Wydanie bieżące

1 września 17 (353) / 2018

Jakub Skurtys,

JAK ZOSTAĆ BIEDERMANNEM, NIE CHODZĄC DO TEATRU (MACIEJ ROBERT 'DEMOLOGOS')

A A A
O poprzednim tomie Macieja Roberta napisałem w „artPapierze” sporo dobrego, bo była to najlepsza z dotychczasowych książek łódzkiego poety. O nowym, stworzonym wespół z Darkiem Foksem (o czym dalej) „Demologos”, zdążyłem popełnić już kilka pozytywnych zdań, ale były to zaledwie pierwsze rozpoznania. Przyszedł jednak czas, żeby zmierzyć się z tym tomem uważniej, zwłaszcza że niszowość wydawnictwa (założony przez Foksa „Raymond Q.” dopiero raczkuje w social mediach i kwestiach dystrybucji) i niestandardowość projektu nie zachęca potencjalnych recenzentów. Miejmy zatem nadzieję, że tym omówieniem chociaż przypomnę o tej ciekawej propozycji.

Okładkę „Demologos” (a okładki i projekty typograficzne książeczek poetyckich ze skierniewickiej fabryki są wyjątkowo kunsztowne) zdobi czarnobiałe zdjęcie nieco archaicznego projektora filmowego. Można by zapytać, czy już tu nie zaczyna się gra, do której zaprasza/ją nas autor/autorzy? Pamiętajmy bowiem, że sam Robert jest z wykształcenia filmoznawcą. W jego poprzednich książkach ten rodzaj „projekcyjnego” widzenia – zapisywania obrazów jakby układały się w graficzną opowieść, w storyboard, był bardzo charakterystyczny. Czasem przywodziło to na myśl nieco rozmytą „poetykę pamięci” rodem z filmów Konwickiego, innym razem (zarówno tom „Nautilus”, jak i spore części „Księgi meldunkowej”) w dramatyzmie przypominało bardziej „Pętlę” Hasa.

Warto zwrócić także uwagę na specyficzną „łódzkość” zarówno tego tomu, jak i wszystkich poprzednich książek autora. Historia Łodzi to wszak także historia kina i nie ma chyba w Polsce drugiego równie „filmowego” miasta, którego równorzędny (z perspektywy znaczenia dla zbiorowej pamięci) portret stworzyli Władysław Stanisław Reymont na papierze i Andrzej Wajda na ekranie. Coś z tej filmowości, sztuczności przedstawienia, wrażenia niemego seansu w starym kinie, seansu – dodajmy – zapewne z lat międzywojennych, przenika właśnie do „Demologos”. Na taki pokaz zostajemy zaproszeni, gdy tylko otworzymy tę drobną książeczkę.

Jest jednak i trzecia kwestia, która tym razem przychodzi z zewnątrz, spoza poetyki Roberta. Składają się na nią niewątpliwie pióro, duch i koncept Darka Foksa z całej „filmowej” części jego twórczości, zwłaszcza jednak z „Wołynia Bourne’a” i „Kronsztadu”. Nie dość powiedzieć, że „Demologos” wydane zostało wedle tego samego projektu typograficznego, co wspomniane książki (każda zresztą w innym wydawnictwie), z bardzo podobną paletą kolorów i charakterystycznym pomarańczowym tytułem. Wydanie zostało uzupełnione ponadto o element, którego nigdy u Roberta nie było, a z którego Foks uczynił swój znak rozpoznawczy: dopisek na skrzydełku (czasem okładce), który dopowiada fabułę, a z lakonicznych, zawieszonych w próżni wierszy tworzy filmową wręcz opowieść. Ten dopisek do „Demologos” to właściwie instrukcja obsługi, ale też ironiczna „zmyłka”, w której pojęcia i koncepty teoretyczne z kluczowych dla tomu obszarów filozofii i socjologii mieszają się jak w postmodernistycznym blockbusterze: „Żona naczelnika poczty i żona nocnego stróża wzięły się za łby. (Co na to naczelnik poczty, co na to nocny stróż?) Rzecz się działa kiedyś w mieście rewolucji. Głuchy łoskot maszyn drżał w powietrzu mglistym. Z daleka płyną dary. Słychać już syreny. Muzeum zamknięte. Czy dojdzie do wymiany? Bo chyba musi dojść.” (cytat ze skrzydełka okładki, Robert 2017) Ten fragment mógłby być osobnym wierszem, ale na razie niech będzie „tylko” elementem okołopoetyckiej konferansjerki (jego frazy stanowią potem trzon poemaciku Foksa „Wymiana i dar”, czyli drugiej, równorzędnej części „Demologos”). Co nam ta konferansjerka zwiastuje? Że będzie pojedynek (żon), który przejdzie zapewne w wymianę (symboliczną), oraz że rzecz działa się dość dawno w Łodzi, a sam tom to rodzaj miejskiej legendy. Ale w tej opowieści jest też coś z homeryckiego patosu, z inwokacji do „Iliady”, no i oczywiście piękna fraza z „Ziemi obiecanej” („głuchy łoskot maszyn...”). Ponad sensacyjną scenką rodem z obyczajowej komedii o nocnym stróżu i naczelniku poczty rozgrywa się jednak inna wojna – pojęć: od rewolucji, przez produkcję i wymianę, po dar. Te szerokim gestem zarysowane koncepty to z kolei sedno „Rewolucji życia codziennego” Raoula Vaneigema, którą jako motto podkłada na żer krytykom Foks, robiąc coś podobnego, jak niegdyś z Giorgio Agambenem w „Rambo, pomóż poezji”.

