Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (351-352) / 2018

Maciej Kostrzewa-Dawidziuk,

CO ZOSTAJE? (WOJCIECH PIENIĄŻEK: 'TO, CO ZOSTAJE')

A A A
„To, co zostaje” jest debiutancką książką Wojciecha Pieniążka, który ‒ jak pisze sam o sobie w notce biograficznej ‒ wobec ogólnego znużenia postanowił w życiu literackim uczestniczyć nie tylko biernie, jako czytelnik, ale również czynnie, jako pisarz. Debiuty literackie rządzą się swoimi prawami: inaczej powstają i inaczej są oceniane. Ich recenzowanie musi oscylować zatem zarówno pomiędzy troską (szczególnie, gdy pisane są przez rodzimych autorów), jak i szczegółową oceną dzieła opartą na szeregu porównań oraz doszukiwaniu się cech dystynktywnych utworu. Debiutantów głaszcze się po głowach, jeśli są w stanie zaproponować czytelnikom coś nowego, świeżego, innego, atrakcyjnego, etc., jeśli jednak nie są w stanie ‒ szybko wkłada się dłoń do kieszeni. Mówi się przy tym, że dopiero druga książka weryfikuje pisarski warsztat, wrażliwość, wyobraźnię. „To, co zostaje” jest bez wątpienia debiutem udanym, niemniej nie oznacza to, że druga książka Wojciecha Pieniążka nie mogłaby stać się jeszcze lepsza.

Na „To, co zostaje” składają się (nie wdając się w spory genologiczne, choć problemowi struktury tomu można by poświęcić wiele czasu i miejsca) dwa opowiadania: „Porucznik Golicyn” oraz „Pompes Funèbres”. Akcja pierwszego z tekstów rozgrywa się w ogarniętej wojną Polsce. Małżeństwo, Marek i Anna, mieszkają na plebanii, która wraz z przesuwającym się frontem stanowi początkowo kwaterę dowódców hitlerowskich, później zaś ‒ sowieckich. Tytułowy porucznik, Borys Golicyn, jest właśnie jednym z tymczasowych współdomowników Marka i Anny. Jego ogłada, znacząca erudycja oraz łagodny charakter sprawiają, że przestrzeń domu, dotychczas nieprzyjazna i określona hierarchicznie, demokratyzuje się i zbliża do siebie mieszkańców. Marek, mężczyzna śmiertelnie chory, ale wyjątkowo sprawny intelektualnie, docenia towarzystwo porucznika, widząc w nim doskonałego kompana do rozmów na tematy historyczno‒polityczne. Jednak pomiędzy Golicynem a Anną wywiązuje się relacja znacznie bliższa, bardziej intymna, a w konsekwencji tragiczna. Klęska bliskości to również motyw „Pompes Funèbres”, opowiadania, którego bohater (znowu Marek, lecz tym razem całkiem inny) dopuszcza się zbrodni przeciw – a może w imię? – miłości.

Pieniążek w obu opowiadaniach eksperymentuje z formą. W „Poruczniku Golicynie” szczególnie ciekawe wydaje się umiejętne prowadzenie wielopłaszczyznowej narracji, przejawiające się w akcie oddania głosu każdemu z bohaterów. Wielogłosowość nie jest, rzecz jasna, nowym zabiegiem, imponować może jednak płynność, z jaką słowa jednego bohatera w połowie zdania przenikają w wypowiedź kogoś innego. Wydaje się ponadto, że prowadzenie takiej narracji nie jest jedynie pustym zabiegiem, ale próbą nakreślenia świata przypominającego sklejoną wazę, świata kruchego, a jednak koherentnego i stanowiącego całość.

Inne zabiegi obecne są w drugim z opowiadań, „Pompes Funèbres”, które napisane jest w formie epistolarno‒diarystycznej. Główny bohater codziennie przez tydzień dopisuje kolejną część listu do (nieistniejącej?) pani prokurator, badającej jego zbrodnie i przewinienia. List ów, który stanowi prawdopodobnie najbardziej frywolny przykład przyznania się do popełnienia morderstwa, zawiera niemal cały życiorys Marka oraz jego relacji z dwiema kluczowymi dla opowieści kobietami, Beatą i Anną. Forma „Pompes Funèbres” jest wyjątkowo trudna do jednoznacznego scharakteryzowania. Czy jest to list, a zatem pewna forma komunikacji z drugą osobą? Jeśli tak, to z kim? A może jest to dziennik, a więc próba autoanalizy? Może testament? Albo ostateczny rachunek sumienia?

Obok pracy nad formą swoich utworów, Pieniążek rzeźbi w języku. A jest to język wyjątkowo złożony, ornamentacyjny, przesycony odniesieniami, erudycyjny. Nie do końca trafna wydaje mi się opinia Dariusza Nowackiego (ogłoszona na łamach „Nowych Książek”, nr 7‒8/2018), który pisze o „braku dyscypliny” i „podejrzanej erudycji” autora. Przyznać można, że dygresje bywają zbyt długie i zbyt daleko odbiegające od głównej osi narracyjnej, w pewnym sensie korespondują one jednak ze złożonością świata przedstawionego. Oczywiście, pełna nazwa silnika czołgu wydaje się w opowiadaniu zbędna, czy nie jest to jednak pewna wizja, która wynika z opowiadań Pieniążka? Wizja, z godnie zktórą świat jest pełen rzeczy przygodnych i niepotrzebnych, że bez nich też byśmy się obyli, a jednak są tam, gdzie są, by zaraz odejść w zapomnienie?

Tym, co drażnić może bardziej niż rozległe i (raczej) zbędne dygresje przeładowane intertekstualnością i rozmaitymi odniesieniami kulturowymi, jest rozwiązłość w używaniu języków obcych. Osoba, która zapragnęłaby zrozumieć każde zdanie z „Tego, co zostaje” musiałaby znać podstawy angielskiego, niemieckiego, francuskiego, rosyjskiego i łaciny. Oczywiście, czasem zabieg ten jest racjonalnie uzasadniony, choćby gdy narratorka opowiadania, znajdująca się w sytuacji granicznej, przysłuchuje się rozmowom rosyjskich żołnierzy. Jej wyobcowanie jest wówczas podkreślone, a cały zabieg pozostaje wiarygodny; nie dochodzi tu do nadużycia. Najczęściej jednak frazy w obcych językach pozbawione są głębszego uzasadnienia i nie wnoszą nic wartościowego do treści opowiadań, co więcej, uniemożliwiają zrozumienie treści utworu w pełni, a także prowadzą do dość przykrych zniekształceń, takich jak „panta rei” na miejscu „panta rhei”.

Pomimo zarzutów, które postawić można prozie Wojciecha Pieniążka, „To, co zostaje” pozostaje udanym debiutem, choć tym, co zostaje po jego lekturze, jest z pewnością głód na nieco spokojniejszą i mniej rozbuchaną językowo literaturę. Dalszą karierę autora warto śledzić, a „To, co zostaje” byłoby dobrze móc zobaczyć wśród nominowanych do Nagrody Conrada za debiut literacki.
Wojciech Pieniążek: „To, co zostaje”. Wydawnictwo JanKa. Pruszków 2018.