Wydanie bieżące

1 września 17 (353) / 2018

Maciej Mazur,

SEN MILSZY NIŻ ŻYCIE? (GEORGES-OLIVIER CHATEAUREYNAUD: 'FAKULTET SNÓW')

A A A
Tekst z cyklu: Zapomniane, (nie)odkryte
„Fakultet Snów” (1982), jedyne dzieło Georgesa-Oliviera Châteaureynauda przetłumaczone na język polski, ukazało się w piwowskiej serii – Współczesna Proza Światowa w 1987 roku. Autor otrzymał za tę książkę prestiżową nagrodę Renaudot, która zaraz po laurze Goncourtów jest najważniejszym wyróżnieniem literackim we Francji. Sukcesy pisarza jednak się na tym nie skończyły, bowiem w 2005 roku dzięki opowiadaniu „Singe savant tabassé par deux clowns” został laureatem Prix Goncourt de la nouvelle (Nagroda Goncourtów za opowiadanie). Tym bardziej dziwi więc fakt, że Châteaureynaud poza owym niewielkim objętościowo dziełem jest polskiemu czytelnikowi nadal bliżej nieznany. Dlatego warto, jak sądzę, przypomnieć „Fakultet Snów”, żywiąc nadzieję na zainteresowanie twórczością tego pisarza w Polsce.

Powieść ta to właściwie portret potrójny, opowiada historię trzech mężczyzn – robotnika przyuczonego (franc. ouvrier spécialisé) Quentina, Jeana-Jacquesa Manoira zwanego również Ciężkogłowym oraz bibliotekarza Hugo.

Quentina poznajemy jako – w kapitalistycznym rozumieniu tego słowa – nieudacznika życiowego, osobę bez środków do życia, na skraju zupełnego ubóstwa, wagabundę, którego „skłonnością i nałogiem” jest sen. Od samobójstwa odwodzi go jedynie litość jego dawnego przyjaciela ze szkolnej ławy: trochę pieniędzy i propozycja pracy. Châteaureynaud gra tą postacią nieco z francuską tradycją literacką – początek „Fakultetu…” i litość, na którą godzi się Quentin, przywodzi na myśl balzakowskiego „Jaszczura”, tam owo uczucie przedstawione jest jako „zło w obleśniej formie” (Balzac 1954, s. 388), które znieść człowiekowi najtrudniej. W żadnym razie bohater nie czuje się jednak przytłoczony litością, godzi się na nią. Pieniądze, praca – to wszystko od lat wydawało mu się zbędne, niegodne humanisty, bierze, co mu dają – traci resztki niezależności i sięga dna; żyje dalej zupełnie jak poprzednio – niemal bez celu. W strachu przed zimnem zajmuje opuszczony, zrujnowany dom w Paryżu.

Niezwykle jasnym punktem w charakterystyce tego bohatera jest ten fragment: „Ach, książeczka czekowa! Minęły czasy, gdy troska o pozycję społeczną i upodobanie do pieniędzy wydawały mu się świadczyć o prostactwie. Och, westchnął, być bogatym i wznieść wokół siebie mury nie do przebycia! I zaczął, jak mu się to często zdarzało, snuć dziecinne projekty. Widział siebie, w najśmielszych wyobrażeniach, zarabiającego miliony w jeden tydzień! Nie zastanawiał się wcale, jak do tego doszedł. W toku tych marzeń najbardziej lubił chwilę, gdy wycofywał się zrobiwszy majątek. Kupował wtedy na jakiejś wyspie wysoko położoną siedzibę. (…) Konwencjonalne szczęście, którego dopiero co pożądał (…) wszystko się zacierało, rozmywało, a gdy rozwiał się ten miraż, ponad falami, niczym więzienie na niedostępnej skale wyrastała pustelnia, samotnia” (s. 42).

Trochę jak bohaterowie „Rzeczy” Georgesa Pereca, marzył o bogactwie znikąd, ale zupełnie inaczej niż dla większości – dla niego miałoby być ono jedynie środkiem do celu, którym byłaby swoboda marzenia i śnienia.

