Wydanie bieżące

15 lipca 14 (350) / 2018

Joanna Cwynar,

CHWIEJNE CHARAKTERY NOWOCZESNOŚCI ('PANNA JULIA', REŻ. RADOSŁAW STĘPIEŃ)

A A A
Na niewielkiej scenie zapala się światło. Z ciemności wyłaniają się kobieta i mężczyzna, stojący naprzeciw siebie po dwóch stronach stołu. Para zaczyna specyficzny dialog: najpierw on, niczym robot, wypowiada swoją kwestię, a później robi to ona – równie mechanicznie i beznamiętnie. Następnie zmieniają swoje pozycje względem stołu i znów wypowiadają te same partie tekstu – tym razem z większym uczuciowym zaangażowaniem. Aktorzy powtarzają ten schemat jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem coraz bardziej emocjonalnie, szybciej i gwałtowniej, by w końcu doprowadzić ową scenę do skrajności: ich kwestie zaczynają nakładać się na siebie do tego stopnia, że niemożliwe jest wyłapanie sensu ich słów. Zarówno jedno, jak i drugie prowadzi własny monolog, nie próbując nawet przez chwilę posłuchać swojego rozmówcy. Wtem gaśnie światło i zapada cisza.

Ten krótki opis pierwszej sceny spektaklu „Panna Julia” w reżyserii Radosława Stępnia, zrealizowanego w Teatrze Ludowym w Krakowie, to nie tylko efekciarski przedsmak tego, co chwilę później widz ujrzy na scenie, ale równocześnie zapis całości przedstawienia w pigułce. Przedstawienia, które zaczyna się z pozoru niewinnym flirtem, a kończy niemożnością porozumienia i totalną dezintegracją tożsamości obojga kochanków. Fabułę jednoaktówki Augusta Strindberga również można streścić w jednym zdaniu: córka hrabiego, pod czarem erotycznego klimatu Nocy Świętojańskiej, daje się uwieść bałamutnemu lokajowi, czym plugawi swój arystokratyczny i kobiecy honor. Jednak cała historia wcale nie jest tak prosta i jednowątkowa jak mogłoby się wydawać.

W czasach życia autora dramatu sztuka dotykała przede wszystkim problemów nierówności klasowej oraz płciowej, ale dziś, gdy zostaje wzięta na warsztat po ponad stu latach, nieco mocniej uwidoczniają się w niej inne, bliższe naszym czasom (choć również obecne w tekście dramatu) problemy. Jak twierdzi młody reżyser, jego inscenizacja tekstu Strindberga nie traktuje już o egoizmie klasowym, a bardziej tym międzyludzkim. Mimo tego znaczącego przesunięcia nadal jest to opowieść o walce płci, o niemożności odnalezienia własnego, prawdziwego „ja”, a także o strachu przed dokonywaniem kluczowych dla dalszego życia wyborów. Czyli o wszystkim tym, co mimo zmieniających się realiów pozostaje niezmienne, a może nawet wzmaga się w nowoczesnym, coraz bardziej przepełnionym sprzecznościami świecie.

Nieco uwspółcześniona, tytułowa Panna Julia wizualnie na pewno nie jest nazbyt frywolną XIX-wieczną arystokratką: nosi damski garnitur, ciężkie buty, żuje gumę, pali papierosy i przypomina dzisiejszą tzw. „kobietę wyzwoloną”. Kostium Jeana również nie jest już lokajską liberią. Kim więc są dzisiejsi bohaterowie sztuki Strindberga?

Współczesna Julia nadal jest zagubioną dziewczyną, która nie wie, jakich wyborów dokonywać, by być szczęśliwą. Chociaż dziś, jej hybrydyczną osobowość pół-kobiety niekoniecznie musiał ukształtować konflikt na linii tradycyjny ojciec – wyzwolona matka. Julii śni się, że zdejmując z twarzy kolejne maski, nie może dotrzeć do swojej prawdziwej twarzy. Być może na jawie próbuje wchodzić w wiele ról, ale w żadnej z nich nie czuje się na tyle dobrze, by w niej pozostać – zawsze buntuje się przeciw temu druga, przeciwna strona jej natury. Może nowoczesność oferuje jej zbyt szeroki wachlarz odmiennych i sprzecznych ze sobą modeli kobiecości, by mogła zdecydować się tylko na jeden z nich?

