Wydanie bieżące

15 lipca 14 (350) / 2018

Wojciech Rusinek,

JĄDRO POLSKIEJ CIEMNOŚCI (MIRA MARCINÓW: 'HISTORIA POLSKIEGO SZALEŃSTWA')

A A A
Książka „Historia polskiego szaleństwa” Miry Marcinów jest chyba jednym z najdziwniejszych przedsięwzięć naukowych, z jakimi zetknąłem się w ostatnim czasie. Dość powiedzieć, że ilekroć próbowałem ułożyć w myślach pierwsze zdanie opisujące tę publikację, zatrzymywał mnie dobór właściwych słów mających ją precyzyjne scharakteryzować. Stawiam więc w pierwszym zdaniu tego omówienia słowo „książka”, ono wydaje mi się najbardziej neutralne, jednak już użycie przymiotnika sugerującego jej naukowość przychodzi mi z trudem. Ale dziwaczność, nieoczywistość, a nawet – jak zobaczymy poniżej – niedoskonałość propozycji Marcinów czynią z lektury „Historii polskiego szaleństwa” doświadczenie wyjątkowo inspirujące i poruszające emocjonalnie, stawiają odbiorcę w nieoczywistej pozycji zarazem badacza i miłośnika beletrystyki, zdystansowanego scjentysty i czytelnika niemal romantycznego. Tym ciekawsza jest ta publikacja, im mniej oczywista.

Jak więc czytać to wielkie (duży format stron w twardej oprawie), liczące pięćset stron dzieło? Na początku dowiadujemy się, że książka Marcinów jest zaledwie pierwszym tomem większej całości, a „Słońce wśród czarnego nieba”, czyli omawiana tu część planowanej trylogii, została opatrzona jeszcze jednym podtytułem „Studium melancholii”. Wybór melancholii jako pierwszego z obszarów „polskiego szaleństwa” autorka tłumaczy w „Prologu” „wszechobecnością melancholika w wyobraźni dziewiętnastowiecznych Polaków” (s. 6), z czym trudno się nie zgodzić. Stan ów jest jednak dla Marcinów nie tylko interesujący sam dla siebie, ale ma być punktem wyjścia do refleksji nad przemianami dziewiętnastowiecznej psychiatrii polskiej, które przebiegają w kierunku „bezprecedensowej medykalizacji” (s. 5), czyli – najprościej – unaukowienia dyskursu dotyczącego szaleństwa. Autorka wyznaczyła sobie zatem bardzo ambitny cel, a kolejne tomy – poświęcone histerii i psychozie, mają wspólnie stworzyć panoramę polskiego obłędu i polskich narracji o obłędzie. To kolejny ważny sygnał nieoczywistości tej publikacji – badaczka próbuje podążać jednocześnie w dwóch kierunkach, opisując zjawisko melancholii samo w sobie i kształt języka polskiej nauki XIX wieku. Natomiast fakt, że mamy do czynienia na razie tylko z pierwszym tomem, rzeczywiście da się zauważyć w strukturze „Historii polskiego szaleństwa”. Jest tu wyczuwalne jakieś niewykończenie, otwarcie na kolejne odczytania, mimo barokowego przepełnienia faktami, nazwiskami i teoriami mnóstwo kwestii nie zostaje dopowiedzianych, dostrzec można wyraźne luki narracyjne i niepotrzebne powtórzenia (do czego wrócę za chwilę). Autorka w jednym z miejsc odwołuje się do – jakby inaczej i całkiem zasadnie – Roberta Burtona i jego koncepcji totalnego, nigdy nieukończonego dzieła melancholijnego, i rzeczywiście „Historia polskiego szaleństwa” spełnia z tego punktu widzenia kryteria sylwicznej, rozchodzącej się w wielu kierunkach narracji pisanej czarną żółcią. Ale nie wiem, czy w takim razie może jej przysługiwać status rozprawy naukowej.

