Wydanie bieżące

1 września 17 (353) / 2018

Miłosz Markiewicz,

ZROZUMIEĆ GŁUPOTĘ ALBO FARMAKOLOGIA WIEDZY (BERNARD STIEGLER: 'WSTRZĄSY. WIEDZA I GŁUPOTA W XXI WIEKU')

A A A
W przededniu wyborów samorządowych zamiast merytorycznej kampanii proponującej realne rozwiązania lokalnych problemów na ulicach naszych miast możemy obserwować tzw. kampanię billboardową. Umieszczone na wielkoformatowych reklamach twarze polityków, którym towarzyszą populistyczne hasła oczerniające bądź chwalące reprezentantów prawicowej sceny politycznej, swoją estetyką przypominają raczej nagłówki tabloidów niż rzetelne komunikaty wyborcze. W tym samym czasie prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki uprawia swoją politykę za pomocą platformy społecznościowej, jaką jest Twitter, dając w kolejnych wpisach upust swoim negatywnym emocjom. Co musiało się stać, że politycy, stanowiący wszak tzw. elitę intelektualną, posługują się językiem i gestami, o które nigdy wcześniej byśmy ich nie podejrzewali? Przede wszystkim jednak, jak to się dzieje, że społeczeństwo te zachowania akceptuje i nie wydaje się nimi zszokowane – do tego stopnia, iż media zamiast samą ideą polskiej kampanii billboardowej zajmują się treścią poszczególnych „reklam”? Czy rosnąca siła populizmu stanowiłaby dowód na to, że tkwimy w intelektualnym kryzysie, usuwając w cień post-oświeceniową władzę rozumu?

W takim kontekście możemy spróbować czytać pierwszą przetłumaczoną na język polski książkę Bernarda Stieglera, jednego z najpopularniejszych współczesnych francuskich filozofów, kojarzonego przede wszystkim z filozofią techniki i kwestią pragnienia. Jego „Wstrząsy. Głupota i wiedza w XXI wieku” ukazały się nakładem Wydawnictwa PWN zaledwie 5 lat od oryginalnego wydania. „Zaledwie”, bo przecież inne jego publikacje, których wydał już ponad 30 (pierwszą w 1994 roku), wciąż czekają na swoje przekłady. Decyzja, by przybliżyć polskim czytelniczkom i czytelnikom akurat ten tytuł, wydaje się jednak niezwykle trafiona – dzięki temu możemy od razu zapoznać się ze Stieglerem jako filozofem zajmującym się aktualnością, poddającym refleksji najważniejsze oraz uniwersalne problemy współczesności. Co prawda wymusiło to na tłumaczu (Michał Krzykawski) olbrzymią pracę dodatkową, którą wykonuje w rozbudowanych przypisach – przybliżających i wyjaśniających stosowaną przez autora „Wstrząsów” terminologię oraz poruszane przez niego konteksty – jednak przyznać należy, iż praca ta nie idzie na marne, stanowi bowiem istotne uzupełnienie lektury mocno zagęszczonego tekstu filozofa. Jest to również o tyle ważne, że Stiegler nie pisze pojedynczych książek, a tworzy złożony, wielowarstwowy, spójny i kompleksowy projekt krytyki ekonomii politycznej w obliczu „techno-logicznego” świata XXI wieku. Autor niejednokrotnie (a nawet niezwykle często) odwołuje się do innych swoich publikacji, nie rozwija pewnych koncepcji, zaznaczając, iż zostały już wystarczająco opisane gdzie indziej, a czasem nawet zapowiada, że poszczególne tematy, na których rozwinięcie nie ma miejsca we „Wstrząsach”, zostaną poddane szczegółowej refleksji w kolejnych, nadchodzących publikacjach.

Cóż więc stanowi przedmiot refleksji francuskiego filozofa w książce o tak intrygującym tytule? Jedno z głównych pytań, na które poszukuje on odpowiedzi, brzmi: „Czy Uniwersytet we wszystkich swoich częściach składowych nie jest w wysokim stopniu odpowiedzialny za nierozum w skali planetarnej, o ile nie uniwersalnej, który – jak się wydaje – zawładnął nami, spóźnionymi przybyszami z dwudziestego pierwszego wieku, bez względu na to, w którym miejscu na Ziemi jesteśmy?” (s. 218). Stiegler zastanawia się, jak doszło do tego, że władza rozumu ustąpiła dziś rosnącej w siłę bezmyślności, nierozumowi czy też głupocie. Pyta o status wiedzy oraz produkującej ją Akademii w czasach, gdy w społeczeństwie coraz donośniej słychać głosy ruchów antyszczepionkowych czy zwolenników denializmu klimatycznego. Przede wszystkim jednak, nie tylko poddaje refleksji ów stan, który nazywa wstrząsem, ale szuka wyjścia z obecnej sytuacji, proponuje rozwiązania, które powinny zostać podjęte na szczeblach nie tylko politycznych, ale i uniwersyteckich, jako że to właśnie te ostatnie instytucje stanowią miejsce kształtowania naszych wzorów myślenia, powinny uczyć nas krytycznego reagowania na zachodzące w świecie zmiany – ich zadaniem jest więc nie tylko diagnoza, ale i odpowiednia kuracja.