„Nazywał się Jean-Jacques Manoir i do lat ośmiu czuł się bezpiecznie w swoim nazwisku” (s. 13. Manoir – [franc.] dworek.). Ciężkogłowy to z całą pewnością najlepiej napisana postać „Fakultetu Snów”. Mężczyzna w średnim wieku, który w dzieciństwie w czasie wojny stracił matkę, dom, a sam nie zginął jedynie w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności. Trafił do ośrodka wychowawczego, gdzie zyskał przezwisko Ciężkogłowy przez wzgląd na swą powolność. Do czterdziestki wszystko w jego życiu było jak on sam – powolne i wyważone, przez wiele lat piął się po szczeblach kariery urzędniczej, wykazując się przy tym niezawodnością przy niemal zupełnym braku wymagań. W końcu jednak osiąga on granicę swoich możliwości – przystaje. Wtedy, jak pisze Châteaureynaud (bardzo świadomy psychoanalitycznych inklinacji, wielokrotnie, szczególnie tą postacią, prowadzący dialog z freudowską teorią), to, co młody Manoir zepchnął do nieświadomości, zaczyna jak dno jeziora gnić i zatruwać wyższe partie przejrzystych wód. Interpretacja nasuwa się sama: podczas snu osłabia się działanie cenzury i wtedy Ciężkogłowy zaczyna mieć koszmary, wizje skatologiczne, śni mu się dom zalewany przez fekalia, a w nim kamienne figury jego matki – jakby na wzór starożytnych praktyk wprasował ją w ściany tego budynku (Ammann 1995, s. 155). To, co stłamsił, zaczyna fermentować i bije w górę do świadomości. Jego spokojny żywot samowystarczalnego, płytkiego, obojętnego intelektualnie urzędnika – jednego z wielu – człowieka bez głębi, bez pasji (wyjąwszy może karierę zawodową), przekształca się w znerwicowaną agonię; bezustanny niepokój i różne formy nerwicy, lęk przed snem kompletnie rozregulowują codzienny rytm Manoira. Choroba psychiczna ma w tym wypadku raczej charakter pourazowy (trauma dzieciństwa). Można także przypuszczać, że tę siłę, tkwiącą w nierównowadze psychicznej, wykorzystywał w procesie, który Freud nazywa uwzniośleniem: „Dążenie seksualne porzuca swój cel, skierowany ku rozkoszy cząstkowej lub ku rozkoszy płodzenia, i przyjmuje inny, który jest genetycznie związany z porzuconym, ale sam nie może już być nazwany seksualnym, lecz społecznym. Zwiemy ten proces »uwzniośleniem« (sublimacją)” (Freud 1995, s. 316). W tym szczególnym przypadku Manoir odwracał się od rzeczywistości (samowystarczalność, samotne życie, brak potrzeb) – przekuwał całe libido na pięcie się w górę na stanowiskach w pracy. Zastój spowodował zatrzymanie tego procesu i był pośrednią przyczyną nerwicy.

Byłaby to postać w literaturze już dość znana, której portret wyróżniałby się może nieco precyzją opisu, gdyby nie groteskowość tego bohatera – na tyle, na ile szaleństwo może być groteskowe. Warto choćby przytoczyć scenę, w której zwalisty Manoir – swym urzędniczym krokiem – udaje się, tym razem opanowany potrzebą poznania nocnego życia Paryża, na „dancing” do gejowskiego klubu, choć nie ma o tym pojęcia. Oto wybitny popis czarnego humoru francuskiego pisarza: mężczyzna po czterdziestce, który ciężej niż inni przeżywa swój kryzys wieku średniego.

