Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (351-352) / 2018

Maja Baczyńska, Andrzej Rejman, Magda Raczko,

CZASEM POTRZEBA ISKRY

A A A
Maja Baczyńska: Jak narodził się pomysł na interakcję muzyki i malarstwa w Instytucie 116 na warszawskim Grochowie, czy to pierwsze tego rodzaju wydarzenie przez Was realizowane?

Andrzej Rejman: Pomysł narodził się dosyć spontanicznie, aczkolwiek był wynikiem pewnego głębszego procesu. Sądzę, że nasza twórczość ma ze sobą tak wiele wspólnego, że niemożliwością byłoby nie połączyć naszych sił we wspólnej, twórczej improwizacji. Idea ta trafiła na dobry grunt – twórca Instytutu 116 Jacek Jędrzejczak, już wcześniej z entuzjazmem odnosił się do pomysłów integrujących artystów różnych dziedzin sztuki (sam jest przedstawicielem sztuk wizualnych, video-artu, fotografii i filmu). W ostatnich kilku latach nakręcił wiele filmów dokumentujących wydarzenia artystyczne w tym ciekawym miejscu. Zresztą sam pomysł na interakcję muzyki i malarstwa nie jest nowy, te dwie dziedziny sztuki wiele ze sobą łączy, choć oba środowiska były dotąd dość zamknięte. Dla przykładu – w Ustce niedaleko siebie stoją domy pracy twórczej plastyków i autorów ZAiKS- u, ale kontaktów wzajemnych było jak dotąd niewiele.

Magdalena Raczko: Tymczasem kiedy rozmawiam z Andrzejem, myśli i słowa płyną między nami tak naturalnie, iż trudno odgadnąć, czy to, o czym w danym momencie rozmawiamy, jest rzeczywiście zupełnie nowym pomysłem, nie mówiąc już o tym, kto z nas go wymyślił. Pierwsze nasze wspólne działanie odbyło się w listopadzie 2017 roku w mojej Galerii i Pracowni. Były to „Drogi wspólne równoległe”. Andrzej od lat tworzy muzykę improwizowaną wraz z innymi artystami. Ja z kolei od zawsze pracowałam w ciszy i samotności. Miniony rok przyniósł wiele trudnych doświadczeń, które spowodowały, że odważyłam się na rzeczy, których wcześniej nie robiłam. Najpierw powstał wiersz:

Myśli nie płyną

Równo z czasem

Przecinają go

W przeszłości

Teraźniejszości

Uderzają w przyszłość

Zatrute lękiem

Niosą śmierć

Wypadkową myśli i czasu

Powinna być miłość

...a potem pomysł, żeby zrobić projekt – improwizację malarsko-muzyczną zbudowaną na słowach wiersza. Skąd idea, aby właśnie w Instytucie 116? Narodziła się spontanicznie podczas spotkania z Andrzejem w mojej pracowni. Na dworze było zimno, a my piliśmy lekkie białe wino, jak w upalny dzień. Rozmawialiśmy o harmonii w sztuce i w życiu. Przypomniały mi się moje prace z 1990 roku, pokazałam je Andrzejowi. Zainspirowana znalezioną w mazurskiej rzece karpą, jej bogactwem organicznego piękna, stworzyłam obrazy-rysunki na dużych arkuszach szarego pakowego papieru. Na każdej z siedmiu prac pojawia się motyw prostokątnej białej ramki zestawiony z dynamicznymi liniami nawiązującymi do słojów drewna i nurtu rzeki. Pojawia się też po raz pierwszy w moich pracach kolor niebieski, któremu pozostałam wierna aż do tej pory. Kiedy dawno temu pokazywałam te obrazy mojemu profesorowi Ryszardowi Winiarskiemu, on zrewanżował się myślą Lao Tsy:

Jakie niejasne! Jakie zamglone!

A przecież zawiera obrazy.

Jakie niejasne! Jakie zamglone!

A przecież zawiera rzeczy.

Jakie blade! Jakie niewyraźne!

A przecież zawiera siłę myśli.

Ta siła to prawda.

I ufność.

W ten sposób obrazy dopełniły słowa, a słowa obrazy. Właśnie one sprowokowały nas do stworzenia kolejnej improwizacji muzyczno-malarskiej. Tak powstały „Drogi wspólne równoległe, ciąg dalszy”. Zaprosiliśmy do udziału w przedsięwzięciu Mehdiego Gholamiego i włoskiego muzyka działającego pod pseudonimem artystycznym ALUEI.

M.B.: Czy malarstwem lub muzyką rzeczywiście można się zainspirować „na bieżąco”, a może takie doświadczenie po prostu uwalnia w nas pomysły, które już gdzieś nam w wyobraźni drzemią?