Współczesny Jean, choć na początku wydaje się tą silniejszą stroną, to jednak wcale nią nie jest. Można powiedzieć, że on także czuje się zagubiony – nie wie co w życiu robić i jakim być. Podobnie jak Julia pragnie on szczęścia, jednak nie wie którą drogę obrać, by je osiągnąć. Czy szukać go w zawrotnej karierze, popularności i przelotnych romansach czy w bezpiecznym, ale jednak nieco nudnym i wymagającym mało ambitnej, ale stabilnej pracy, życiu rodzinnym? Gdy Jean już dostaje to, czego chce, od razu zaczyna pragnąć czegoś innego – póki Julia mu nie ulega chce ją zdobyć, jednak już po jej uwiedzeniu, okazuje się, że nie może mu ona dać tego, czego poszukiwał. Jean ucieka więc w ramiona Krystyny, jednak i wizja życia z nią nie jest tym, co zagwarantuje mu spełnienie.

Są to typowe dla twórczości Stridberga postaci „bez charakteru” – rozumiane, według jego słów, jako jednostki, których osobowości nadal są w trakcie rozwoju, które jeszcze nie pogodziły się ze swoją naturą, nie dostosowały do swojej roli życiowej. To „charaktery nowoczesne, żyjące w okresie przejściowym (...) bardziej chwiejne i rozdwojone, jako mieszanina starego i nowego” (Strindberg 1977: 100). I to właśnie ta dezintegracja osobowości jest jednym z głównych źródeł ich cierpień.

Tym, co łączy Julię i Jeana jest przede wszystkim paniczny strach przed podjęciem jakiegokolwiek wyboru, by nim nie zamknąć sobie drogi do szczęścia. Do szczęścia, w którego stronę oboje zmierzają w sposób egoistyczny: nie zważając na innych ludzi i nie kierując się miłością, a jedynie dążeniem do władzy nad drugim człowiekiem – jakby wierząc, że dominacja nad innymi pozwoli im zaprojektować swoje życie tak, jak sobie tego życzą. Oboje wykazują zainteresowanie drugą osobą jedynie w dwóch przypadkach: albo dla osiągnięcia swoich celów, albo wówczas, gdy ta druga strona pokazuje swoją niższość. Jednak gdy tylko rozkład sił się zmienia, a któreś z nich zaczyna czuć się słabszym, od razu staje się agresywne i jest w stanie odeprzeć atak, nawet ciosem poniżej pasa – tylko po to, by zawstydzić i poniżyć przeciwnika, a w efekcie odzyskać dominację. Bohaterowie traktują siebie właśnie jak przeciwników, nie jak kochanków – żaden z nich nie jest w stanie ustąpić, nikt nie jest w stanie pokochać, póki druga strona nie wejdzie w rolę uległego. Julia nie potrafi zostawić wszystkiego i wyjechać z Jeanem do Włoch, póki on pierwszy nie wyzna jej miłości i nie stanie się jej niewolnikiem (tak jak jej ex-narzeczony). Jeana nie stać na żadne wyznanie, póki nie będzie pewien, że to on jest górą, póki Julia nie zgodzi się na wszystkie jego wymagania i nie podporządkuje mu swojego życia. Zapatrzeni jedynie w poszukiwanie własnego szczęścia bohaterowie Strindberga nie są zdolni pójść na najdrobniejsze kompromisy i spotkać się w połowie drogi – tkwią w stanie permanentnej walki, od której jedyną odskocznią i chwilą zjednoczenia wydaje się tylko miłość cielesna. Ale również ona, podobnie jak flirt, jest narzędziem do spełniania innych, egoistycznych celów, a mianowicie podbudowywania własnego ego: on rośnie w swoich oczach, gdy udaje mu się uwieść kobietę, a jej poczucie własnej wartości podnosi zainteresowanie mężczyzn.

Dlatego też cała erotyczna gra Julii i Jeana to ciągłe odpychanie i przyciąganie. Widać to nie tylko w dialogach, ale i w fizycznych interakcjach aktorów, którzy zależnie od wypowiadanych kwestii wydłużają bądź skracają cielesny dystans między sobą: od stania po dwóch przeciwnych stronach sceny, po splecenie się nagimi torsami w uścisku seksualnego aktu. Bardzo młodzi odtwórcy głównych ról (oboje to ubiegłoroczni absolwenci PWSFTViT w Łodzi) fenomenalnie wcielili się w swoje postaci. Szczególnie przekonująca była Maja Pankiewicz – jej delikatna, bardzo kobieca uroda kontrastująca z wystudiowanymi męskimi gestami i niskim tonem głosu idealnie oddawały specyficzny „twór” pół-kobiety. Krystian Pesta rewelacyjne oddał dwoistość swojej postaci, sprawdzając się zarówno jako czuły uwodziciel, jak i agresywny arogant. Występująca gościnnie Roksana Lewak świetnie spisała się natomiast w roli Krystyny – w interpretacji reżysera kobiety będącej niemal robotem.

