Wydanie bieżące

15 lipca 14 (350) / 2018

Karolina Obszyńska,

ZWIEŃCZENIE MASKARADY (IX FESTIWAL TEATRÓW OŻYWIONEJ FORMY MASKARADA)

A A A
Dwa ostatnie dni „Maskarady” przyniosły ogrom pięknych i ważnych przedstawień. Dziewiątej edycji Festiwalu Teatrów Ożywionej Formy, organizowanego przez rzeszowski Teatr Maska, po raz pierwszy przyświecało hasło „Bliżej”. Można powiedzieć, że zebrało ono w całość wszystkie składowe, które zadecydowały o kształcie tegorocznej „Maskarady”. Była to więc bliskość rozumiana jako swobodne pokonanie odległości, którą przebyli artyści z zagranicy, aby dostać się do Rzeszowa. Bliskość jako potrzeba, którą realizuje teatr – jako sposób na poznanie nowych emocji, bliskie spotkanie z własnym „ja’. W końcu wreszcie chodziło o przybliżenie sztuki teatru ludziom, którzy dotąd nie byli jej dużymi entuzjastami. „Maskarada” to tchnięcie w nich odwagi oraz zachęta do dalszych spotkań.

Jednym z najlepszych sposobów na to, aby do teatru przyciągnąć tych najbardziej opornych jest odwrócenie porządku, a więc… wyjście z teatrem do ludzi. Podczas weekendu festiwalowego (całe wydarzenie trwało łącznie 5 pełnych dni, od środy 13 czerwca do niedzieli 17 czerwca) teatr aż dwukrotnie odważył się na to, aby wejść w przestrzeń publiczną – w sobotę czyniąc scenę z rzeszowskiego rynku, a w niedzielę – z Ogrodów Bernardyńskich.

Sobotni spektakl plenerowy, „Cyrk Tarabumba” Teatru Klinika Lalek, szturmem zdobył rzeszowski rynek, a przy okazji także przypadkowych widzów, którzy nie mogli odmówić sobie przyjemności bliskiego spotkania z ogromnych rozmiarów lalkami. Słoń, lew i żyrafa – zwierzęta prowadzone przez kilku animatorów – swym realistycznym kształtem sprawiły, że widzowie mogli poczuć się jak w prawdziwym cyrku. Z tą tylko różnicą, że „Cyrk Tarabumba” stronił od przemocy wobec zwierząt, stawiając przede wszystkim na dobry humor, empatię i wciągającą komedię pomyłek. Spektakl zachwycał jednak przede wszystkim formą i plastycznością, która sprawiła, że estetyka cyrku i architektura rzeszowskiego rynku stały się pasującą do siebie jednością. Wyjątkowość widowiska Kliniki Lalek polega na tym, że „nadmarionety” współgrają tu z aktorami w żywym planie, odwołując się do tradycji cyrkowej.

Wyobraźni nie brakowało również twórcom drugiego plenerowego spektaklu, zaprezentowanego w festiwalowy weekend. W przedstawieniu „W kole” Teatru Baj oglądamy podwórkowe historie, bliskie każdemu dziecku. Zostają one wpisane w tytułowe, magiczne i wieloznaczne „koło”. Przedstawienie namawia do refleksji na temat miejsca „ja” w świecie i w grupie społecznej. Tytułowe koło funkcjonuje tutaj jako sfera symbolizująca nową rzeczywistość, w którą wchodzimy po przekroczeniu linii. Jest to wejście w dorosłość, dołączenie do wspólnoty lub też świat, w którym stajemy się częścią czegoś większego.

Z innej próby przeniesienia dzieci w świat dorosłych powstało przedstawienie „Dwie wyspy” Teatru Lalki i Aktora Kubuś w Kielcach. Jest to ubrana w bajkową scenografię opowieść o miłości dwojga ludzi – wyjaśniona, przybliżona i uświadomiona w najdrobniejszych detalach. Tekst, na podstawie książki „Dwoje ludzi” Iwony Chmielewskiej, napisała Anna Andraka. Jej scenariusz to piękna interpretacja historii Chmielewskiej, pokazująca całą paletę barw, a także słodkich i gorzkich smaków, jakie otrzymujemy w pakiecie wraz z miłością do drugiego człowieka. To otwarta debata na temat tego, jak trudno i jak łatwo jednocześnie być z kimś blisko, jak wiele ta bliskość zmienia (tak naprawdę nie zmieniając nic, bo istnieje przecież od początku świata). W zrozumieniu tego biologicznego procesu pomagają: Chlust, zalewający świat miłością oraz Lepik, który rozdwoi się, a nawet roztroi, aby naocznie to wszystko wytłumaczyć. Szczególnie ciekawa jest oprawa wizualna tej krótkiej lekcji: kostiumy, które działają jak mikroskop i powiększają do nadzwyczajnych rozmiarów wszelkie atrybuty miłości; scenografia – eteryczna i enigmatyczna; a także projekcje – pomyślane tak, aby widzowie poczuli, że przenoszą się do innego świata. Wiele tu gwiezdnych konstelacji, pływających niebieskości, a przy tym ciekawych aranżacji muzycznych i naprawdę celnego dowcipu, który wyraża całą prawdę o życiu w parze. Chociaż to ostatnie to już chyba mrugnięcie okiem do dorosłego widza.