Na czym polega problem z „naukowością” książki Marcinów? Z jednej strony na okładce znajdujemy biogram autorki dowodzący jej akademickich kompetencji (doktor psychologii pracująca w Polskiej Akademii Nauk, wykładowczyni Uniwersytetu Jagiellońskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej), w stopce wydawniczej informację o recenzentach i wsparciu finansowym Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – najpewniej tom będzie dla autorki ważnym krokiem w budzącej podziw karierze akademickiej. Z drugiej strony kompozycja dzieła i sposób prowadzenia narracji o melancholii nieustannie wymykają się w „Historii polskiego szaleństwa” z ram przyjętego w polskiej nauce stylu. Miejscami znajdujemy tu zaskakujące zdania będące ukłonem w stronę tradycyjnego, niemal niedzisiejszego pisarstwa naukowego („Zgodnie bowiem z zadaniem stawianym analizom w nurcie historii myśli psychologicznej ich celem jest zapewnienie spójnego kontekstu specjalistycznym działom współczesnej psychopatologii” [s. 22-23]), miejscami jednak – styl dryfuje w kierunku eseju literackiego (na przykład wtedy, gdy autorka dokonuje psychoanalizy polskiej mentalności, jak w wypowiedzeniu „Historia melancholii – wszechobecna literatura naszej kondycji” [s. 59]), a nawet tekstów zaangażowanych ideowo (gdy Marcinów snuje refleksję inspirowaną tzw. antypsychiatrią i myślą Foucaulta). Oryginalne jest także umieszczenie książki na styku różnych dyscyplin naukowych. Marcinów już we wstępie czyni wyznanie, że „ta opowieść zainteresuje raczej literaturoznawców czy artystów – którzy potraktują ją jako katalog dyskursywnych ekscentryczności – niż psychologów i psychiatrów” (s. 6). Spostrzeżenie autorki jest bardzo trafne, bo też najciekawsze, najżywsze fragmenty „Historii polskiego szaleństwa” to te, w których autorka próbuje zrozumieć osobowość dotkniętych chorobą psychiczną albo odsłonić społeczne i ideologiczne uwarunkowania teorii psychiatrycznych. Partie te wyraźnie kontrastują z, uparcie stosowanymi, schematycznymi, formalnymi podsumowaniami kolejnych rozdziałów, w których pojawiają się nawet… tabele statystyczne (mówiąc wprost: rekapitulacja rozdziału w formie tabeli wydaje mi się niepotrzebnym, bo niewnoszącym wiele do rozpoznań ukłonem w kierunku wymagań akademickich).

I w końcu najważniejsza kwestia: kompozycja, ona właśnie sprawia, że nie do końca wiem, jak nazwać „Historię polskiego szaleństwa”. Marcinów zaznacza we wstępie, że każdą z części składających się na tę rozprawę można czytać niezależnie. I tak na początku otrzymujemy rozdział metodologiczny ukryty pod intrygującym tytułem „Homo psychologicus i polski statek szaleńców”. Najkrócej można by te fragmenty książki określić mianem „stanu badań” i zastanawiam się, czy rzeczywiście obecność tych dość nużących akapitów nie była motywowana właśnie formalnymi wymaganiami rozprawy naukowej. Pozwalam sobie na złośliwość, ale ośmiela mnie do tego sama autorka, która w „Prologu” radzi, by osoby niezainteresowane metodologią jej pracy od razu przeskoczyły w lekturze „do części drugiej, co najwyżej zatrzymując się przy dwóch ostatnich podrozdziałach” (s. 6). Właściwą pracą jest zatem tytułowe „Studium melancholii”, w którym autorka przybliża pokrótce historię teorii spleenu od starożytności do XIX wieku i przechodzi następnie do dokładnej analizy polskich artykułów i rozpraw psychiatrycznych z tego stulecia, rozpoznając, co, jak i w jakich kierunkach myślano wówczas o melancholii. Przy okazji chciałbym wskazać na kolejną z wad konstrukcyjnych – ostatnie rozdziały części pierwszej i początek części drugiej w zasadzie powinny zostać połączone. Skoro bowiem Marcinów zajmuje się w owych fragmentach tymi samymi kwestiami, czyli historią wyobrażeń dotyczących melancholii, nie do końca zatem zasadne wydaje mi się rozdzielanie tych kwestii na dwie – niezależne, jak zaznaczono we wstępie – części. W owym przeglądzie historycznym zawarła autorka szereg interesujących faktów z dziejów opieki nad osobami niedomagającymi psychicznie, możemy dowiedzieć się chociażby tego, że pierwszy państwowy nakaz opieki nad chorymi i niezdolnymi do pracy wydano w Polsce w 1496 roku, zaś pierwszy ośrodek dla obłąkanych został otwarty w 1534 roku w Krakowie. Po „Epilogu” studium rozpoczyna się nie mniej fascynująca część „Historii polskiego szaleństwa”: antologia dziewiętnastowiecznych (z jednym wyjątkiem) tekstów o szaleństwie. Rozmiar tej antologii – dokładnie połowa książki Marcinów – każe zapytać, co w „Historii polskiego szaleństwa” jest tekstem głównym, czy powinniśmy zatem mówić o książce jako o „rozprawie”, czy raczej jako „antologii”. Rozdział źródłowy w tym pierwszym gatunku nie mógłby być tak rozbudowany, gdyby chcieć jednak nazwać „Historię…” antologią – zbyt rozbudowany pozostaje „wstęp”. Marcinów w jednym tomie zmieściła zatem dwa różne dzieła! Żeby tego było mało, zamyka książkę bardzo bogaty, w zasadzie również samodzielny, czterdziestostronicowy wybór materiałów ikonicznych: zdjęć, obrazów, grafik poświęconych chorobom psychicznym.