Na razie poprzestańmy na kilku danych: „Demologos” to tom złożony z siedmiu wierszy Roberta, wspartych tytulaturą odwołującą czytelnika do poważniejszych form dramatycznych (prolegomena, chór, rozeznanie, retrospekcja, monolog, interludium, rezurekcja) oraz posłowia Foksa, którym jest właśnie „Wymiana i dar”, a także kilku gestów i zabiegów (okładka, skrzydełko oraz motto: „Miasto? Nie ma tematu”), które tworzą między tymi częściami grę (lub wymianę). Kolejny fakt to tytuł tomu, złożony z dwóch łacińskich słów: demos i logos, lud i słowo. Tutaj powstaje problem : w zależności od wydźwięku i od nadanego lekturze profilu, otrzymamy głos ludu – albo jak w pojęciu „demokracji”, albo jak w bulwarowej komedii: głos nizin, głos ulicy (komisarz przeciw naczelnikowi), bo i ku temu zmierza Robert pisząc swój kolejny po „Nautilusie” „poemat miejski”. Ale jest też trzecie znaczenie „Demologos”, i ono również pojawia się w tomie, a przy tym odsyła właśnie do „Nautilusa” i akwatycznych sympatii autora. Demologos był bowiem również pierwszym w USA bojowym statkiem parowym, skonstruowanym przez Roberta Fultona w okolicach 1814 roku. W ten sposób Robert ponawia zaproszenie z poprzedniej książki: do wspólnego dryfu po Łodzi, po mieście (naśladując oczywiście sytuacjonistę Vaneigema z utworu Foksa), ale też do wyprawy na nieznane lądy i w inny czas, do „seansu po historiach” (dyskretny urok Sosnowskiego spowija zawsze wiersze autora „Księgi meldunkowej”), w poszukiwaniu przygody, na wojnę, w której okręt Fultona nie zdążył nawet wziąć udziału. Już z tych kilku faktów – na razie jeszcze faktów – znać, że w stosunku do Nautilusa, też przecież erudycyjnego, nowy tom Roberta/Foksa jest rzeczą znacznie bardziej synkretyczną, pełną niedopowiedzeń i wzajemnych przechwyceń. A skoro rzecz dzieje się jeszcze – jako film – w łódzkim muzeum, ale też w samej Łodzi, która jest „jak muzeum” (przywołuje to zresztą jeszcze dwa inne tropy: komedię „Noc w muzeum” oraz „Małe muzea” Bohdana Zadury), a może na muzealnym pokazie, gdzie wyświetla się starą miejską legendę z równie starego projektora, mamy istny fabularny galimatias, który do pojęć rewolucji i wymiany dorzuca Historię i Spektakl.

Było dotąd poważnie i intelektualnie, więc dla odczarowania cytat, bo wiersze Roberta nie są tym razem ani melancholijne, ani nawet ugrzecznione klasyczną formą, raczej pędzą na złamanie karku, ośmieszają wysokie rejestry, by za chwilę podpinać się pod ich filozoficzną wymowę, by każde słowo znaczyło zarazem coś innego i odsłaniało swój metapoziom. Przytoczmy dwa fragmenty z „Monologu: Noc w muzeum”, w którym wypowiadający się podmiot to niewątpliwie ów nocny stróż ze skrzydełka, ale przecież jakiś współczesny, dzisiejszy i nie, zarazem bełkotliwy i arcytrzeźwy w ocenach:

Tellurium kopernikańskie upchnięte gdzieś daleko

na zapomnianym piętrze jest jak wieżyczka strzelnicza

z chrzęszczącą maszynerią na wojennym okręcie.



