Wydanie bieżące

1 września 17 (353) / 2018

Adam Poprawa,

TERMINY LITERACKIE ILUSTROWANE I INSZE ('ILUSTROWANY SŁOWNIK TERMINÓW LITERACKICH. HISTORIA, ANEGDOTA, ETYMOLOGIA')

A A A
Dwie wypowiedzi Bucka Mulligana z pierwszego epizodu „Ulissesa” miały być mottem tego szkicu, ale, zważywszy na układ graficzny strony „artPAPIERu”, nie ma tu specjalnie miejsca na taki początek. Może więc coś w rodzaju prologu? Wspomniana postać urządza zatem spontaniczny teatr i wygłasza kwestie, przedzielone opuszczoną tu wypowiedzią Hainesa:

„– Kiedy se leję herbatę, to se leję herbatę, jak powiedziała stara matka Grogan. A kiedy leję co insze, to leję co insze.

(…)

Tak robię, moja pani Cahill, powiada ona. Nie gniewaj się, paniusiu, powiada pani Cahill, ale niech cię Bóg strzeże, żebyś nie lała jednego i drugiego w ten sam garnek” (Joyce 2016: 16).

Odbiór liryczny

„Słownik terminów literackich” czworga autorów, od czterech też dekad podręczna księga pokoleń polonistów, ma również swoją recepcję liryczną. Tom ten kilkakrotnie przywołany został w wierszach Jacka Podsiadły, oto jeden z nich, zatytułowany „Narzucająca się analogia”:

kto nigdy nie spał z trzema książkami przy głowie

np. Słownikiem terminów literackich Archetypami i symbolami Junga i Antologią nowej
[poezji brytyjskiej


nie wie co znaczy spać z trzema naraz kobietami

gdy każda jest inaczej lubieżna kusicielska niezdobyta

(Podsiadło 2016: 725)

Owszem, świat przedstawiony tego ani pozostałych wierszy Podsiadły, w których pojawia się „Słownik”, nie uprawnia do jednoznacznego rozstrzygnięcia, czy rzeczywiście chodzi tu o wielkie dzieło literaturoznawczej leksykografii pod redakcją Janusza Sławińskiego, czy może jednak o używany w szkołach „Słownik terminów literackich” Stanisława Sierotwińskiego. Nie było innego sposobu uzyskania interpretacyjnej pewności: zapytałem poetę, który potwierdził, że korzystał z tomu czworga autorów. Zgoda, mieszam trochę porządki, niemniej świeżość sytuacji lirycznej, w której umieścił Podsiadło „Słownik terminów literackich”, jest mocnym argumentem przeciw różnego rodzaju wątpliwościom co do rzekomego starzenia się tej księgi. No i, używana od lat na co dzień, pozostaje niezdobyta.

Wobec takiej poprzedniczki

Inicjatorzy i twórcy „Ilustrowanego słownika terminów literackich” nie mogli nie odnieść się do „Słownika” pod redakcją Sławińskiego. Tak się przynajmniej wydaje (zaraz się wyjaśni, skąd zastrzeżenie). „Stosunek do poprzedników to jeden z newralgicznych punktów w działalności naukowej humanisty” (Głowiński 1978: 140) – tak przed laty zaczął Michał Głowiński szkic o cokolwiek niepokojącym tytule „Nienawistnicy, belfrzy, manipulatorzy”. Rzecz jasna, inicjatorów i twórców „Ilustrowanego słownika” próżno by szukać w którejś z tych grup. Niemniej, skoro zaproponowali solidną księgę, która już na okładce przypomina swoją sławną poprzedniczkę zmodyfikowanym bo zmodyfikowanym, ale jednak powtórzonym wyrażeniem – byli przekonani, że na temat terminów literackich mają do powiedzenia coś więcej, lepiej lub inaczej, niż uczyniło to czworo autorów wcześniejszych. Autorzy dzisiejsi pamiętali też niewątpliwie piosenkę Boba Dylana o zmieniających się czasach, choć nie ma tam nic o leksykografii. W każdym razie od roku 1976 (data pierwszego wydania „Słownika terminów literackich”) zmieniło się w literaturoznawstwie doprawdy wiele.