To z kolei najpiękniejsza w znaczeniu estetycznym (kredowy papier, żywe barwy), a jednocześnie najbardziej zagadkowa część „Historii polskiego szaleństwa”. Potwierdza ona, że badając XIX-wieczną refleksję o chorobach duszy, nie sposób ograniczyć się jedynie do historii medycyny, że – jak wielokrotnie podkreśla Marcinów – to właśnie literatura i sztuka stanowią kluczowe artykulacje doświadczeń melancholii czy szaleństwa. Problem, czy może raczej wyzwanie, w tym, że wiele z tych zdjęć i obrazów nie zostaje opisanych, a nawet przywołanych w części autorskiej, brak też rekonstrukcji kontekstu ich powstawania. Jak łączyć je z refleksją badaczki? W tym momencie „Historia polskiego szaleństwa” ostatecznie wychodzi poza ramy naukowości – jako odbiorcy mający za sobą już i lekturę studium melancholii, i oryginalnych artykułów XIX-wiecznych lekarzy, stajemy (dosłownie!) twarzą w twarz ze zdjęciami pacjentów dawnych szpitali psychiatrycznych, obrazami Boscha, Muncha czy Helene Schjerfbeck (fińskiej malarki pokazującej siebie jako melancholiczkę), litografiami pokazującymi metody leczenia szaleńców. Wyzwanie, przed jakim stawia nas Marcinów, polega na tym, że materiały te nie zostały w czytelny sposób uporządkowane, ani chronologicznie, ani tematycznie. Przejmujące, piękne twarze melancholiczek na zdjęciach sąsiadują z obliczami chorych na poważne schorzenia pacjentów, wykrzywionymi w makabrycznym grymasie. Ogłoszenia dawnych leków na nerwicę – ze zdjęciami dzieci z ukrytą mamą-duchem czy innymi fotograficznymi kuriozami. Litografia Norwida i figurka Chrystusa Frasobliwego – z wizerunkami kobiet otumanionych w palarniach opium. Skoro brakuje komentarza, sami musimy stworzyć narrację łączącą przedrukowane przez Marcinów dzieła, tym samym – włączyć interpretację, ale i empatyczne wczuwanie się w los pacjentów oraz zachwyt estetyczny. Czyli stajemy przed koniecznością lektury artystycznej. Co ciekawe, pozostawienie dzieł malarstwa i fotografii bez komentarza sprawia, że silniej odczuwa się tajemnicę, niewysławialność bólu, tragedię ludzi dotkniętych chorobami psychicznymi. Zwłaszcza jeśli w pamięci mamy przeczytane kilka chwil wcześniej XIX-wieczne relacje z badania i leczenia osób chorujących, relacje zaskakujące często swoją bezdusznością i słabo skrywaną, choć pewnie dopiero dziś dostrzeganą przemocą. Paradoksalnie, właśnie ta „niema”, ostatnia część „Historii polskiego szaleństwa” mówi o chorobach psychicznych i wywołanym przez nie cierpieniu więcej i empatyczniej niż dyskursywny wgląd w rozprawy psychiatrów.

