Wydanie bieżące

15 lipca 14 (350) / 2018

Kamila Czaja,

PRASKIE SZALEŃSTWO (JĘDRZEJ PASIERSKI: 'DOM BEZ KLAMEK')

A A A
Debiut Jędrzeja Pasierskiego ukazał się w serii „Ze Strachem”, a więc w bardzo mocnym zestawie, obok powieści choćby Wojciecha Chmielarza i Anny Kańtoch, a spoza rodzimych autorów – Johana Theorina i Larsa Keplera. To równocześnie zachęta do sięgnięcia po książkę nieznanego jeszcze autora i bardzo wysokie ustawienie oczekiwań, którym niewielu początkujących pisarzy byłoby w stanie sprostać. Pasierski z presją poradził sobie może nie wybitnie, ale nieźle.

„Dom bez klamek” broni się przede wszystkim fabułą. Morderstwo w szpitalu psychiatrycznym stanowi punkt wyjścia prowadzonego przez podkomisarz Ninę Warwiłow skomplikowanego śledztwa, a przebieg dochodzenia pozwala Pasierskiemu na diagnozy dotyczące leczenia zaburzeń psychicznych w Polsce. Autor zderza różne punkty widzenia, na przykład przypisując głównej bohaterce gorzkie konstatacje: „W mocy szpitala było izolowanie chorych od świata i faszerowanie tabletkami, ale nie zapanowanie nad ludzkim umysłem. Tak naprawdę nie znano nawet istoty choroby. Arogancka wydała jej się wiara w możliwość wyleczenia szaleństwa” (s. 27).

Trzeźwość sądów dotyczy w „Domu bez klamek” również pracy policji. Jak zauważa szef Niny: „Od pewnego poziomu to bardziej polityka niż dochodzeniówka” (s. 227). Pasierski dba o związane ze śledztwem detale – konkretne nazwy leków czy punkty miejskiej topografii. Szczególnie dobrze wypada to w opisach Pragi; widać, że autor – co odnotowano w jego notce biograficznej – zna tę dzielnicę z autopsji. Konstrukcja sprawy jest logiczna, kryminalne aspekty wciągają. Obok paru łatwych do przewidzenia rozwiązań sporo tu zwrotów akcji, które mogą zaskoczyć nawet doświadczonych miłośników gatunku.

Mieszane uczucia wzbudziła we mnie bohaterka planowanego cyklu, którego pierwszy tom to właśnie „Dom bez klamek”. Niezbyt zgrabny jest nawet jej pierwszy opis: „Skromnie ubrana, miała śniadą cerę, lekko zadarty nos o dużych nozdrzach i pełne usta, a do tego zielone oczy poważnie spoglądające spod mocnych, niemal męskich brwi. Warwiłow była średniego wzrostu, ale sprawiała wrażenie gibkiej i silnej” (s. 7). Chyba istnieje obawa, że czytelnik zapamięta głównie „duże nozdrza”. Jednak przede wszystkim, powołując do życia Ninę, Pasierski próbował opowiedzieć o wszystkich sferach życia pani podkomisarz. Przy tylu skumulowanych tematach efekt jest raz bardziej, a raz mniej satysfakcjonujący.

Dopracowane, emocjonalnie przekonujące są wątki dotyczące ojca Niny: byłego policjanta, alkoholika w końcowym stadium, wiecznie trochę obcego w Polsce Rosjanina. Dość ciekawie wypadają relacje Warwiłow z kolegami z pracy: zróżnicowane, pozwalające zarysować przy okazji parę portretów członków ekipy. Szok budzić może doznawany przez główną bohaterkę seksizm. Mam wrażenie, że pisarz nieco „podkręcił” niektóre sytuacje. O ile nietrudno uwierzyć w zakorzenioną w środowisku podskórną niechęć do policjantek w uznawanym za męski zawodzie, tak tu wszystko odbywa się publicznie i bez konsekwencji. Podczas zebrania Warwiłow słyszy na przykład z ust przedstawiciela ministerstwa: „Prywatnie nie rozumiem, jak można taką dużą sprawę powierzać kobiecie. Przyznam, że pani komisarz jest bardzo atrakcyjna, ale to za wysokie progi” (s. 133). A od technika kryminalistyki dowie się przez telefon: „Czyli jest pani tępa” (s. 149). Ale może to moja naiwność, że takie fragmenty czytam z niedowierzaniem. Na pewno gorzej jest natomiast, kiedy autor próbuje opisywać uczuciowe perypetie policjantki i sam popada w przykre stereotypy. Rozważania bohaterki na temat jej życia prywatnego i partnerów (byłych, aktualnych, potencjalnych) to literatura niższych lotów niż dobrze poprowadzony w „Domu bez klamek” wątek kryminalny.