Ale bo też „Ilustrowany słownik” jest przedsięwzięciem zasadniczo odmiennym. Po pierwsze, zamiast kwartetu autorów mamy wcale liczną gromadę, tak że uzyskanie wypowiedzi ściśle podporządkowanych jednemu modelowi było niewykonalne; ta niemożliwa jednogłosowość, jak wynika ze wstępu (dokładniej: z „Zamiast wstępu”) Aleksandra Nawareckiego, stanowiła zdecydowanie bardziej okoliczność stymulującą niż kłopot. W tomie brak (typowych dla leksykonów) strzałkowych czy podtekstowych odsyłaczy do innych haseł. Nie wynika to z redakcyjnego zaniechania, lecz z autonomii poszczególnych – autorskich – haseł. Linearna czy wyrywkowa lektura książki prędzej czy później odsłania relację dialogiczną, jednak niech czytelnicy sami łączą, dopełniają lub konfrontują poszczególne całostki. Domniemanie może się wydać przesadne, ale przecież poszczególne terminy czy pojęcia bywają rozumiane odmiennie; strzałka odsyłająca do hasłowego artykułu (innego autorstwa) traktującego o danym terminie mogłaby zatem być, powiedzmy, interpretacyjną ingerencją. Po drugie, „Słownik terminów literackich” zawierał znacznie więcej haseł niż ten „Ilustrowany”, były one krótkie, teraz zaś pojawiły się artykuły czy (w niektórych wypadkach) nawet eseje. Po trzecie (co zresztą wynika z dwóch punktów poprzednich), przyjęta została inna koncepcja całości słownika, wpływająca na kształt kolejnych haseł. Tak więc problem poprzednika dałoby się ewentualnie zamknąć deklaracją różnicy. Czy jednak ciężar leksykograficznej tradycji był w tym wypadku zbyt ogromny (i nic dziwnego), czy też zaważyła mikropolemiczna swada Nawareckiego, w każdym razie „Słownik” czwórki autorów uznany został za „nasz nieustanny punkt odniesienia” (s. 24-25), co nie przeszkodziło zapalić we wstępie kilku płomyków wątpliwości.

Relacjonuje tedy autor recepcję dzieła poprzedniego: „Jeśli STL [skrót niewymagający rozszyfrowania – A.P.] był dla ponowoczesnych czytelników nużąca lekturą, to teraz może się wydać jeszcze mniej ciekawy” (s. 16). Z epitetami odwołującymi się do braku zainteresowania dość trudno się spierać, niemniej warto przypomnieć porównanie tamtego „Słownika” do pożądanej kobiety, w trybie zaś dyskursywnym rad bym zauważyć, że czworo autorów napisało hasła komunikatywne i często krótkie, tak że czytelnik raczej nie powinien zdążyć się znudzić. Istota różnicy tkwi głębiej, w preferowanym sposobie pisania o literaturze. Strukturaliści zatem, jak wiadomo, zdecydowanie opowiadali się po stronie metajęzyka. O eseju na przykład powinno się pisać stylem maksymalnie uporządkowanym, dążąc do obiektywizmu, poskramiając dygresje i nie pozwalając (sobie, czyli „ja” autorskiemu) na kapryśne manifestacje. Przy takim podejściu esej o eseju byłby czymś niepożądanym. Oczywiście, w rzeczywistości tekstów sprawa okazała się bardziej złożona. Znamienne, że najwybitniejszych polskich strukturalistów literatura skutecznie ciągnęła nie tylko jako przedmiot badań. W bibliografii podmiotowej Edwarda Balcerzana są przecież tomiki poetyckie i powieści, do dokonań Głowińskiego należą również literacko pomyślane teksty autobiograficzne oraz eseje, wreszcie z pism Sławińskiego dałoby się ułożyć antologię olśniewających fragmentów prozy polskiej; wystarczy też przypomnieć, jak napisał on arcydzielną i od dawna już legendarną interpretację „Ballady od rymu” Białoszewskiego.