Chciałbym jednak podkreślić: luźny związek tej części z właściwą „rozprawą” jest zaletą, a nie wadą omawianej książki. Nieco inaczej rzecz ma się ze wspomnianą antologią tekstów. Znajdujemy tu pewną usterkę kompozycyjną, którą trudno obronić. Otóż teksty psychiatrów zostały pogrupowane przez autorkę w rozdziałach wskazujących na ogólniejsze tematy. Niestety podział ten jest bardzo niekonsekwentny. Trudno zrozumieć, dlaczego tekst Ludwika Perzyny „O wadzie zdawania się” z 1793 roku zostaje umieszczony na końcu antologii, skoro – jak pisze Marcinów – otwiera on w Polsce historię medycznego, naukowego podejścia do chorób psychicznych. Kolejna sprawa – wyeksponowanie w pierwszych tekstach antologii problemu histerii wskazuje nieco mylnie, że to ona, a nie melancholia jest głównym przedmiotem refleksji w omawianym tomie. Pewnie, przeprowadzona tu „archeologia językowa” uświadamia, że pod pojęciem melancholii w XIX wieku zgrupowano pełne spektrum chorób, które dziś wyraźnie oddzielamy, wskazując nawet ich odmienną etiologię, ale tak czytelne wyeksponowanie kwestii histerii może być mylące. Jeszcze większą nieścisłość znajdujemy w rozdziale „Końska kobieca seksualność”, w którym tylko pierwszy tekst dotyczy kobiet, dwa kolejne zaś – wyraźnie skupiają się na mężczyznach i odmienności męskiego przeżywania histerii. Podobnie w części „Oziębłość” jeden esej dotyczy tytułowej kategorii (tekst z początku XIX wieku, uroczy, staromodnie sentymentalny), drugi zaś – różnych odmian homoseksualizmu. Całe szczęście jednak te wady koncepcyjne nie przeszkadzają w lekturze samych fascynujących tekstów, które badaczka znalazła i wywołała dla nas z przeszłości. Niektóre z nich, pisane z narracyjną swadą, można by zresztą uznać za najczystszą literaturę piękną. Jeśli zatem dzielę się moimi wątpliwościami dotyczącymi kompozycji czy naukowego statusu „Historii polskiego szaleństwa”, to nie dlatego, by zbudować negatywną ocenę książki, lecz przeciwnie – by podkreślić, że wewnętrzne pęknięcia przedsięwzięcia Marcinów uratowały monotonnie zapowiadającą się „archeologię pojęć medycznych” i stworzyły finalnie całość porażającą rozmachem i rozległością kontekstów.

Marcinów rzeczywiście pomyślała książkę jako bardzo szerokie i dogłębne przybliżenie problematyki melancholii polskiej w XIX-wiecznej medycynie i literaturze, co utrudnia oczywiście przedstawienie w nawet obszernym omówieniu wszystkich najważniejszych, podejmowanych przez autorkę kwestii. Nie ma też potrzeby przypominania tego, co już wiemy o melancholii z dzieł innych badaczy i eseistów, z bardzo bogatej literatury przedmiotu, które to fakty Marcinów oczywiście skrupulatnie przytacza (np. w partiach poświęconych historii wyobrażeń i wizerunków melancholików). Ograniczę się zatem do wskazania zaledwie kilku intrygujących rozpoznań z „Historii polskiego szaleństwa”, zarówno tych sformułowanych wprost przez autorkę, ale i tych, które podsunęła nam poprzez wybór i zestawienie źródeł.

