Wydanie bieżące

15 lipca 14 (350) / 2018

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

CIĄGLE TE SAME HISTORIE (ZIEMOWIT SZCZEREK: 'SIWY DYM')

A A A
Polska jest naszym zawodem – mawia pewien profesor polonistyki, wykorzystując uroczą dwuznaczność tego powiedzonka. Polska jest zawodem nie tylko polonistów, ale przede wszystkim pisarzy polskich, którzy obrabiają ojczyznę jak ojcowiznę. I teraz mamy plon, a jakże, obfity, co zauważyły Justyna Sobolewska („Trudno być satyrykiem”, „Polityka” 2018, nr 3163) i Monika Ochędowska („Polska na skraju niżu”, „Dwutygodnik” 2018, nr 239). Nie będę tu powtarzać ich rozpoznań – dość zauważyć, że Polska widziana przez pryzmat nowości prozatorskich tego sezonu jest miejscem szczególnym, gdzie nigdy nie było i nie będzie „normalnie”, cokolwiek to znaczy, a Polacy są głównie zajęci nienawidzeniem się nawzajem z rozmaitych powodów. Ziemowit Szczerek wpisuje się w tę tendencję powieścią „Siwy dym albo Pięć Cywilizowanych Plemion”, antyutopią z niedalekiej przyszłości, której fabuła rozgrywa się około połowy XXI wieku, gdy w Europie przewrócił się znany porządek i tylko jedno pozostało niezmienne – w części środkowo-wschodniej znów nie wiadomo, dlaczego wszyscy postanowili się powyrzynać.

Głównym bohaterem i narratorem „Siwego dymu...” jest Marcin Szreniawa, dziennikarz wojenny i reporter, z pochodzenia Polak, obywatel Nowej Europy urodzony w Dogerlandzie, położonym gdzieś blisko Niemiec. Szreniawa pracuje dla neuropskich mediów i pisze głównie o Europie Środkowo-Wschodniej, w której po upadku Unii Europejskiej i rozpadzie Rosji jest niezłe zamieszanie. Niezłe zamieszanie to właściwie eufemizm: Europa jest w prawdziwej rozpierdusze. Ukraińcy zrzucili bomby na Moskwę i Petersburg, przez co Federacja Rosyjska rozpadła się na rozmaite państewka, księstwa, diaczestwa i stronnictwa, które jednoczą się wyłącznie w celu odwetu na Ukrainie. Kraje bałtyckie zalewa fala uchodźców z Rosji. Polska rozpadła się na kilka bytów politycznych: Małopolską ze stolicą w Krakowie rządzi Pagłada, naczelnica i zwyciężczyni wojny, w sojuszu z Masławem Brodaczem, który rządzi Mazowszem ze stolicą w Warszawie. Pomorze, Wielkopolska, Dolny i Górny Śląsk tworzą własne państwa z nadzieją na włączenie ich do Neuropy. W państwie Pagłady i Brodacza bezustannie działają rozmaite grupy separatystów, buntowników i terrorystów. Węgrzy idą po swoje, atakując wszystkie ościenne państwa i próbując wskrzesić Wielkie Węgry, co skutkuje nieustanną ruchawką na granicach i walkami polegającymi na naprzemiennym zdobywaniu i przeganianiu się z miast przez węgierskie wojsko i lokalną partyzantkę oraz zupełnie losowych zabójstwach cywilów wszelkich narodowości. Po swoje idą także Serbowie, walki wybuchają w Kosowie. Nad wszystkim krąży tajemniczy siwy dym – zjawisko paranormalne w formie gęstej mgły, która przesuwa się wzdłuż i wszerz Europy Środkowo-Wschodniej. Siwy dym zaburza funkcjonowanie elektroniki, zmienia topografię, jest odpowiedzialny za rozmaite nadnaturalne zjawiska w okolicach jego występowania. Wewnątrz dymu są jacyś ONI, nie wiadomo za bardzo, czego chcą, trudno się z nimi skontaktować, krążą o nich legendy, powstają tajemnicze kulty związane z dymem, przyjmujące za swój symbol poroże. Siwym dymem nie rządzą żadne możliwe do zaobserwowania prawa, za każdym razem zachowuje się nieco inaczej, nic nie jest pewne i w zasadzie nie ma reguł. W tym wszystkim próbują odnaleźć się nie tylko obywatele poszczególnych państw, ale także szczególna grupa turystów z Zachodu, slawskłacze, maniacy i miłośnicy słowiańszczyzny, głównie wyobrażonej, pielgrzymujący po krajach siwego dymu.

