „Aleppo” („I’m with you in Rockland”, „Jestem z tobą w Aleppo”). Ale wpływ Ginsberga wychodzi poza te kwestie. Ginsbergowski w duchu jest na przykład akcentujący swój antywojenny wymiar antykapitalizm Bąka: pisząc o stosunkach społecznych i życiu codziennym pod półperyferyjnym kapitalizmem, wchodząc na teren tego, co nazwać moglibyśmy systemową krytyką, Bąk często płynnie splata z owymi wątkami widmo wojny: w postaci wojennej narodowej mitologii, społecznej obsesji wojny i jej narzędzi, konkretnych konfliktów i „misji zagranicznych” (Kabul, Nangar Khel…). Przekłada się to na szereg ciekawych zabiegów i odniesień. Pod koniec tomu znajdujemy taki na przykład wiersz:

Their Helicopters Sing

Czy bank centralny naprawdę zrzuci pieniądze

ze śmigłowców? Ekonomista wie, że to metafora.

Bank centralny nie ma pieniędzy ani śmigłowców,

jego rolą jest zarządzanie metaforą, funkcją polityki

omiatanie powietrza. Potwór deflacji w wannie po babci,

potwór inflacji w dystrybutorze bezołowiowej,

smutna synestezja, gdy banknotów wypatrują dłonie.

Śmigłowiec jest, jak wyjaśnia zresztą sam poeta, metaforyczny – Bąk lubi grę co bardziej wyrazistymi i absurdalnymi alegoriami kapitału, zwłaszcza tymi o lotniczych konotacjach, jak wiemy już z „[beep] generation” – jednak, co jeszcze ważniejsze, jest też cywilny: to zrzucający (metaforycznie) pieniądze helikopter banku centralnego, przechwycony przez Bąka dla krytyki dereferencjalizacji w finansowym kapitalizmie. Ale przecież „ich helikoptery”, o których mówi tytuł zaczerpnięty ze znanego utworu Godspeed You! Black Emperor, to, wedle wszelkich znaków i kontekstów, jednak helikoptery wojskowe lub policyjne, bliscy kuzyni dronów. Przy pomocy niepozornej w gruncie rzeczy lotniczej metafory Bąk podkreśla bardzo fizyczną, konkretną przemoc, bez której niemożliwe byłyby bardziej „subtelne” momenty kapitału, jego chwile zwodniczej dobroczynności; za każdym metaforycznym śmigłowcem banku centralnego stoi (leci?) w pełni uzbrojony Apache czy inny Commanche, zdaje się mówić Bąk.

Spojrzenie na kapitalizm niejako przez pryzmat momentów jego szczególnej, namacalnej brutalności – jeśli nie zaś przez ich pryzmat, to przynajmniej z ciągłym zachowaniem ich świadomości, z ciągłym spoglądaniem w ich stronę – wyraźnie łączy Bąka z innymi autorami wymienianymi dziś zwykle jako przedstawiciele „młodej poezji zaangażowanej: Szczepanem Kopytem, Konradem Górą, Kirą Pietrek, Iloną Witkowską etc. Wszyscy oni wydają się stawać niejako w kontrze do takiej krytyki kapitalizmu, która widzi go albo w kategoriach czysto afektywnych (atakowania czyjejś wrażliwości, erozji empatii), paraduchowych (kapitał kradnie nam dusze, niszczy „zwykłą ludzką” przyzwoitość i dawne etosy) bądź estetycznych (kapitalizm jako zagrożenie dla sztuki, kultury, gustu). Jasne, kapitał robi to wszystko, ale wiersze Bąka nieustannie przypominają o tym, że interesów kapitału bronią ostatecznie bardzo namacalne karabiny.

***

To, że poeta chętnie uprawia krytykę przemocy i brutalności kapitału, nie znaczy, że jest w swoich interwencjach monotematyczny. Jego ostre komentarze i cięte dowcipy uderzają w wiele różnych celów: wspomnieliśmy już o polskości, instytucjonalnej religii, mitologii narodowej w ogóle. Nowością w „Utylizacji” są zaś, zasugerowane w przytoczonym wyżej wyliczeniu „produktów” („Produkt socjalizmu to insomnia…”), momenty otwartej złośliwości pod adresem tego, co moglibyśmy nazwać umiarkowaną, reformistyczną, propaństwową lewicą; jak w jednym z najbardziej inwencyjnych wizualnie wierszy tomu:

Pęta miast przy tym to pikuś.

Wyobraź sobie, że jesteś

socjaldemokratycznym aparatem fotograficznym

wyniesionym na orbitę okołoziemską

przez liberalnych ekstremistów.



Gdy tylko rozrzedzą się chmury,

spróbujesz objąć obiektywem kraj, w którym

60% obywateli deklaruje gotowość do wojny.