Ostatnie słowo poprzedniego akapitu wydaje się o tyle ważne, że Stiegler – jako pilny i zaangażowany uczeń Jacques’a Derridy – nazywa swoją refleksję, a także jej pochodne farmakologią. Odwołuje się w ten sposób do jednego z najważniejszych tekstów współczesnej filozofii, a więc eseju „Farmakon” (Derrida 1992a), w trakcie lektury którego uczymy się niezwykle silnego napięcia pomiędzy lekarstwem a trucizną. I rzeczywiście, zgodnie z metodą swojego mistrza, Stiegler prowadzi myśl za Derridą, ale jednocześnie przeciwko niemu. Widać to doskonale chociażby w drugiej części książki – już sam jej tytuł „Uniwersytet uwarunkowany” uruchamia skojarzenia z „Uniwersytetem bezwarunkowym” (Derrida 2015), słynnym wykładem autora „O gramatologii”. Stiegler stoi na stanowisku, że „nie istnieje uniwersytet bezwarunkowy, a wolność akademicka jest zawsze wolnością uwarunkowaną” (s. 416). Idea autonomii i suwerenności Akademii niesie ze sobą ryzyko zbytniego oderwania się od otaczającej rzeczywistości. Tymczasem każda „szkoła jest polityczna: tworzy bowiem matrycę procesu indywiduacji psychicznej i zbiorowej, stanowiącego grunt wychowania do umiejętności życia w społeczeństwie” (s. 523). Dlatego właśnie zadaniem edukacji – szczególnie wyższej – jest wyjście naprzeciw problemowi rozprzestrzeniającej się i nabierającej siły bezmyślności (tłumacz zdecydował się na częstsze używanie sformułowania „głupota” niż „bezmyślność” na oddanie francuskiego bêtise, jednak mam problem z tym słowem – w języku polskim ma ono nie tylko charakter pejoratywny, ale wręcz wulgarny, obraźliwy, podczas gdy „bezmyślność” zawiera w sobie również to, co dla zagadnienia ważne, a więc negację racjonalności). Książka Stieglera stanowi wyraz sprzeciwu wobec interioryzacji wstrząsu związanego z wszechwładzą głupoty (czy też bezmyślności), spowodowanej nie tylko decyzjami politycznymi próbującymi reformować Akademię – winni tego zjawiska są również sami uniwersyteccy filozofowie. Uniwersytet interioryzuje bowiem bezmyślność poprzez powtarzanie, że nic nie da się z nią zrobić, że nie da się z nią walczyć (zob. s. 212) – odbywa się w ten sposób racjonalizacja głupoty, a więc sankcjonowanie jej istnienia przy jednoczesnej intelektualnej apatii prowadzącej do nihilizmu. Stąd zaś niedaleko już do katastrofy…

Tymczasem Stiegler powtarza za Nietzschem, że „głupota jest konstytutywną cechą wiedzy” (s. 94). Nie odrzuca więc jej istnienia, nie próbuje negować, choć nie wzrusza też bezczynnie ramionami – próbuje raczej wyciągnąć wnioski z jej funkcjonowania i zastanowić się, jak Akademia (obejmująca w jego rozumieniu każdy szczebel edukacji, a więc formowania jednostek) może sobie z nią poradzić, wykorzystać ją i jednocześnie ustawić się w kontrze do niej. Na tym właśnie polega stieglerowska farmakologia, a dokładniej nawet „farmakologia pozytywna”, która może być rozwiązaniem stanu, w jakim się znaleźliśmy. Wymaga ona „farmakologicznej dekonstrukcji opozycji leżących u podstaw instytucji rozumu” oraz „musi stać się najważniejszym zadaniem uniwersytetu jutra i nowym kontekstem akademickiego życia szkolnego” (s. 396).