M.R.: Źródłem naszych inspiracji są słowa, które są nam znane. Myślę, że to wtedy zaczynają kiełkować myśli twórcze. Dźwięk uwalnia kolor, a kolor jest z kolei impulsem do działania dla muzyków. Jestem przekonana, że ta wzajemna inspiracja istnieje w każdej sekundzie w ten sposób tworzonego spektaklu.

A.R.: Ta inspiracja to umiejętność złapania w locie iskry oświetlającej nasze myślenie. Z pewnością większość ludzi ma w sobie tę wrażliwość, jednak nie zawsze potrafimy znaleźć dobry moment na jej uruchomienie. A czasem tej iskry po prostu nie można się doczekać. W istocie bardzo istotne w inspiracji artystycznej jest światło. Muzyka i malarstwo jako tworzywo światła i fal stanowią doskonały potencjał do inspiracji. Jeśli mówimy o współdziałaniu „tu i teraz” twórców obrazu i muzyki, ważne jest też, czy wspomniani twórcy się znają i rozumieją. Bo wtedy znacznie łatwiej o taką właśnie wzajemną inspirację.

M.B.: Komu są dedykowane tego rodzaju przedsięwzięcia?

A.R.: Myślę, że tym wszystkim, którzy poszukują czegoś więcej niż tylko przetrwania na tym dziwnym świecie. I tym, którzy poszukują w sobie czegoś, czego przedtem nie znali. Także tym, którzy poszukują współistnienia ze sobą nowych kolorów i nowych dźwięków. To, co robimy, potrzebne jest także nam samym - jako wzmocnienie naszej wiary we współdziałanie.

M.R.: Są dedykowane wszystkim tym, którzy posiadają wewnętrzną wrażliwość na piękno, tym którzy są w drodze, poszukują harmonii.

M.B.: Słowa Lao Tsy stały się inspiracją dla całego przedsięwzięcia. Czym jest dla Was wymieniona wśród nich „ufność”?

M.R.: Czym jest ufność? Ufność daje poczucie wolności, spontaniczności, bez niej tworzymy ograniczenia, bariery i blokady. Zanurzając się w ufności, wchodzimy jakby do źródła twórczości - czystej i nieskrępowanej.

A.R.: Ufność jest w tym wypadku głęboką wiarą w SENS wszystkiego. Że niebo, ta nieograniczona przestrzeń wokół, zawiera w sobie coś więcej, jakąś tajemnicę, której nie sposób pojąć. Tak, czy owak trzeba poddać się temu z ufnością .

M.B.: Czy są już pomysły na Wasze nowe współdziałania?

M.R.: Konkretnych planów nie mamy. Marzy nam się Nowy Jork. „Drogi wspólne równoległe” ciągle nam towarzyszą i po nich wędrujemy. Może za zakrętem jest kolejny ciąg dalszy.

M.B.: A jakimi artystami jesteście na co dzień, gdy nie łączycie sił? Jaki jest wasz „background”?

A.R.: Pewnie na swój sposób jesteśmy artystami samotnymi. Lubię medytację, ale też spontaniczność, która jednak mogłaby być nieco „moderowana”. Oba stany potrafią mnie uspokoić ale i poruszyć. Najprostsza, niekończąca się medytacja to dla mnie ta na temat przepływających chmur. Spontaniczność to z kolei główna cecha improwizacji muzycznej. Bywa ona często szalona i nieobliczalna, a jej wynik pozostaje nieznany. Ale taka improwizacja nie jest nastawiona na wynik, ani na przyszłość. Jest działaniem TU I TERAZ.

M.R.: Aczkolwiek Andrzej głównie przedstawia dźwiękiem bogactwo ciszy, ja w samotności zanurzam się w kolor, w głębię błękitu. To, co mi towarzyszy od początku mojej drogi twórczej, to poszukiwanie harmonii, łączenie logiki Zachodu z duchowością Wschodu. Zdanie Pieta Mondriana „Sztuka ma sens wówczas, jeśli wyraża to, co niematerialne, bo tylko wtedy pozwala wznieść się ponad siebie samego” niezmiennie prowokuje mnie do poszukiwań nowych twórczych rozwiązań. Ufność i miłość to moje drogowskazy. Chcę, by moje abstrakcyjne obrazy stawały się ikoną otwierającą człowieka na duchowe wymiary rzeczywistości, by pozwalały odbiorcy na wgląd w samego siebie.

M.B.: Co cenicie najmocniej we współczesnej sztuce?

M.R.: W sztuce współczesnej cenię otwartość i różnorodność, możliwość posługiwania się wieloma mediami i technikami. Bogactwo wypowiedzi podobnie jak bogactwo kultur, daje poczucie bycia jednym żywym organizmem twórczym.