I choć steruje tobą pacyfistyczny software,

zaczynasz żałować, że nie jesteś HAARP.



I wiesz doskonale, że szkoda pikseli i szkoda

kilobitów, lecz mimo to zaciskasz zęby migawki

– tony elektrośmiecia dybią na twoje miejsce –

choć najchętniej byś to wszystko

wykadrował.

Ciekawy jest tu oczywiście nie tylko przedmiot satyry, ale i chwytliwa metafora – a w zasadzie wyrazisty, zaskakujący, konsekwentnie budowany koncept ideologii jako aparatu fotograficznego. W takich momentach Bąk pozostaje bardzo szczegółowy, zawsze – ponownie – konkretny, fizyczny w sposobie opisu, unikający abstrakcji (koncept nie służy u niego nigdy prostemu sprowadzeniu „do ziemi” problemów najtrudniejszych czy najpoważniejszych). Jest tak, jakby ukryty mechanizm wiersza automatycznie łączył zawężenie spojrzenia z pewną językową redukcją; detaliczność spojrzenia nie jest domyślnym stanem wiersza, ale starannie i selektywnie stosowanym narzędziem.

Na poziomie formalnym to bodaj najbardziej podstawowa strategia Bąka: konkretyzacja perspektywy (sylwetki narratora, tematu wiersza, przedmiotu satyry etc.) idzie w parze z konkretyzacją – uszczegółowieniem – języka, aż do jednej wyjątkowo nośnej metafory czy wyjątkowo zabawnego obrazu, jak w w wielu miejscach poematu „Do utylizacji”:

Ale przecież są i Polski mniejsze, Polski,

do których obsługi wystarczy wykształcenie podstawowe

i prawo jazdy kategorii B, dwuśladowe, dwuosiowe Polski

do generalnego remontu, bo co, jeśli ten kraj

to skurwiały rudozielony polonez truck z przyczepką,

spęczniały od gruzu, błagający o eutanazję,

rudozielony polonez truck sunący z gracją osiedlowym chodnikiem,

ten niedogolony i niespełna rozumu kierowca

kopcący petko marki Viceroy, ta apoteoza mikroprzedsiębiorczości

z wąsem na gomułkowskiej dzielni?

Diagnozy Bąka są naraz (świadomie) rozbuchane językowo i szalenie oszczędne. Koncept nie jest więc nigdy łatwym rozwiązaniem, sposobem na wtłoczenie formalnej energii w wiersz, który nie ma wiele do powiedzenia – jest czymś organicznym dla wyobraźni autora. Bąk nie rezygnuje z językowego popisu, ale ostatecznie jego wiersze okazują się bardzo ekonomiczne (dwuznaczność zamierzona); to, co w pierwszej chwili wydawać może się czytelnikowi formalną zabawą, rozbudowanym dowcipem czy swobodnym językowym flow, po bliższym spojrzeniu, uważniejszej rozbiórce okazuje się – przeciwnie – miejscem szczególnej kondensacji tropów.

Tak jest na przykład w wypadku wiersza „Hymn”, będącego na pozór rozbudowanym, dwuwarstwowym żartem: pastiszem „Hymnu o miłości” Pawła z Tarsu oraz parodią niezliczonej grupy niespecjalnie udanych, wychodzących przeważnie spod pióra młodych autorów i autorek wierszy będących takimi właśnie pastiszami. Bąk obrabia więc naraz biblijny fragment i samą kliszę, podśmiewając się z tego, jak zgrany jest cały koncept:

Po części bowiem tylko zarabiamy

i po części wydajemy na głupoty.

Gdy zaś przyjdzie doskonały holding,

darowane zostaną wszelkie długi.



Gdy byłem przedsiębiorcą,

mówiłem jak przedsiębiorca,

czułem jak przedsiębiorca,

myślałem jak przedsiębiorca.



Kiedy zaś stałem się rentierem,

wyzbyłem się wszelkiej przedsiębiorczości.



Teraz widzimy jakby w prospekcie emisyjnym, jasno;

wtedy zaś ujrzymy rachunek zysków i strat.



Teraz skupuję po kawałku,

wtedy zaś będę w posiadaniu pakietów kontrolnych.



Tak więc trwają ziemia, praca, kapitał – te trzy:

największy z nich jednak jest kapitał.

Jest absurdalnie, jest zabawnie; i czytając pobieżnie łatwo posądzić Bąka o to, że słowa oryginału podmienił na pojęcia z neoliberalnego słownika nie według jakiegoś bardzo określonego klucza, tylko na podstawie ogólnej intuicji – operując nie na poziomie pojedynczych fraz, tylko całego wiersza (ogólnego językowego rejestru, ogólnego „wrażenia”).

