Wydanie bieżące

1 września 17 (353) / 2018

Katarzyna Ryba,

STRATA W III AKTACH (FOKSTROT)

A A A
Samuel Maoz na powrót zawładnął weneckim festiwalem filmowym. Po raz kolejny, przyodziany w ubabrane błotem moro, tapla się wraz z widzami w gęstej kałuży pełnej groteskowego smutku. Prezentowany kilka lat wcześniej na MFF w Wenecji „Liban” nie tylko przyniósł sławę izraelskiemu reżyserowi, ale, co ważniejsze, ulokował jego twórczość w specyficznym genre. Jego dzieła przypisano do gatunku dramatów przedstawiających antywojenną filozofię, w której ofiarami są młodzi Izraelczycy. Maoz zsyła niczego nieświadomych chłopców, wraz z ich dziecięcą naiwnością, w wir walki, na którą nie są przygotowani.

„Fokstrot” w niebanalny sposób po raz kolejny porusza niniejszą tematykę, chociaż nie będzie ona punktem wyjścia dla fabuły. Tym razem perspektywa zostaje poszerzona, a sposób postrzegania świata wydaje się bardziej stonowany. Nie ujmuje to jednak dziełu jego siły przekazu. Przeciwnie, wydźwięk prezentowanego w filmie dramatu zdaje się bardziej wyrazisty. Każda z trzech sekwencji poświęcona jest innej postaci, której charakter kształtuje jej wygląd i sposób przedstawienia. Subtelność, z jaką reżyser traktuje bohaterów swojego utworu, ich emocje i rozterki angażuje głębiej niż anonimowe wystrzały z karabinu.

Akt I. Czy on w ogóle będzie w trumnie?

Kiedy w drzwiach stają, niewidoczni jeszcze dla widza, żołnierze, napięcie jest wyczuwalne. Wystarczy spojrzeć na zszokowaną twarz Michaela Feldmanna, tak bezgranicznie odrzucającego dziejące się na korytarzu „tu i teraz” – mdlejącą żonę, smutne, ale niewzruszone twarze oficerów. Ich obecność jest zwiastunem śmierci Jonathana, syna małżeństwa Feldmannów, poległego na polu bitwy. Maoz ofiaruje nam w tej dramatycznej historii ciągnące się w nieskończoność długie minuty narastającej frustracji, wobec której nie potrafimy być obojętni. Widzimy, jak każde słowo, czyn i gest wywołują skrajne reakcje nie tylko u Michaela, ale także u nas samych. Wspólnie wypieramy z podświadomości ten katastrofalny w skutkach incydent i żądamy niezbitych dowodów na jego poparcie. Ich brak przelewa czarę goryczy, tworząc kolejną falę irytacji spowodowaną skrajną bezsilnością oraz poczuciem wysłania własnego syna na śmierć.

Po chwili obraz zmienia swój ton, serwując widzom przesiąknięty abstrakcją, czarny jak smoła humor. Sceny planowania pogrzebu, wypłakiwania się na ramionach pogrążonego w żałobie ojca przeradzają się w bełkotliwe próby tłumaczenia zaistniałego nieporozumienia słowami „nic się nie stało”. Absurdalność działań bohaterów nie przynosi wyczekiwanego ukojenia i nieustannie drażni świeżo powstałe poczucie psychicznego komfortu. Jak mówi sam reżyser, pomysł, narodził się na podstawie jego osobistych doświadczeń, kiedy to przeżył godzinę grozy niesłusznie przekonany, że jego córka zginęła w wypadku samochodowym.

Akt II. Jestem na końcu świata i nie mam zasięgu

Samochód podjeżdżający do granicy. Beztroski śmiech młodych, pijanych ludzi skonfrontowany z wegetującymi w starym kontenerze niedojrzałymi emocjonalnie żołnierzami. Tkwią oni poza czasem i przestrzenią w fantastycznie groteskowym, hermetycznym świecie. Jonathan i jego jednostka – Fokstrot, której nazwa nomen omen jest kodem dla litery F w alfabecie fonetycznym NATO, definiują zmiany zachodzące w świecie poprzez odliczanie sekund, w których puszka przeturla się od jednej do drugiej ściany kontenera, oraz przechadzającego się przez granicę tam i z powrotem wielbłąda. Reżyser perfekcyjnie naszkicował w filmie odrealnioną pustkę trwania w syzyfowej próżni, gdzie każdy dzień poprzedni mógłby stać się kolejnym, a kolejny mógłby być poprzednim. W takiej scenerii można szybko zatracić to, co definiuje człowieka. Zwłaszcza gdy karabin trzymają chłopięce ręce nieprzygotowane do pociągnięcia za spust, chyba że w ostateczności.

Przytoczony „koniec świata” to miejsce, w którym reżyser podejmuje wizualną grę z widzem. Kolory, ujęcia – wszystko to sprawia wrażenie sennych mar, z których trudno się uwolnić. Naturalizm i szczerość postaci w połączeniu ze sztucznym odzwierciedleniem bazy wojskowej oczarowuje. Co więcej, twórca na tym nie poprzestaje. Jego dzieło nabiera nowych barw, gdy na ekranie pojawia się stworzona na podstawie rysunków Jonathana animacja, odzwierciedlająca silną więź kolejnych pokoleń ze swoimi przodkami, ale również naznaczoną czasem przepaść pomiędzy nimi.

Akt III. Ostatnia bajka na dobranoc

Historia lubi zataczać koło, tak więc powrót do domu Feldmannów był nieunikniony. Tym etapem filmu zawładnęła Daphne, kobieta, którą zbyt naiwnie widz wrzucił na początku utworu do worka z napisem „drugi plan”. To właśnie pod koniec możemy odkryć siłę jej charakteru oraz ciepło i spokój, którym wciąż jest w stanie obdarzać ludzi wokół siebie. Maoz jeszcze raz uwypukla w bohaterach cechy nas samych, wzajemne obwinianie się, poszukiwanie konfliktu zamiast dążenia do porozumienia. Ukazuje, że w życiu władzę mają nad ludźmi rzeczy, na które nie ma się wpływu, pomimo podejmowania desperackich prób kontroli rzeczywistości i uchronienia się przed nieuniknionym. Jednak pesymizm utworu nie jest wszechogarniający i w pewnym momencie dostrzec można światełko w tunelu. Niewyraźne i ciężkie do uchwycenia, ale dodające otuchy i nadziei.

Nie bez powodu obraz ten jest aż tak ujmujący. Przeprowadza widza przez emocjonalny proces, kolejno szokując, hipnotyzując i poruszając. Łatwo pozwala utożsamić się z bohaterami i zatracić w zamkniętej rodzinnej intymności. Maoz umożliwia w swoim dziele wejście w skórę Feldmannów i doświadczenie ich uczuć. Razem z Michaelem, Jonathanem i Daphne będziemy kręcić się w kółko, bezcelowo próbując odbudować pogrzebane głęboko w nas wartości. Na końcu, wspólnie wykonując ostatni krok, powrócimy do punktu wyjścia, tak jak wtedy, kiedy tańczy się fokstrota.
„Fokstrot” („Foxtrot”). Scenariusz i reżyseria: Samuel Maoz. Zdjęcia: Giora Bejach. Obsada: Lior Ashkenazi, Sarah Adler, Yonathan Shiray i in. Produkcja: Francja, Niemcy, Izrael 2017, 113 min.