Okno i witraż

Owszem, autorzy haseł „Słownika terminów literackich” w tamtym tomie stylistycznie sobie nie folgowali. Przeciwnie, Sławiński – aczkolwiek nie bez ironii – deklarował we wstępie dążenie do możliwie jednorodnego, zobiektywizowanego języka. Takie podejście niepokoi Nawareckiego do tego stopnia, że dopatruje się on u poprzednika przekonania o przemocy niezbywalnie tkwiącej w zrygoryzowanym, naukowym pisaniu o literaturze. Jasne, od dawna wiemy, że zupełny metajęzyk nie jest możliwy. Jakkolwiek byśmy się starali, mówiąc o literaturze, mówimy za pomocą języka o innym dokonaniu również językowym. Przede wszystkim jednak inicjatorom „Ilustrowanego słownika” nie odpowiada oddzielenie – rozdarcie – literatury i jej opisu. Nowe dzieło jawi się zatem jako literacki słownik terminów literackich. Księga czwórki autorów jest wielkim oknem, dokładniej: kolekcją czystych szybek, przez które można zobaczyć wielość zjawisk literatury w całej jej złożoności i precyzyjnym wyjaśnieniu. Nowy tom wygląda natomiast jak imponujący witraż, który nastawiony jest na światło z zewnątrz, bez niego traci rację bytu, ale i (po to zresztą został wykonany) mocno skupia uwagę odbiorcy na sobie.

Anafora, jaka jest, każdy widzi. Ale jak zilustrować inne terminy literackie? Pomysł dopełnienia słownika obrazami był po prostu rewelacyjny. Relacje powstałe między hasłami a towarzyszącymi im w „Ilustrowanym słowniku” reprodukcjami będą zapewne wielokrotnie i wielorako komentowane, a już teraz, niczym w pomroce dziejów, krążą wieści niejasne. Tak, Nawarecki przekonująco i porywająco tłumaczy, skąd się w ogóle wzięły w tomie obrazki, nigdzie jednak nie znajdzie czytelnik informacji, kto jest autorem tego ikonicznego ciągu. Będąc w czerwcu w Uniwersytecie Śląskim, usłyszałem, że podobno Stanisław Rosiek samodzielnie wybrał i dobrał każdą z ilustracji. Nie wiem, co głosi akademicka pieśń gminna w Gdańsku, wkrótce pojawią się najpewniej również inne warianty lokalne; ktoś powinien wziąć się za zbadanie tych oralnych obiegów: to w końcu wyjątkowa szansa przyjrzenia się tradycji ustnej in statu nascendi… W każdym razie: obraz Caravaggia „Poświęcenie Izaaka” oraz „Autoportret” Schulza ilustrują hasło „Dedykacja”, natomiast do artykułu „Oryginalność” dodano socrealistyczne „Postaci” Fangora. I nie są to jedyne przykłady rewelacyjnego połączenia przewrotności z logiką.

Księga posiada podtytuł anonsujący kwestie ważne dla autorów. Tak więc pomyśleli oni zarazem słownik historyczny, anegdotyczny i etymologiczny. Historyczność oznacza tutaj „odwrót od nowoczesnej synchronii, a także ponowoczesnego ahistoryzmu” (s. 23). Stąd pierwszorzędna rola etymologii: rekonstruująca dzieje pojęć i znaczeń książka staje się nie tylko wielojęzyczna w sensie dosłownym; do jej druku potrzebne były czcionki kilku alfabetów. „Pierwotnym zamysłem redaktorów tej książki nie było bynajmniej wyprodukowanie leksykonu, lecz próba głębszej refleksji nad terminologią” (s. 17). I wreszcie anegdotyczność jest skromnym sygnałem uprawiania literaturoznawstwa jako sztuki pisarskiej, snucia opowieści niekiedy zaskakujących i zabawnych, niezłym dowcipem może być niejednokrotnie już pochodzenie terminów.