Marcin Szreniawa nie tylko relacjonuje konflikty zbrojne w Europie, ale sam także chętnie włącza się w akcje terrorystyczne, należy do tajnej organizacji i z pasją wysadza budynki, pomniki, przeprowadza zamachy bombowe na elitę nowej Polski (właściwie: jednej z nowych Polsk). Trudno streścić fabułę, która ma charakter fasadowy: Szreniawa przemieszcza się z miejsca na miejsce głównie po to, aby dostarczyć krwistych opisów, które w książce Szczerka wypadają najlepiej. Świetny jest opis popijawy z serbskimi narodziarzami w belgradzkim barze, gdzie wszyscy przysięgają na wierność serbskiej fladze i zwracają się do siebie per „ibarski wilku”. W opisach lokalnych konfliktów widać najwięcej pasji, poczucia humoru i lekkości stylu, jak w historyjce o dwóch zwalczających się grupach sprzedawców muzułmańskiej konfekcji damskiej w Nowym Pazarze. Wulgaryzmy nadają rytm całości (przy czym, powiedzmy sobie szczerze, czy da się pisać o słowiańszczyźnie bez wulgaryzmów?). Do udanych eksperymentów stylistyczno-językowych należy też zaliczyć slawskłaczy, szwoli i neoszlachtę stanowiących elitę kraju Pagłady, a scena odwiedzin w dworku u neoszlachty wypada doskonale, Ziemowit Szczerek – trzeba przyznać – ma niezły słuch językowy (który do tej pory był stałym elementem pochwał pod adresem Doroty Masłowskiej): „– Alanie, jakie łanie? – próbowała cicho protestować skonsternowana małżonka, ale pana Alana już niosło mocno. – Cichej, kobieto, bo wyjebe, ej. Więc my na szpryngle i za niemi! A wtedy spod ziemi wychodzi jenerał Jan...” (s. 286), „Panowie szwoleżerowie Łysy, Kosa i Seba rozgonili dzieciska, powyzywali dorosłych od chamów, pozabierali im sygnety z holoekranami, rzucili je na ziem i obcasy podeptali swemi, a na do widzenia po gębach dali. Szczególne wrażenie robił pan Seba, który biegał na elastycznych protezach i skakał wokół ofiar jak pasikonik w zielonej rogatywce” (s. 287). Interesujące są też dwie wizje Polski realizowane w Małopolsce Pagłady i Mazowszu Brodacza. Małopolska Pagłady stawia na gotyk bałtycko-wiślany i rzymskie korzenie cywilizacji polskiej, przez co buduje jak popadnie pseudomarmury i olbrzymie pomniki mężów opatrznościowych w stylizacji neoklasycystycznej (Piłsudski z wilczym łbem na głowie ujeżdżający smoka, Wałęsa „w todze i sandałach, z gladiusem”, „jakaś hybryda dziwna, dwugłowy Rzymianin, potężny, gruboudy, grubołydy, o brzuchu masywnym, dwie głowy identyczne, tylko że jedna miała narośl obok nosa, a druga nie miała”, s. 99), a także archaizuje język („Dzień odbicia Warszawy [...] przez połączone wojska generała Brodacza i marszałkini Pagłady, prymy na dwóch kapuciech patryi [przynajmniej teoretycznie], naczelnicy serenissymej Rzeczpospolitej Rzymskiej y yey urządzeń, spadkobierczyni Rzeczpospolitej Rzymskiej y yey urządzeń, kaputa eklezji Polskiego Kościoła Rzymskiego, pani na ziemiach kontrolowanych i niekontrolowanych, aspiratrycy na potestas do orbis terrarum romanum, czy tam postromanum, etc., etc.”, s. 6). Spod opisów Krakowa pod panowaniem Pagłady wyziera współczesne Skopje ze swoją grecko-antyczną manią stylizacyjną i pomnikową obsesją. Z kolei Mazowsze Brodacza realizuje inny wariant polskości: przaśno-siermiężno-pszenno-buraczany, słowiański i pogański. Brodacz jest więc żercą, wszystkie budynki obija drewnem, stawia kiczowate chramy, strojami codziennymi i formalnymi są lniane koszule, siermięgi i łapcie z łyka. Niestety, mimo pomysłowości autora, groteskowość nowych wariantów Polski wypada raczej przyciężkawo. Być może dlatego, że nie wydają się aż tak nieprawdopodobne i zabrakło poczucia humoru, które towarzyszy opisom nowych Bałkanów, przez co Polska Pagłady i Brodacza jawi się raczej jako niewesoła konieczność, a nie groteskowe przerysowanie widocznych już dziś tendencji, a tym samym traci swój satyryczny potencjał.