Stiegler obawia się bowiem, że brak działania może prowadzić do wojny, a przynajmniej do „dekadencji europejskiej kultury” (s. 536). Zauważa, iż Komisja Europejska nie zajęła się tworzeniem oczytanego społeczeństwa, a raczej „skupiła się wyłącznie na utworzeniu rynku europejskiego i poddaniu życia akademickiego jedynie przyczynowości sprawczej, a więc efektywnej, nie rozróżniając pomiędzy wiedzą a informacją” (s. 533–534). I tak zadaniem Akademii stało się przygotowywanie kadr, odpowiadanie na zapotrzebowania rynku. Tymczasem nabywanie kompetencji służy dostosowywaniu się, tworzy podległe systemowi społeczeństwo, którego zadaniem nie jest kwestionowanie czy krytyczny namysł, a bezmyślne realizowanie wyuczonych zadań, powszechna uniwersalizacja i jak najprostsze funkcjonowanie. W ten sposób głupota stała się nie tylko systemowa, ale również systemiczna. Wiedza jest natomiast z zasady swej „anty-dostosowywalna” (s. 436). Nie zdobywamy jej z powodów pragmatycznych. To jej posiadanie może stać się dopiero punktem wyjścia do rzetelnej oceny sytuacji i podjęcia odpowiednich działań. Skutkiem pragmatyzowania Akademii „są dzisiaj niezwykle gwałtowne nastroje antyeuropejskie: Europejczycy przeżyli »konstrukcję europejską« jako destrukcję procesów indywiduacji zbiorowej, które ich poczęły jako Europejczyków i Europejki w mnożących się formach i typach” (s. 535). Wywołane przez powyższe działania poczucia braku indywidualności i utracenia prywatności powodują, że do głosu dochodzą ruchy nacjonalistyczne wyrażające swój brak zgody na ujednolicenie, jednocześnie zaś sprawnie z mechanizmów owej uniwersalizacji korzystające. Jak zauważył Stiegler, „wiedza zawsze będzie mogła pewnego dnia posłużyć głupocie” (s. 163), tym samym stając się swoim własnym farmakonem.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt zmian, jakie zaszły w społeczeństwie wskutek tego, co autor nazywa rewolucją konserwatywną – prywatne to już nie wewnętrzne czy intymne, a zorientowane na czerpanie indywidualnego zysku oraz kalkulację. Gdy mówimy dziś o tym, co prywatne, chociażby w opozycji do tego, co publiczne, trudno uciec od skojarzeń z tak samo określanymi sektorami rynku. Uprzemysłowienie, niosące ze sobą „techno-logię” (takiego pojęcia używa Stiegler, żeby odróżnić technologię rozumianą potocznie od myślenia „techno-logicznego”, stanowiącego szczególne połączenie techniki i nauki), sprawiło, że wszystko rozpatrujemy dziś w kategoriach ekonomicznych, przeliczamy, rozważamy w perspektywie zysków i strat. Używamy tej gramatyki kapitalizmu w sferach, które wydawałyby się wolne od jego uwikłań. Wiedza jest towarem, który należy sprzedać – to jej „kres” (Derrida 1992b). Dlatego też jej produkcja (!) ulega przyspieszeniu, praca poszczególnych naukowców porównywana jest w kategoriach wolnorynkowej konkurencji, a szczególnie premiowana jest możliwość szybkiego wdrażania wytworzonych rozwiązań (czasem w tym celu można pominąć tradycyjną ścieżkę akademicką, związaną na przykład z naukowymi publikacjami w branżowych czasopismach, co ma zachęcać badaczy do wytężonej pracy, skutkującej szybszym awansem na szczeblach naukowej kariery). Usuwa to na bok fakultety filozoficzne (czy też humanistyczne), których głównym zadaniem jest wszak wytwarzanie wiedzy krytycznej i metarefleksji, nieprzeliczalnej na łatwe kwantyfikatory (por. Kant 2003).