Poza przedstawieniami skierowanymi do dzieci w repertuarze tegorocznej „Maskarady” znalazł się również wyraźny segment przeznaczony dla młodzieży i dorosłych, w ramach którego sobotni wieczór festiwalu przyniósł absolutnie doskonały spektakl. Włoskie przedstawienie „Solo”, czarna komedia ekipy Compagnia Walter Broggini, to refleksja o przemijaniu podana w arcykomiczny sposób (zarówno w grze aktorskiej i scenariuszu), a przy tym spektakl arcymroczny w całym swoim wizualnym wydźwięku. Daje się tu wyczuć emocjonalną sinusoidę – ta niepozorna opowieść o próbach ucieczki przed Śmiercią kończy się dla każdego uciekiniera tak samo tragicznie, ale mimo wszystko trudno powstrzymać się od śmiechu. Dlaczego? Z pomocą prostych lalek animator – niemy narrator i zarazem jedna z najważniejszych postaci w spektaklu – opowiada historie, których pointa jest zawsze taka sama: śmierć jest nieuchronna. Tyle tylko, że tu makabreska miesza się z wyjątkowym dowcipem, współczucie idzie w parze z ironią, a ponury finał jest następstwem chwilowego triumfu nadziei. Śmierć z jednej strony budzi trwogę, z drugiej zaś wydaje się wyśmiana. Całość tych kilku do perfekcji dopracowanych scenek uzupełnia minimalistyczna scenografia (mamy tu jedynie kilka niezbędnych rekwizytów), a także refleksyjna muzyka na żywo.

Ostatnie konkursowe przedstawienie festiwalu (a także ostatnia propozycja dla młodzieży i dorosłych) zachwyciło zarówno widzów, jak i jurorów. Była to lalkowo-kabaretowa wizja świata Hermenegildy, Kociubińskiej, Psa Fafika i reszty ferajny znanej każdemu, kto kiedykolwiek słyszał o Teatrzyku Zielona Gęś. Twórcy przedstawienia – Paweł Aigner (reżyser i autor scenariusza), Pavel Hubička (scenograf), Piotr Klimek (kompozytor) oraz fantastyczny zespół aktorski Teatru Banialuka stworzyli barwne, niemal surrealistyczne przedstawienie. Pożądana na festiwalu bliskość ujawnia się tu w trafnym połączeniu współczesności z czasami międzywojnia, ale też w imponującej spostrzegawczości twórców, która sprawia, że wizja społeczności polskiej sprzed epoki w zupełności zgadza się z obrazem społeczeństwa współczesnego. Zresztą bielski zespół i spektakl „Zielona Gęś” zostały nagrodzone zarówno przez jury profesjonalne, jak i tzw. tajnego jurora, którym okazała się Ewa Piotrowska – przyznała ona wyróżnienie Ziemowitowi Ptaszkowskiemu za rolę dyrektora Teatru.

Za rok czeka nas jubileuszowa, bo dziesiąta edycja Festiwalu Teatrów Ożywionej Formy. Choć jej program pozostaje jeszcze tajemnicą to można przypuszczać, że będzie to coś nietuzinkowego i – mam nadzieję – konsekwentnego, jak miało to miejsce podczas tegorocznej edycji. Hasło wywoławcze festiwalu, które Jacek Popławski (dyrektor do spraw artystycznych) potraktował jako papierek lakmusowy podczas selekcji przedstawień zadziałało ożywczo i naprawdę obiecująco.
IX Festiwal Teatrów Ożywionej Formy Maskarada. Teatr Maska w Rzeszowie: 13-17 czerwca 2018.