Ostatni z głównych bohaterów i kolejna ciekawa osobistość w albumie „Fakultetu Snów” – Hugo – wychowany przez dziadków, wielbiciel książek i psów, bibliotekarz i znów – jak już do tego przyzwyczaił nas autor – samotnik, nieudacznik, a w dodatku grafoman. Mieszka w domu, który wkrótce ma zostać zburzony, dostaje przez to ogromne odszkodowanie, podobnie więc jak Manoir nie cierpi w żadnym razie na brak pieniędzy. Jego postacią powieść wzbogacona zostaje o rzecz naprawdę wspaniale opisaną, po raz kolejny okraszoną wysokiej próby komizmem. Hugo tkwi w rzeczywistości fantazmatycznej. Otóż po napisaniu grafomańskiej powieści, którą wydał własnym sumptem pod pseudonimem, korzystając ze swych kompetencji, podejmuje chytrą inicjatywę wprowadzenia jej do biblioteki i stawia ją na półce z nowościami; kiedy ani razu nie zostaje wypożyczona, a od współpracowników słyszy, że to prawdziwy gniot, zaczyna wypożyczać ją sam na fikcyjne konto. Można to zinterpretować tak, że Hugo pozostaje tylko w połowie świadomy tego, co robi; niewątpliwie karmi się tym fantazmatem, utrzymując, że ktoś cały czas czyta i wypożycza jego powieść, oddala on od siebie chwilę uświadomienia sobie swojej porażki; bez wątpienia jest to jego cecha narcystyczna: bezkrytyczny zachwyt dziełem własnych rąk to w rzeczywistości zachwyt samym sobą odbijającym się w dziele (Fromm 2017, s. 94). Ta łagodna jeszcze forma narcyzmu znajduje wyraz w hipochondrii bohatera, zestawionej z lękiem przed lekarzem – czyli postacią konotującą wyobrażenie choroby.

Châteaureynaud, kreśląc postać Hugo, podobnie jak to uczynił z Quentinem i Manoirem, przydaje mu bardzo charakterystyczną cechę, mającą znamiona patologiczne, co zmusza czytelnika do podjęcia próby interpretacji i wyjaśnienia jej podłoża, co również ja, wciągnięty w grę autora, staram się tu w wąskim wymiarze uczynić. Dziwactwo Hugo jest opisane wyraziście i na swój sposób groteskowo, acz nie można powiedzieć, by było ono czymś literaturze do tej pory nieznanym. Wystarczy tu przywołać jednego z bohaterów „Pastwisk niebieskich” Johna Steinbecka, „kutego na cztery nogi” Eda, który prowadzi kajecik swoich fikcyjnych inwestycji, pozwalający mu nadmuchiwać wielkość jego majątku do niewyobrażalnych rozmiarów, co przy jego skąpstwie tym silniej oddziałuje na umysły mieszkańców (Steinbeck 1966, s. 31). Ed wierzy w te „inwestycje” i podobnie jak Hugo – podnosi tym poczucie własnej wartości.

Czytelnik na pewno zdaje sobie sprawę, że w końcu te trzy światy będą musiały się zderzyć. W przeciwnym razie „Fakultet Snów” byłby nie tyle powieścią, ile bardziej zbiorem złożonym z trzech opowiadań, luźno połączonych motywami samotności, domu, nieudacznictwa. Podczas lektury zastanawiało mnie, jak Châteaureynaud zamierza tego dokonać i przyznam się – miałem obawy co do tego, że owo połączenie będzie wymuszone i sztuczne. Przeczuwałem problem autora, który, chcąc utrzymać realistyczną konwencję opowiadania, nie zamierza opisywać zbyt fantastycznego zbiegu okoliczności w obawie przed kiczem. Rozwiązanie autora z rozproszeniem tych przypadkowych spotkań jest dobre, wszak cały ten fabularny zwrot nie jest najlepszym momentem powieści, aczkolwiek niezbędnym, bo prowadzącym do nowego, wspaniałego rozdziału. Panowie zaprzyjaźniają się, Manoir i Hugo, mimo iż posiadają własne domy i niemałe sumy na kontach, wprowadzają się do ruin zaanektowanych przez Quentina, które nazwane zostają Fakultetem Snów.

Mistrzostwo pisarskie tego wielokrotnie nagradzanego pisarza odczuwa się żywo, kiedy przedstawia wspólną egzystencję tych wielkich przegranych. Mam na myśli nie tylko sposób opisywania, nawet nie tyle drobiazgowość autora, ale głębię socjologiczną, potencjał tej sytuacji. Naraz ci trzej kawalerowie odzyskują werwę, dopełniają się; nędza i chłód nie mają dla nich znaczenia, rozumieją się; są jak dzieci, które zbudowały na podwórku dobrze ukrytą „bazę”, zawlokły do niej nadgniły tapczan i parę połamanych krzeseł – beztroscy, „porozumieni” w bezsensie.