Jednak nie jest to wiersz konceptualny w tym sensie, że kolejne wersy nie grają tylko roli „wypełniacza” pewnego formalnego projektu. Gdy spojrzymy, jakich dokładnie podmianek dokonał autor, odkryjemy kilka prowokacyjnych tez, kilka bardzo wyrazistych, domagających się dłuższego komentarza alegorii. „Przedsiębiorca” wchodzi na przykład w miejsce „dziecka” z tekstu Pawła, „rentier” to zaś „mąż dojrzały” – uznanie renty nie za swego rodzaju poboczny wątek czy aberrację systemu, ale jego punkt docelowy, świadectwo karykaturalnej dojrzałości kapitalizmu, samo w sobie jest mocną, antyreformistyczną, krytyczną tezą. W trójcy „ziemia, praca, kapitał” kapitał zajmuje oczywiście miejsce miłości (jakie to znaczące w kontekście całego tomu, ale też w postaci autonomicznej, od niechcenia jakby rzuconej uwagi – kapitał zajmuje miejsce miłości); natomiast znaczące wydaje się też to, że „ziemia” wchodzi w miejsce „wiary” (jaka wyrazista materialistyczna deklaracja zawarta w, dosłownie, jednym słowie!), „praca” zastępuje zaś „nadzieję” (co, w kontekście całego tomu, pozwala lepiej zlokalizować Bąka na mapie współczesnych lewicowych teorii, ale stanowi też wyraz pewnego przekonania na temat historycznego (in)determinizmu oraz tego, kto jest motorem sprawczym dziejów). „Prospekt emisyjny” jest zaś „zwierciadłem” z Pawłowego tekstu – tu znów otwiera się cały zestaw lekturowych tropów; wszystko jest przemyślane, nieoczywiste, wplecione w wątki zasadnicze dla książki.

***

Tyle jeszcze kwestii należałoby poruszyć, żeby choćby spróbować oddać sprawiedliwość książce Bąka. Powinniśmy przynajmniej wspomnieć na przykład o tym, w jaki sposób Bąk pisze o schizofrenii – umiejętnie odchodząc od mocno zakorzenionej w polskiej poezji (i skądinąd znakomitej, ale zgranej już cokolwiek) tradycji wpisywania chorób i zaburzeń psychicznych w konwencję słownej gorączki, językowego „rozszalenia”, obsesji powtórzeń etc. Bąk o schizofrenii pisze w sposób surrealnie rzeczowy:

Schizofrenia synchroniczna

Połączyłem kropki, których nie powinienem

i dostałem za to receptę na zolaxę,

której nie zrealizowałem, choć powinienem,

tylko dlatego, że nie było jej w aptece,

a bardzo ucieszyłaby mnie jej obecność.



Już wiesz.

Jeżeli coś się z tego urodziło,

nazywam to kolektywem schizofrenicznym

i właśnie o to mi w tym chodzi.

Czy byłaś kiedyś częścią kolektywu schizofrenicznego?

Powinniśmy powiedzieć jeszcze kilka słów o błyskotliwych, językowo oszczędnych, a zarazem zaskakująco wręcz głębokich polemikach z Szymborską (wiersz „Kot w wynajętym mieszkaniu”, w którym Bąk poddaje noblistkę swego rodzaju materialistycznej krytyce) i Miłoszem (cytowane już „Tyle radości w jednym zdaniu wstępu”). „Utylizacja. Pęta miast” stanowi, obok „Pamięci zewnętrznej” Radosława Jurczaka, najrzetelniejsze bodaj wyjaśnienie tego, dlaczego „polska szkoła poezji” nie stanowiła do niedawna ważnego punktu odniesienia dla młodych autorów – i dlaczego takim punktem może się jeszcze w pewnych sytuacjach stać.

Powinniśmy dalej powiedzieć o tym, jak umiejętnie Bąk wplata w książkę zdominowaną przez długie formy zdawkowe wierszowe miniatury, pozwalające zaczerpnąć oddech i wyregulować rytm lektury (tutaj należałoby zapewne wspomnieć o tym, że tom redagował Miłosz Biedrzycki – którego poczucie humoru wydaje się zresztą bardzo bliskie Bąkowi).