Badaczce udało się przede wszystkim przekonująco pokazać, że XIX wiek był kluczowy dla ukształtowania się i ugruntowania nowego, scjentystycznego rozumienia choroby psychicznej i porzucenia dawniejszych, religijnych bądź humoralnych koncepcji melancholii. W wydobytych z archiwum medycyny tekstach widoczne jest poszukiwanie fizjologicznych i społecznych podstaw zaburzeń psychicznych (np. poprzez kwestionowanie antycznej teorii o powiązaniu histerii z chorobami macicy). „Ustanawianie melancholii” nie przebiegało jednak w XIX stuleciu wyłącznie w kierunku pozytywistycznego unaukowienia dyskursu. Może nawet ciekawsze, bo mniej oczywiste, są kwestie terminologiczne: dowiadujemy się z „Historii polskiego szaleństwa”, że słowo „melancholia” rozumiano bardzo szeroko, przywoływano je na oznaczenie w zasadzie wszystkich zaburzeń emocjonalnych, od klasycznego smutku, który dziś łączylibyśmy z depresją, przez zaburzenia nerwicowe (histerie kobieca, męska, a nawet zwierzęca), po zaburzenia świadomości, omamy i opętania, wskazujące raczej na zespoły schizofreniczne. Przykuć uwagę mogą przybliżane przez Marcinów kolejne pomysły terminologiczne – poznajemy w „Historii polskiego szaleństwa” słowa takie jak smutnodur, domarad, ponurowatość… Autorka wskazuje również, że w XIX wieku rozwijają się dwie równoległe koncepcje melancholii – romantyczna, która zdaje się węższa i zgodna z tym, co do dziś skłonni byśmy byli uważać za ów stan (ma ona przy tym uwznioślający charakter, korzysta z arystotelejskiego powiązania melancholii i geniuszu), i medyczna – próbująca objąć swoim zasięgiem całość trudnych doświadczeń psychicznych człowieka, znaleźć źródło pochodzenia i dopiero na tej postawie dokonać szczegółowych klasyfikacji patologii emocjonalnych. Tym samym XIX wiek staje się w książce autorki wielką granicą, po przekroczeniu której zaczęliśmy w Polsce zupełnie inaczej myśleć o człowieku, jego ciele i życiu wewnętrznym. Ta zmiana widoczna jest szczególnie, gdy czytamy teksty psychiatrów z przełomu wieku XIX i XX – brzmią już bardzo współcześnie.

Drugi obszar problemowy, na który warto zwrócić uwagę, dotyczy społecznego tła chorób psychicznych. Marcinów konsekwentnie powiązała spostrzeżenia ze wstępnych rozdziałów książki, dotyczące „konstruowania” chorób psychicznych jako narzędzi stygmatyzacji społecznej, z dobranymi w części antologijnej artykułami. Wśród przywołanych przypadków chorych na różne odmiany melancholii szczególnie zwracają uwagę opowieści o cierpiących kobietach. Znajdziemy tu liczne historie dzieciobójczyń, spisane w postaci raportów sądowo-medycznych, które pokazują w sposób bardzo kompleksowy stosunki panujące w społeczeństwie polskim w czasie zaborów. Swoją drogą dziś raczej rzadko łączylibyśmy melancholię z kryminalistyką, tymczasem dziewiętnastowieczne imaginarium dość konsekwentnie wiąże ten stan z przestępczymi naruszeniami prawa i norm obyczajowych. Wróćmy jednak do kobiet. Dość powiedzieć, że wszystkie morderczynie łączy fatalna sytuacja majątkowa (najczęściej są to chłopki-służące) i rodzinna (odrzucane przez bliskich panny z nieślubnymi dziećmi), a finalnie po prostu wyrzucenie poza margines. Co ciekawe, opisujący ich przypadki lekarze wskazywali bardzo mocno na okoliczności łagodzące czyn i apelowali o uniewinnienie, nie jest jednak tak, że z cytowanych tekstów wyłania się obraz światłych, pozytywistycznych medyków stających w kontrze do wyznającego zabobony i prostackiego ludu. Systemową przemoc wobec kobiet widać niemal w każdym tekście – trudno na przykład zrozumieć, dlaczego badanie chorujących kobiet musiało zawsze prowadzić do dokładnej obdukcji narządów rodnych, co było skrupulatnie w tych artykułach zapisywane. Czy to ślad przesądów dotyczących kobiecej histerii obecnych mimo pozornego odrzucenia przez lekarzy XIX wieku dawnych idei? Marcinów zauważa, że melancholia męska była często uwznioślana (topos melancholika-geniusza), kobiecą niemal zawsze łączono z zepsuciem moralnym. Wśród tych narracji najbardziej przejmująca jest chyba obszernie opisana w 1870 roku przez Leona Blumenstoka historia siostry zakonnej Barbary Ubrykówny, która – chorując napadowo na ataki nerwicowe spowodowane rzekomo przez nadmierny popęd płciowy – spędziła dziesiątki lat w zamkniętej, ciemnej celi, pogrążając się w coraz większym obłędzie. Tekst ma niemal literacki, narracyjny charakter, ale jego siła tkwi oczywiście w tym, że wpędzenie kobiety w głęboką chorobę odbyło się naprawdę… W istocie trudno byłoby wymyślić sugestywniejszą, fikcjonalną opowieść o upokorzeniu, samotności i życiu zmarnowanym przez społeczne uprzedzenia i przemoc psychiczną. Omawiany aspekt „Historii polskiego szaleństwa” każe zastanowić się nad tym, czy choroba – niezależnie od prawdziwego i jak najbardziej obiektywnego bólu pacjenta – nie bywa także metodą patologizowania niechcianych społecznie zachowań.