Aż chciałoby się powtórzyć za Frommem, że istnieją dwa pojęcia zdrowia psychicznego – zorientowane na człowieka i zorientowane na społeczeństwo (Fromm 2017, s. 86-88). Czy jednak człowiek nadal może być zdrowy psychicznie, żyjąc w chorym psychicznie społeczeństwie? Châteaureynaudowi wydaje się przyświecać podobne pytanie. Ludzie tak niedopasowani, odpychający jak ta trójka – tworzący swój mikroświat, swą mikrokulturę – są szaleni? A może tylko dla „tych z zewnątrz”, którzy mają monopol na etykietowanie, władzę słowa. Może idąc za Thomasem Szaszem – powinno się zaprotestować przeciwko takiemu podejściu (Poglądy T. Szasza zostały częściowo wyłożone w: Jaccard 1993, s. 32-33). Jak na to wskazywała Ruth Benedict: czy to, co uchodzi za normalne w jednej cywilizacji, mogłoby być uznawane za patologiczne w drugiej (Benedict 2018)? Innymi słowy: w swym mikroświecie, w Fakultecie Snów, tych trzech odbiera się nareszcie jako zupełnie normalnych; specyficznie doświadczeni przez życie, wytwarzają swoją normę, zostają przyjęci, zaaprobowani i czują się zdecydowanie lepiej.

W całej powieści pisarz unika definiowania zdrowia psychicznego bohaterów, niechże więc czytelnik sam odpowie sobie na pytanie, czy ma do czynienia z szaleńcami, czy może wyrzutkami szalonego społeczeństwa – ludźmi jak najbardziej zdrowymi, którzy bronią się przed tragedią współczesnego świata w taki, a nie inny pokrętny sposób. A może lepiej nie odpowiadać na to pytanie i pójść w ślad za Szaszem, i nie definiować, by nie odhumanizować, by z tych dziwaków nie zrobić nagle „obiektów” – materiału przygotowanego do „przeróbki” w szpitalu psychiatrycznym?

Powieść ta dotyka też problemu specyficznie rozumianej wolności, który kojarzy mi się z ujęciem, jakiego można się dopatrzyć w arcydziele Johna Maxwella Coetzeego: „Życie i czasy Michaela K”. Myślę tutaj o manifeście Quentina – pozornie najbledszej postaci „Fakultetu…”. Quentin chce żyć – w swobodnym życiu przeszkadza mu tak, a nie inaczej zbudowane społeczeństwo. Aby myśleć, musi żyć, aby żyć, musi pracować. Jakże podobny to typ do tytułowego Michaela K., którego bez końca przepędzają z jednego miejsca na drugie, a któremu wystarczyłoby po prostu spokojnie żyć – w grocie, w opuszczonej chacie... Ci bohaterowie gorączkowo pragną wolności. Wolności, która nie organizuje protestów, nie zawiesza transparentów, która obywa się bez wrzasku na ustach.

Quentin to wyjątkowy typ bohatera. Bladość tej postaci, szczególnie na tle pozostałej dwójki, mogłaby być rozumiana jako wada, tymczasem jest to wysmakowana oszczędność autora. Czasem najbardziej niepotrzebną rzeczą na obrazie wydaje się wyraz twarzy, jak możemy przeczytać w „Barbarzyńcy w ogrodzie” Zbigniewa Herberta. Quentin jest tutaj jak postać z obrazu Pierra della Franceski – skreślony delikatnymi pociągnięciami autorskiego pióra, stanowi jeden z najbardziej milczących portretów orędownika wolności w literaturze.

Wadą tej powieści, zabiegiem nietrafionym, według mnie zbędnym jest wprowadzenie między tę trójkę kobiety – Luizy. Jest ona tutaj papierkiem lakmusowym, który ma sprawdzić reakcję tych samotników na płeć piękną. Trudno w jej przypadku pisać o jakimkolwiek pogłębieniu psychologicznym. Pojawienie się jej to desperacka próba pokazania osoby o dość podobnej przeszłości do pozostałej trójki, która jednak „wychodzi na prostą”. Luiza jest tutaj metaforą sukcesu, jeszcze bardziej pogrąża w cieniu tych, którzy spółkowali z nią na brudnych podłogach Fakultetu Snów. Historia ta ma w sobie coś doprawdy odrażająco cielesnego, Châteaureynaud ratuje ją specyficznym komizmem i absurdem, który trudno uświadomić sobie od razu: Luiza przychodzi do Fakultetu, gdzie mieszka trzech obdartusów, którzy stają się jej sponsorami.