Następnie wypadałoby wyostrzyć różnice między „Utylizacją” a poprzednimi książkami Bąka, zwłaszcza „[beep] generation”. O ile bowiem nie mamy do czynienia z żadnym zerwaniem czy zwrotem – nowy tom to konsekwentne przedłużenie znanej już czytelnikom dykcji – o tyle znaczących przesunięć jest dużo: na początku wspomnieliśmy już o różnicy w podejściu do liczby mnogiej i wspólnoty, poza tym wypadałoby powiedzieć o drobnych, a ważnych zmianach w wyobraźni religijnej autora (nie chodzi tylko o wyraźniejszą obecność wątków apokaliptycznych, ale i o bardziej otwartą grę z konwencją proroczych napomnień) czy o samej metaforze utylizacji (kluczowej przecież, a wymagającej w zasadzie osobnego krytycznoliterackiego omówienia). Do tego zaś dochodzi kwestia zupełnie jawnych, a cokolwiek polemicznych odwołań do poprzedniej książki (Negocjacje zerwane jak film, / żadne „narysuj, jak się kochasz”, raczej – zaprezentuj, / jak mokniesz, jak się dajesz nadgryźć jesieni)…

Należałoby też wytłumaczyć wspomnianą już nieobecność człowieka-pizdy, bohatera książki poprzedniej. Jak głosi środowiskowa anegdota, podczas związanego z „[beep] generation” wieczoru autorskiego w Poznaniu prowadzący je Piotr Śliwiński dokonał aktu radykalnej autocenzury, podmieniając we własnych wypowiedziach człowieka-pizdę na „człowieka P”. Twórczość starszego poznańskiego krytyka nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, czy zabieg ten był przejawem sceptycznego dystansu zachowywanego przez mówcę wobec figury człowieka-pizdy, czy, przeciwnie, wyrazem głębokiego z nią utożsamienia. Zostawmy tę kwestię; ważniejsze wydaje się, że, przyjmując perspektywę nieświadomie sugerowaną przez Śliwińskiego – człowiek-pizda jako coś nawet dziś niestosownego, brzydkiego, drażniącego – łatwo byłoby założyć, że nieobecność „człowieka P” w nowej książce Bąka stanowi wyraz odejścia od prowokacji, swego rodzaju łagodnienia. Jest jednak przecież przeciwnie – „Utylizacja. Pęta miast”, mimo braku drażniących Śliwińskiego pizd, jest książką ostrzejszą w krytyce i brutalniejszą w satyrze niż „[beep] generation”.

Więcej miejsca powinniśmy poświęcić też temu, jak dobrze ułożona jest książka Bąka; w jaki sposób, mimo oczywistości pewnych zabiegów kompozycyjnych (wraz z postępem lektury akcent przesuwa się z erotyków na bardziej otwarte zaangażowanie) cały tom ostatecznie nie daje ostatecznie łatwo podzielić się na „rozdziały”. Wiersze Bąka jak zwykle „bronią się” czytane pojedynczo i autonomicznie – ale „Utylizacja” bardziej jeszcze przekonująco niż „[beep] generation” dowodzi konieczności całościowej lektury.

Wreszcie powinniśmy w kilku chociaż słowach powiedzieć o tych istotnych dla Bąka inspiracjach, których nie wymieniliśmy wcześniej – oprócz Ginsberga i Sosnowskiego, oprócz prowadzonego od debiutanckiej „Kanady” dialogu ze Szczepanem Kopytem, nad „Utylizacją” unosi się bardzo wyraźnie duch Tuwima: wspierający Bąka językową brawurą, uporem w śledzeniu przejawów polskich kompleksów i wybujałych ambicji, a także – może przede wszystkim – etosem intelektualisty gruntownie i regularnie atakującego intelektualistów z zupełnie nieantyintelektualnych pozycji; chodziłoby o specyficzny post-inteligencki populizm („Gdybym mówił językami menedżerów i księgowych, / a kapitału bym nie miał, / stałbym się jak tygodnik „Przekrój”; „Możesz zebrać cytaty ze wszystkich książek, / których nie przeczytałeś w zeszłym roku, / i napisać artykuł o / reprodukcji biedy w lifestyle’owych magazynach, / w których ludzie, którzy być może coś osiągnęli, / piszą do ludzi, którzy być może chcieliby coś osiągnąć”).

Nawet bardzo długa recenzja pozostawi wiele z tych kluczowych wątków jeśli nie w stanie zupełnie nienaruszonym, to przynajmniej w pewnym frustrującym niedomknięciu. Jak powiedzieliśmy na początku: „Utylizacja” to książka olbrzymia. Inwencyjna, błyskotliwa, brawurowa, cięta, prowokacyjna, politycznie radykalna, poruszająca, pełna pasji i zarazem podbudowana niezwykłym rodzajem czułości. To książka, jeśli takich określeń wypada w ogóle dziś używać, arcydzielna. I chociaż stanowi dopiero trzeci tom w dorobku Bąka, przynajmniej niżej podpisany czuje, że może pozwolić sobie na postawienie następującej tezy: „Utylizacja. Pęta miast” to książka równie dobra, co najlepsze książki poetyckie napisane w języku polskim – po prostu, bez żadnych dodatkowych caveatów i obostrzeń.
Tomasz Bąk: „Utylizacja. Pęta miast”. Wielkopolska Biblioteka Poezji i Centrum Animacji Kulturalnej. Poznań 2018.