I ostatnia kwestia: ramą problemową uczyniła badaczka założenie, że melancholia w jej rozmaitych odmianach jest kluczem do odczytania całej mentalności polskiej XIX, a nawet XX wieku. Marcinów dochodzi nawet do wniosku, że z powodu okoliczności politycznych zaduma stała się trwałym autostereotypem narodowym Polaków – jako naród jesteśmy w swoim własnym odczuciu melancholijni, depresyjni, skłonni do rozpamiętywania bólu psychicznego. Źródłem tego miało być oczywiście doświadczenie zaborów – trwająca wiele pokoleń tęsknota za utraconą wolnością, która z konieczności zmieniła się z żałoby (świadków upadku Rzeczypospolitej) w melancholię (przeżywanej przez pokolenia, które wolnej Polski nie znały). Brzmi to bardzo efektownie, ale chyba w szczegółach nazbyt prosto, co jest szczególnie widoczne, gdy Marcinów łączy melancholię polityczną, nostalgię za Polską i bezpaństwowość z flâneryzmem. To ostatnie zjawisko narodziło się raczej jako kontestatorska reakcja na triumf mentalności ekonomicznej w dziewiętnastowiecznych, kapitalistycznych miastach, typowe było zatem dla Europy zachodniej i kontekstu wolności politycznej. Polską melancholię romantyczną tymczasem w sposób wystarczający definiują pojęcia pielgrzyma czy emigranta, nie mniej melancholijne przecież. To jednak tylko szczegół, rozpoznanie badaczki okazuje się przecież jako całość warte przemyślenia. Nie jest chyba tak, że melancholia znalazła stałe miejsce w polskiej samoświadomości (inaczej niż np. w imaginarium duchowym Węgrów czy Portugalczyków), ale przecież szybki przegląd tematów, nastrojów i motywów dominujących w polskiej kulturze ostatnich dwustu lat rzeczywiście potwierdza to rozpoznanie.

„Historia polskiego szaleństwa” z pewnością nie jest książką do lektury linearnej, jednorazowej. Nie tylko z powodu jej obszerności. Jak wskazałem, to właściwie kilka różnych „dzieł” połączonych wspólnym zamysłem metodologicznym i ideowym, które – nawet w zamierzeniu autorki – mogą być traktowane samodzielne. Fenomenalne jest przy tym, że Marcinów napisała książkę „naukową” o melancholii tak, by… ona sama stała się wciągającą narracją melancholijną, respektującą tradycję tego kierunku pisarstwa. Wszystko to sprawia oczywiście, że warto czekać na kolejne odsłony wielkiego projektu badaczki.
Mira Marcinów: „Historia polskiego szaleństwa”. Tom I: „Słońce wśród czarnego nieba. Studium melancholii”. Fundacja Terytoria Książki. Gdańsk 2017.