W wyniku wprowadzenia Luizy powieść nieco się załamuje. Próbuję zrozumieć, co chciał osiągnąć, a czego chciał uniknąć autor, tworząc tę postać. Dzięki niej może pozwolić sobie na zgrabne zakończenie – niemniej jednak – równie przewidywalne i oczywiste jak spotkanie tych trojga. Tę przewidywalność można zdecydowanie wybaczyć młodemu wówczas autorowi, gdyż wyraźnie przesuwa on środek ciężkości powieści na inne kwestie, dla których fabuła staje się drugorzędna. Wykreślenie postaci Luizy być może spowodowałoby, że tekst pozostałby w jakimś stopniu niedokończony, przerwany – przypuszczam, że trudniej byłoby bez niej napisać końcówkę, która nie byłaby jałowa, tego bym jednak oczekiwał po tym pisarzu. W tym sensie wprowadzenie nowego wątku uważam za zrozumiałe, ale cóż, aż chce się powiedzieć – zawsze mogłoby być lepiej.

Powieść ta byłaby na pewno dużo uboższa, gdyby nie łączący wszystkich bohaterów, tak nasycony tu motyw domu. Za Ruth Ammann zacytuję tutaj Gastona Bachelarda: „Zapytani o największą przyjemność, jaką daje nam dom, odpowiedzielibyśmy: dom ochrania śnienie, dom pozwala nam śnić w spokoju” (Ammann 1995, s. 167).

Każdy z bohaterów na innym poziomie posiada kompleks związany z domem: jeden nie ma domu, nie ma gdzie śnić, inny śni o domu, który stracił, trzeciemu, który śni na jawie, burzą dom i dają w zamian taki, w którym nie może się zmieścić. W końcu bohaterowie znajdują największą przyjemność – dom – Fakultet Snów. Dom ten jednak, jakkolwiek nie byłby miejscem celebracji cudownego spotkania, domem snów i przyjaźni, pozostaje miejscem izolacji, leprozorium, do którego zostali wepchnięci, domem odzyskanym na tyle, na ile możemy coś odzyskać we śnie.

Zadawałem sobie pytanie: o czym jest ta powieść? Chyba zbyt trudno odpowiedzieć na nie syntetycznie. Ale gdyby ktoś mnie miał do tego zmusić, chyba powiedziałbym, że odpowiedź tkwi w tytule. „Fakultet Snów” to opowieść o domu.

LITERATURA:

Ammann R.: „Dom w snach”. W: „Sen jako drogowskaz : jungowska analiza marzeń sennych”. Tłum. R. Reszke, J. Prokopiuk, J. Mar. Warszawa 1995.

Balzac H.: „Dzieła wybrane: Jaszczur”. Tłum. T. Boy-Żeleński, J. Rogoziński. Warszawa 1954.

Benedict R.: „Anthropology and the abnormal”.

(http://users.manchester.edu/Facstaff/SSNaragon/Online/texts/201/Benedict,%20Anthropology.pdf). [Dostęp z dnia 13 lipca 2018].

Coetzee J.M.: „Życie i czasy Michaela K”. Tłum. M. Konikowska. Kraków 2010.

Freud Z.: „Wstęp do psychoanalizy”. Tłum. S. Kemperówna, W. Zaniewicki. Warszawa 1995.

Fromm E.: „Patologia normalności. Przyczynek do nauki o człowieku”. Pod red. R. Funka. Tłum. S. Baranowski, R. Palusiński. Kraków 2017.

Herbert Z.: „Barbarzyńca w ogrodzie”. Warszawa 1962.

Jaccard R.: „Szaleństwo”. Tłum. S. Cichowicz. Wrocław 1993.

Perec G.: „Rzeczy”. Tłum. A. Tatarkiewicz. Warszawa 1982.

Steinbeck J.: „Pastwiska niebieskie”. Tłum. A. Nowicki. Warszawa 1966.
Georges-Olivier Châteaureynaud: „Fakultet Snów”. Przeł. Krystyna Arustowicz. Warszawa 1987.