Stiegler nazywa ten sposób myślenia, oparty na podporządkowaniu się wytycznym agencji ratingowych i międzynarodowych organizacji bankowych, mianem finansjeryzacji bądź też światowej wojny ekonomicznej, która „stała się przede wszystkim wojną przeciw urządzeniom publicznym (…), poprzez które wytwarzały się specyficzne formy wymagające uwagi. Doprowadziło to do krańcowego wyczerpania struktur społecznych i do niezwykle groźnego osłabienia aparatów psychicznych, czyli do osłabienia rozumu” (s. 429). Efektem tego ostatniego jest obserwowalne dziś umacnianie się bezmyślności, które jest o tyle niebezpieczne, że – według wykładni autora „Wstrząsów” – mówienie głupstw i robienie głupstw jest wręcz tym samym, jako że głupota ma charakter performatywny (zob. s. 164). Fakt ten możemy zaobserwować chociażby w realnych/materialnych efektach wirtualnych tweetów prezydenta Trumpa, jak przykładowo wtedy, gdy jego wpis o rozmowie telefonicznej z prezydent Tajwanu zachwiał równowagą dyplomatyczną pomiędzy USA i Chinami (zob. Phillips 2016). „W obliczu krańcowych efektów światowej wojny ekonomicznej i nieuchronnego zagrożenia rzeczywistą wojną światową, zaproponowanie alternatywy dla tej ekonomiczno-gospodarczej wojny jest czymś koniecznym. Przed takim imperatywem stoją zarówno organizacje polityczne, jak i uniwersytety” (s. 359–360).

Francuski filozof nie wyraża zgody na nihilistyczny dekadentyzm Europy. Chce być myślicielem „działającym”, inspirującym do aktywności, ale też proponującym konkretne rozwiązania. Przede wszystkim próbuje on zwrócić naszą uwagę na fakt, iż „wstrząsy i katastrofy wszelkiego rodzaju są po to, aby czerpać z nich zysk oraz zdemolować i doprowadzić do dezintegracji systemy społeczne” (s. 107). Dlatego właśnie tytułowe wstrząsy (we francuskim oryginale états de choc) odnoszą się do kapitalizmu kataklizmowego, opisanego przez Naomi Klein, która nazywa tak „zorganizowane ataki na sferę publiczną po rozmaitych katastrofach, w połączeniu z traktowaniem tych katastrof jako świetnych okazji do ubicia interesu” (Klein 2014: 12–13). Taką katastrofą jest dla Stieglera właśnie osłabienie rozumu przy jednoczesnym umocnieniu bezmyślności w kontekście epoki cyfrowej, którą filozof – nawiązując tym samym do wspomnianego już eseju Derridy – uważa za kolejne stadium rozwoju pisma. Jednak zgodnie z farmakologicznym charakterem jego refleksji to właśnie m.in. w rozwoju humanistyki cyfrowej czy ustosunkowaniu się uniwersytetów do przemian technologicznych widzi on możliwość wyjścia ze stanu szoku (bądź wstrząsu). Proponowane przez niego „współtwórcze praktyki nauczania” (s. 537) nie tylko uwzględniają kwestię globalnego usieciowienia informacji, ale także zwracają uwagę na fakt, iż wiedza nigdy nie była wytwarzana wyłącznie we wnętrzu uniwersytetu, co przypomina o jego specyficznym (w rozumieniu „gatunkowym”) uwarunkowaniu społecznym.

W przededniu wejścia w życie reformy prawa o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. Ustawa 2.0) powinniśmy szczególnie wnikliwie wczytywać się w to, co ma nam do powiedzenia Bernard Stiegler. Jego analizy są niezwykle złożone i kompleksowe, a jednocześnie precyzyjne. Nie tylko potrafi on zdiagnozować najpoważniejsze problemy współczesności, ale też poszukuje realnych rozwiązań, nie zgadzając się na intelektualną apatię. Podążając za jego myślą (choć jednocześnie powinniśmy wszak wychodzić jej naprzeciw), należałoby przemyśleć rolę Akademii we współczesnym świecie i zrozumieć, że jeśli uniwersytet ma być instytucją terapeutyczną, to jego zadaniem jest zastąpienie konfliktów zbrojnych konfliktami logicznymi.

LITERATURA:

Derrida J.: „Farmakon”. Przeł. K. Matuszewski. W: tegoż. „Pismo filozofii”. Kraków 1992.

Derrida J.: „Kres człowieka”. Przeł. P. Pieniążek. W: tegoż. „Pismo filozofii”. Kraków 1992.

Derrida J.: „Uniwersytet bezwarunkowy”. Przeł. K.M. Jaksender. Kraków 2015.

Kant I.: „Spór fakultetów”. Przeł. M. Żelazny. Kraków 2003.

Klein N.: „Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne”. Przeł. H. Jankowska, T. Krzyżanowski, K. Makaruk, M. Penkala. Warszawa 2014.

Phillips T.: „China lodges complaint with US over Trump's Taiwan phone call”. https://www.theguardian.com/world/2016/dec/03/china-donald-trumps-taiwan-phone-call-complaint-us.
Bernard Stiegler: „Wstrząsy. Głupota i wiedza w XXI wieku”. Przeł. Michał Krzykawski. Wydawnictwo PWN. Warszawa 2017.