Scenografia, choć uboga, okazała się absolutnie wystarczająca. Jedyny element z jakiego się składała, czyli stół, wzmacniał przekaz całego spektaklu, mając spory udział w obrazowaniu burzliwości relacji głównych bohaterów i wciąż zmieniającego się między nimi rozkładu sił – czasem funkcjonował on jako forma piedestału wywyższająca którąś z aktualnie dominujących postaci, innym razem stanowił odgradzającą ich od siebie przeszkodę.

Skromność scenografii była zresztą jednym z postulatów Strindberga co do wymogów naturalistycznego teatru, zawartych w „Przedmowie” do „Panny Julii”. Jednak nie tylko to życzenie autora postanowił spełnić reżyser: światło również było raczej naturalne, przygasając jedynie w bardziej intymnych scenach, dla podkreślenia erotycznego klimatu, zaś cały spektakl grany był na małej scenie, przed niewielką widownią. Tym, czym Stępień odbiegł od wizji twórcy dziewiętnastowiecznego dramatu były natomiast antrakty, podczas których z ekranu przemawiał do widzów sam Strindberg (w tej roli Michał Majnicz), przedstawiając swoje poglądy na temat teatru. Było to dobre posunięcie – nie tylko z tej przyczyny, że pozwoliło nieco wydłużyć bardzo krótki spektakl, ale również dlatego, że dawało widzowi możliwość zebrania myśli i poukładania sobie tego, co przed chwilą zobaczył. Drugim odstępstwem od oryginału były bardzo emocjonalne zwroty Julii do kobiet z publiczności z pytaniem „a co ty zrobiłabyś na moim miejscu?”. Pojawiły się one w finałowych scenach spektaklu, jeszcze bardziej kumulując napięcie.

Warta uwagi, a przede wszystkim spójna z przekazem tekstowym dramatu, wydaje się też warstwa dźwiękowa przedstawienia – zarówno budujące klimat odgłosy oddechów, jak i wymowna cisza. Szczególnie istotny okazał się muzyczny motyw przewodni – piosenka Michelle Gurevich „Party Girl”, której słowa portretują dziewczynę z podobnymi do tytułowej Julii problemami.

Zmiany w tekście dramatu były niewielkie – dla kogoś, kto nie przypomniał go sobie przed spektaklem, być może nawet niewidoczne. Szczególnie rzuciła się w oczy reinterpretacja snów głównych postaci – w spektaklu Teatru Ludowego również są one odzwierciedleniem lęków bohaterów, jednak lęków bliższych dzisiejszym problemom. Wyciszona została również trwoga Jeana przed osobą hrabiego, co osiągnięto poprzez uwydatnienie strachu mężczyzny przed dokonaniem wyboru między Julią a Krystyną.

Mimo położenia akcentów na bardziej współczesne problemy, te dziewiętnastowieczne pozostały nadal mocno widoczne w warstwie tekstowej – i to właśnie tutaj pojawiał się lekki zgrzyt. Bo czy zdanie ojca jest dziś dla córek tak ważne jak pod koniec XIX wieku? Czy różnice klasowe nadal mają aż tak duże znaczenie? I czy w dzisiejszych czasach przygodne kontakty seksualne kobiet mogą spotkać się z tak dużą pogardą społeczeństwa? Niewielka ingerencja w tekst dramatu nie jest oczywiście żadną zbrodnią, jednak szkoda, że reżyser i dramaturg nie pokusili się o nieco mocniejsze uwspółcześnienie utworu, bo potencjał na takie zabiegi był tutaj dość duży. Inaczej niż w przypadku „Heddy Gabler”, dramatu z tej samej epoki, z podobną do Julii postacią, którego uwspółcześnienie jest jednak nieco bardziej skomplikowane, a próby przeniesienia jego realiów do naszych czasów często kończyły się fiaskiem.

„Panna Julia” w interpretacji Radosława Stępnia jako portret nowoczesnych chwiejnych charakterów jest bardzo ciekawą i godną uwagi fuzją wybitnego naturalistycznego dramatu (z wszystkimi jego technicznymi wymogami) i paru świeżych, atrakcyjnych wizualnie rozwiązań. Wszystkie warstwy przedstawienia zostały dokładnie przemyślane i dopracowane, a korespondując ze sobą i przenikając się wzajemnie tworzą obraz koherentny – choć przez odniesienia do współczesności nieoczywisty i pozwalający na obranie wielu ścieżek interpretacyjnych.

Literatura:

Strindberg A.: „Wybór dramatów”. Kraków 1977.
August Strindberg: „Panna Julia”. Reżyseria: Radosław Stępień. Scenografia: Eliza Gałka. Obsada: Maja Pankiewicz, Krystian Pesta, Roksana Lewak, Michał Majnicz. Premiera: 13.05.2018, Scena Pod Ratuszem Teatru Ludowego w Krakowie.

Fot. Natalia Kabanow.