W debiucie Pasierskiego drażniły mnie też chwilami – chyba nie do końca kontrolowane czy zamierzone – bezczelność i snobizm świata, z którym mamy do czynienia. Dialog między Niną a psychiatrą na temat jednego z pacjentów tak razi brakiem dobrego wychowania po stronie ordynatora, że aż bawi: „– Młody? / – Zależy, jak patrzeć. Sądzę, że w pani wieku. / – Mam trzydzieści siedem lat – powiedziała wprost” (s. 19). Piętnując seksizm w policji, autor sam (także w kilku innych fragmentach) kobietę niespełna czterdziestoletnią każe postrzegać jako prawie stojącą nad grobem… Do tego dochodzi trudne do zignorowania, pozbawione dystansującego komentarza poczucie wyższości bohaterów. O ile Nina sama siebie krytykuje za snobizm zmuszający ją do rezygnacji z zakupów w Biedronce, o tyle inne „elitarystyczne” fragmenty pewnie miały być zabawne. Na przykład rozmyślania bohaterki o kierowcy śmieciarki: „A więc nie tylko zadbany Strassberg: miała ochotę na mężczyzn ze wszystkich kręgów społecznych, jej libido nie było teraz wybredne” (s. 299), czy relacja z wizyty warszawskich policjantów na prowincji: „Chodkowski przedtem wywiedział się, że Suche ma nawet swojego burmistrza. (…) Warwiłow poprosiła o kawę; okazała się oczywiście fusami zalanymi wrzątkiem, ale kobieta podała do niej świeże mleko. (…) Zaczynała rozumieć, że ma do czynienia z miejscową legendą, opowieścią, którą żyły kolejne pokolenia małomiasteczkowych wieśniaków z Suchego” (s. 117, 120-121, 124). Nie, takie wstawki nie są zabawne. Raczej przeszkadzają w pełnym kibicowaniu Ninie, na ogół budzącej raczej pozytywne uczucia.

Językowo Pasierski jest raczej sprawny, powieść czyta się płynnie. Zdarzają się ładne porównania, choćby to dotyczące prokuratora, który „[l]śnił jak świeżo wyprodukowany” (s. 96). Parę razy można jednak zazgrzytać zębami, kiedy autor wpada w manierę rodem z powieści dla pensjonarek i zdania zaczynają brzmieć sztucznie. Po co aż „jednakże” we frazie „Oddział jednakże był obłożony (…)” (s. 7)? I czy wypowiedź: „Niedaleko jest kino Praha, za którym przepadam. Jest zmodernizowane, ale zachowało swój urok” (s. 99) nie jest aby zbyt „sztywna”? Kto tak rozmawia? A obok tego, jak kwiatek do kożucha, dwa makaroniczne potworki: „zadzwoniła po night drivera” (s. 70) i „Nie znam się na twoim psychologicznym bełkocie, to nie ja chodzę do szrinka” (s. 241). Niby detale, a wybijają z rytmu pochłaniania wciągającej książki.

Pomimo tych dość szczegółowych zarzutów uważam powieść Pasierskiego za propozycję godną uwagi w ramach gatunku. Wypunktowuję wątpliwe wybory autora, bo bardzo rzadko trafiam na książkę, w której aż tak łatwo „przyszpilić” konkretne miejsca, gdzie coś poszło nie tak. Gdyby dokonać nieco ostrzejszej redakcji, popracować nieco intensywniej z debiutantem nad jego tekstem, byłby to jeden z lepszych polskich kryminałów. A tak wyszło po prostu nieźle. Mimo że Pasierski też jest prawnikiem, ewentualne skojarzenia z Remigiuszem Mrozem okazują się nieuprawnione. Autor „Domu bez klamek” nie proponuje łatwej rozrywki, tylko powieść przemyślaną w aspekcie kryminalnym i ukazującą ciekawe konteksty społeczne. A stworzona na użytek serii pani podkomisarz ma potencjał (nawet jeśli w pierwszym tomie jeszcze nie w pełni zrealizowany). Ta książka to nie gatunkowe objawienie, ale – chociaż bywa nierówna – zasługuje na lekturę. Pewnie skuszę się także na kolejny tom i na zapowiadany thriller o prawniku środowiskowym, żeby zobaczyć, jak/czy obiecujący debiutant się rozwija.
Jędrzej Pasierski: „Dom bez klamek”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2018 [seria: Ze Strachem].