Inwencja ponad intencją

Tylko z literackimi efektami bywa już różnie. Pomijam i nie wskazuję autorów, w których hasłach raczej próżno by szukać jakichś szczególnych artystycznych zamierzeń. Chcieli po prostu napisać porządny tekst o konkretnym pojęciu – i dobrze. U niektórych innych natomiast uczestników przedsięwzięcia etymologia okazała się skojarzeniową inwencją dominującą nad intencją poznawczą. Dwa przykłady, oba z artykułów napisanych przez Zbigniewa Kadłubka. W haśle traktującym o chórze kojarzy on tak: „Gdy wypowiadamy na głos greckie słowo χόρος (chorós), słyszymy polskie »koło«. Dźwiękowo grecko-polskie chorós-koło prowadzi nas ku znaczeniom źródłowym” (s. 115). Brzmieniowa asocjacja każe autorowi często widzieć okręgi, gdy oryginalny grecki termin niekoniecznie mówi o geometrii. Hasło „Dramat” rozpoczyna zaś Kadłubek innym zestawieniem: „Gdy ktoś szybko idzie, mówi w języku potocznym, że drałuje. Polski czasownik »drałować« znaczeniowo i brzmieniowo jest bliski greckiemu czasownikowi δράω (dráo), ‘działam’, ‘jestem zajęty’” (s. 143). No cóż. A jakby tak przyjrzeć się i przysłuchać na przykład terminowi „narrator”? Polskie ucho łatwo usłyszy tu wyrażenie „na raz tor”, co oznacza jednotorową, linearną narrację. Podwojona litera „r” byłaby tu znakiem emocjonalnego wzburzenia, z którego też powodu, przy szybkiej wymowie, wypadła głoska „z”. Poza tym nagłos rzeczownika „narrator” jest identyczny z nagłosem polskiego czasownika „naraić” – czyli narrator to ten, kto naraja, czyli załatwia, poleca opowieść.

Pawła Tomczoka, autora hasła „Narrator”, zwiodła nie tyle etymologia, ile ideologiczne manowce. „Wiedza narratora nie spełnia kryteriów kapitalistycznego obiegu utowarowionych informacji – słychać to w języku niemieckim, gdzie opowiadanie (erzählen) bliskie jest liczeniu (zählen) i liczbie (Zahl), ale by stać się z nimi tożsame, musiałoby się pozbyć pierwszej sylaby” (s. 341). Te niemieckie słowa mają akurat wspólną etymologię, ale jeszcze z czasów sprzed monopolistycznej akumulacji kapitału.

Iwona Gralewicz-Wolny w haśle „Motto” wskazuje natomiast na „ukryte w nim anagramatycznie podwojone »to«. »To«, którego potrzebę i cel deklarował Miłosz” (s. 331). Tu następuje cytat z poety, po czym pojawia się wniosek: „Motto jest zatem jednym ze sposobów na przezwyciężenie »niemoty« tekstu, który wykorzystuje je, by określić swe clou” (tamże, podkr. A.P.). Odwdzięczę się analizą innego terminu. Otóż w pochodzącej z włoskiego kodzie polskie oko dostrzega nie ogon ani koniec, lecz tajemniczą obietnicę ukrywającego się podmiotu: coda, czyli: co da?

Wymagającą i zwodniczą partnerką bywa też geometria. Aleksandra Kunce twierdzi w „Punctum”, iż „Punkt, ujmowany geometrycznie, ma swoją namacalną, konkretną postać (…)”. Punkt jest jednak obiektem geometrycznym bezwymiarowym, tak że raczej tu trudno o wrażenia dotykowe. Wioletta Bojda i Nawarecki przypominają związek linii wiersza z liniami pozostawianymi przez pług. „Wszak kiedy oracz dochodzi do kresu pola, to zawraca, ciągnąc bruzdę w przeciwną stronę (i tak w kółko)” (s. 509). Kiedy właśnie nie w kółko!