„Siwy dym...” składa się raczej z pojedynczych obrazków, quasi-reportaży z Europy przyszłości, aniżeli stanowi spójną fabułę. Szreniawa miota się po Polskach i Europie głównie po to, aby wybuchy i mordy można przedstawić w różnych sceneriach. Poszczególnych obrazków nie łączy ze sobą żaden porządek logiczny ani układ wynikania – fabuła swoją konstrukcją oddaje totalne rozpieprzenie regionu, jaki opisuje. Nadzieja na wyrwanie się z tej matni raczej nie istnieje – ruchy antyrządowe są w stanie przeprowadzić widowiskowe akcje terrorystyczne (podłożenie bomb na Jasnej Górze i wysadzenie świebodzińskiego parku Jezusów), ale raczej nie będą w stanie przejąć władzy. Poza tym cała środkowa i wschodnia część Europy zmaga się z własną tożsamością narodową i etniczną, a jedynym wyjściem jest zostać miłościwie zarżniętym, bo ileż można się męczyć... Podobnie jest z lekturą „Siwego dymu...”: mimo kilku niezłych scen i zgrabnych stylistycznie fragmentów całość robi wrażenie dość męczące.

Problem może polegać na tym, że opowiadamy sobie ciągle te same historie i mocujemy się z podobnymi fantazmatami. I i II Rzeczpospolita tkwią w naszym imaginarium w wariancie sarmackim, przepuszczonym przez Sienkiewicza, i w wariancie „złotego wieku” międzywojnia, które stało się w wyobraźni zbiorowej doskonałą wersją Polski. Stylizacje językowe z „Siwego dymu...” pobrzmiewają nieco „Trans-Atlantykiem” i „Ferdydurke”, walki na tle narodowościowym z kolei przypominają „W leju po bombie” Andrzeja Sapkowskiego (choć u Szczerka skala jest większa – zarówno gatunkowo, jak i topograficznie). Opowiadanie Sapkowskiego z początku lat 90. wcale się nie zdezaktualizowało, choć mogłoby. Ponowny szał zmieniania nazw ulic i budynków użyteczności publicznej, ksenofobia i wojna domowa, kościelna nowomowa i jej dominacja w sferze publicznej, nacjonalizmy i totalny bajzel organizacyjny były elementami political fiction bez mała dwadzieścia lat temu, są i dziś. Sapkowski w latach 90. zachowywał sporo zdrowego humoru, Szczerkowi obecnie coraz mniej do śmiechu, choć się stara. Stale powraca nam to samo polskie narodowe imaginarium, z którym nie bardzo wiadomo, co począć – i stąd zmęczenie, które odbija się i na „Siwym dymie...”, i na jego lekturze. Polskość i Polska odbijają nam się czkawką, ale pozbyć się jej ani nie umiemy, ani nie chcemy. W opowieści Szczerka zostają kwasowe – i nie tylko – tripy, wysadzanie, czego popadnie, przemoc, okrucieństwo i okropne zjazdy. Groteska poszła się urżnąć i od wczoraj ma zgona.
Ziemowit Szczerek: „Siwy dym albo Pięć Cywilizowanych Plemion”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2018.