A.R.: Mnie natomiast w sztuce najbardziej interesują: przenikania, niejednoznaczność, dążenie do czegoś, a nawet pewnego rodzaju niedoskonałość. Z drugiej strony cenna w sztuce jest komunikatywność. Nie jest dla mnie atrakcyjna koncepcja sztuki zrozumiałej wyłącznie dla jej twórcy. Sztuka współczesna wymyka się ustalonym wcześniej kryteriom. Może to czas na nowe opisanie pewnych zjawisk (jeśli w ogóle należy je opisywać). Z pewnością znajdą się jednak tacy, którzy będą tego bardzo chcieli, a to, co dotąd było eklektyczne, niejednorodne - dziś znowu może wyznaczać kierunki. To trochę tak jak z przypadkowym pomieszaniem kolorów lub fal o różnych częstotliwościach. Jeśli widziana z daleka tęcza i klawiatura fortepianu będą symbolami sztuki tradycyjnej, to zerwanie z tym porządkiem może prowadzić do ciekawych rezultatów. Przecież kolorów jest nieskończenie wiele, tak jak możliwych częstotliwości dźwięku.

M.B.: Czy współczesna sztuka może być rozrywką? A może powinna?

A.R.: Znany jest “amerykański” podział na ART i ENTERTAINMENT, gdzie – z definicji – raczej nie powinno się mieszać tych dwu gatunków, ale to podział uproszczony. Czasem ART staje się ENTERTAINMENT i odwrotnie. Właściwie dochodzę do wniosku, że dziś wszystko jest ENTERTAINMENT! Myślę jednak, że sztuka mogłaby po prostu poruszać, czasem lekko musnąć, czasem mocniej dotknąć. Poruszenia te mogą mieć charakter refleksji intelektualnej, lecz mogą też być po prostu wstępem do zabawy. W końcu każdy z nas jest trochę dzieckiem, a dorośli też lubią się bawić.

M.R.: A dla mnie współczesna sztuka może być rozrywką, ale wcale nie musi. Trzeba by się zastanowić, co dla kogo jest rozrywką. Jeśli rozrywa monotonię życia odbiorcy, to się nią staje. A czy powinna? Nie lubię słów powinna, bo kojarzy mi się z winą.

M.B.: O jakim odbiorcy marzycie? Czy w naszej komercyjnej kulturze wciąż jest miejsce dla indywidualności artystycznych?

M.R.: Marzę o odbiorcy, który potrafi się zatrzymać i całą swoją energię skupić na dziele sztuki. Jeżeli jest sobie artysta ze swoją indywidualnością, to chcąc nie chcąc wypełnia on przestrzeń swoim działaniem. Tam, gdzie jest twórca i twórczość, nie ma pustki. Kultura komercyjna może nie dostrzegać wartości twórczych indywidualności, ale to nie znaczy, że nie ma dla nich miejsca. Jeśli jest choć jeden człowiek, który powie „to było/jest dobre”, to warto działać.

A.R.: Cenni są odbiorcy potrafiący medytować codziennie choć przez chwilę. Twórcy i odbiorcy często łączą się niepostrzeżenie nićmi podobnej wrażliwości. Można powiedzieć, że twórcy mają „swoich” odbiorców i odwrotnie. Bo coś ich ze sobą łączy. Czasem obok wspólnych upodobań artystycznych - są to poglądy na różne sprawy, wrażliwość na problemy naszego świata itp. Ale może być też inaczej – wspólny odbiór sztuki przez osoby o różnych temperamentach a nawet poglądach może łagodzić te różnice. Tak więc sztuka może być takim moderatorem napięć społecznych. Ale to jest bardziej odpowiedź na pytanie o jedną z ważnych ról sztuki. Indywidualności w naszym kraju nie brakuje, chodzi natomiast o to, aby byli oni zdolni do wzniesienia się ponad siebie i byli chętni do współpracy. Wszystko sprowadza się do współdziałania. Nawet najwięksi artyści czy naukowcy mogą czasem czuć się niepewnie bez inspiracji ze strony innych. Odbiorca może stanowić doskonałą inspirację.

M.B.: I tu wracamy do kwestii inspiracji. Na koniec mam jeszcze pytanie o to, czym jest dla Was barwa. W kontekście muzycznym oraz plastycznym. To mnie interesuje.

M.R.: Barwa jest najgłębszą wrażliwością twórcy.

A.R.: Mam instrument przy oknie, grając patrzę w niebo i chmury. Muzyka, która powstaje, nawiązuje z pewnością do barw natury - jest czasem lekka, czasem nieco smutna. Zdarza się, że cisza zastępuje muzykę, a wtedy chmury płyną nie niepokojone przez nikogo.

M.B.: To, jak opowiadasz o chmurach I muzyce, bez wątpienia świadczy o wielkiej wrażliwości, tak jak powiedziała Magda. Bardzo Wam dziękuję za inspirującą rozmowę!
Fot. Marek Śliwowski / Jacek Jędrzejczak.