Ryzykiem staje się też wybrany interpretacyjny model, w tym wypadku o proweniencji psychoanalitycznej. Iwona Wieczorek-Bartkowiak w artykule „Tekst” sięga do mitu o Arachne i zemście bogini. „Falliczna dominacja Ateny oraz dotkliwie ukarana Arachne znamionują różnicę pomiędzy męskim i kobiecym sposobem tworzenia” (s. 475). Skoro tak, to – pamiętając, że innego greckiego bohatera zabiło odzienie nasączone krwią i nasieniem Nessosa – dałoby się, choćby dla symetrii, mówić o waginalnej uległości Heraklesa?

Skomentowane powyżej wątpliwe miejsca wynikają z rozpędu czy nadmiaru; niestety, trafiło się w „Słowniku” także parę faktograficznych wpadek. Ewa Ogłoza w artykule „Baśń” utrzymuje, że terminu tego po raz pierwszy użył Roman Zmorski w roku 1852 (zob. s. 102), tymczasem hasło „Baśń” znalazło się już w pierwszym tomie słownika Lindego, wydanym w 1807. W haśle „Nagrobek” Grzegorz Olszański pisze o pojawieniu się „mniej więcej od połowy XVIII w.” (s. 336) rzeczownika „nadgrobek”. Najprawdopodobniej w rzymskiej dacie „I” przyciśnięte zostało jeden raz za dużo, bo pamiętamy przecież „Nadgrobek Perlisi” Jana Andrzeja Morsztyna, który napisał zresztą też inne „Nadgrobki”, już spoza dziedziny animal studies.

W artykule „Pamiętnik” Grzegorz Marzec podaje rok 1891 jako początek wydawania Słownika warszawskiego (zob. s. 360), a dzieło to zaczęło się ukazywać w 1900. Ten sam autor tłumaczy мнить jako ‘myśleć’ (zob. s. 362). Byłby to jednak zbyt już naciągnięty synonim, skoro rosyjski czasownik znaczy ‘sądzić’, ‘uważać’, ‘wyobrażać sobie’, ‘mniemać’. Z przyjemnością przecież oddaję Marcowi sprawiedliwość: w przywołanym tekście pisze on o Niemcewiczu, że ten „pozwala sobie na uwagi brzmiące w naszych uszach apokaliptycznie, albo wręcz postmodernistycznie” (s. 360).

Ta bystra uwaga typowa jest dla stylu myślenia i pisania w „Ilustrowanym słowniku”, przejawia się w niej, co tu dużo mówić, pociągający i wdzięczny l’esprit du vocabulaire. Recenzja wypada niepokojąco asymetrycznie (trwam jednak w przekonaniu, że warto było odnotować wątpliwości i błędy), lecz na cytowanie znakomitych miejsc wraz z pełnym podziwu komentarzem potrzebowałbym co najmniej drugie tyle miejsca. Z konieczności więc już tylko dwa punkty. Gdybym miał wybierać jedno hasło, wskazałbym na „Bon mot” Marka Bieńczyka, precyzyjnie i subtelnie zapisane nader istotne kwestie poznawcze i aksjologiczne. Gdybym miał natomiast wskazać jedno miejsce, to znajduje się ono w artykule Macieja Skrzypeckiego o palindromie, który „w swojej poetyckiej odmianie musi spełniać te same kryteria, co dobry wiersz, tj. zwracać uwagę odbiorcy na swoje tworzywo, czyli na językową nadorganizację” (s. 356). Jaka cudowna kontrabanda autonomii, zwłaszcza w dzisiejszych czasach!

LITERATURA:

Głowiński M.: „Nienawistnicy, belfrzy, manipulatorzy”. „Teksty” 1978, nr 1.

Joyce J.: „Ulisses”. Przeł. M. Słomczyński. Kraków 2006.

Podsiadło J.: „Wiersze. Wszystkie”. Opole 2016.
„Ilustrowany słownik terminów literackich. Historia, anegdota, etymologia”. Red. Zbigniew Kadłubek, Beata Mytych-Forajter, Aleksander Nawarecki. Wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2018 [seria: Podręcznik Humanisty].