Wiem, o czym mówię.

(łyk)

Bezsenność i nuda sprzyjają wydatnie

pijaństwu oraz lekturom.

Człowiek musi mieć hobby.



(łyk)



Na wieczny czas remontu upchnięto tu wszystkie graty.

W nawale eksponatów troszeczkę mi się miesza –

obraz z wystawy, płyta

z wizualizacją projektu, rulony zwiniętych map.

Daję głowę, że słyszę głosy. I daję również słowo.

Sikam przez okno w noc. Jeść chodzę po omacku

na parter po drugiej stronie

(izolacja sparciała, w ukrytym kablu płynie nielegalny prąd –

po wielu próbach sąsiad wreszcie się przebił na drugą stronę:

tej kamienicy już nie ma),

śpię na zmyślnej makiecie w zatrważającej skali,

w poszyciu miejskiego lasu, jak knur.



(hep)



Tu mnie wrzucono, zamknięto, a potem połknięto klucz.

(Robert 2017: 12)

i dalej:

Do fabryk Biedermanna przychodzą podpalacze.

Nie są nikomu obcy.

Nie ma czegoś takiego jak czysty samozapłon

(chyba że mokre siano) –

mówi na stronie ulica, która Biedermannowi współczuje,

licząc ogromne banknoty, dużo większe od dłoni

przesiąkniętych zapachem ropy.

(Piorunochron na krzyżu to cała wasza wiara –

zgrzyt futurospekcji; przypis od redakcji).

Biedny, ach, biedny Jedermann!



I ty zostaniesz Biedermannem –

bo B. znaczy poczciwiec, bo B. znaczy mieszczuch,



I ty zostaniesz Biedermannem –

bo masz swoje wanny farbiarskie, swoich czeladników.

(Robert 2017: 15)

Skoro „Demologos” jest o ludzie i jego głosie, to właśnie „Monolog” jest tym głosem: nocnego stróża, prekariusza współczesnych systemów produkcji, odrzutu hiperkapitalizmu, który nie potrzebuje ani muzeum, ani jego strażników, ci zaś, niepewni własnego losu, snują reakcyjne teorie o dziejowej przemocy i (nie)sprawiedliwości. Bo „Demologos” jest równocześnie tomem o pracy i historii, a rewolucja, którą sygnalizuje się nam na skrzydełku, odbywa się w mikroskali, w ruinach, jakby w Gombrowiczowskich dekoracjach, gdzie wszystko skończyć się musi chaosem i jatką.

Fabuła tomu Roberta jest dość prosta do rozczytania: obok pojedynkujących się konceptów znajdziemy tak naprawdę opowieść stróża, a właściwie jego mowę obronną przed sądem, który skaże go za nieupilnowanie muzeum przed zniszczeniem. Zniszczenie to ma jednak sporo znamion działania samej Historii. Wiemy jedno, a właściwie wie to sąd, bohater i głos ludu, czyli tym razem głos ulicy: stróż zawinił, bo zasnął, ale też zawinił, bo nie mógł inaczej, bo w warunkach, w których pracował, praca zmieniła się w więzienną wegetację, nocna warta w alkoholową psychomachię, a niewydarzona, muzealna komedia z Benem Stillerem w thriller obyczajowy w stylu Smarzowskiego. Ale zawinił również dlatego, że katastrofa, o której mowa, za którą jest sądzony, wpisana została w samą istotę jego wyznania winy i stała się równocześnie zapowiedzią kolejnej transgresji albo też samej Rewolucji:

Usnąłem i przyśniła mi się piękna katastrofa,

i przyśniło mi się pełne zaciemnienie,

chyba dwudziesty piąty stopień zasilania.

Tłumy mieszkańców podmiejskich dzielnic

będą wracać do domów posłusznie wzdłuż autostrad,

licząc na jakąś podwózkę.

Będzie coraz więcej dobrych, ludzkich gestów.

(Robert 2017: 18)

Jeśli wziąć pod uwagę wiersze okalające „Monolog...” – pierwszy, o walce gildii kartografów i fałszowaniu map (z wdzięcznym refrenem: „(Leniwi plagiatorzy, leniwi plagiatorzy)”), drugi, będący alegorią pojedynku Historii, Mitu i Poezji, kolejne o istocie pogranicznej nowoczesności, w której urzędy rozpisują tajemne konkursy, by chronić resztki, oraz te z końca książki: o pijackim widzie i symbolicznym upadku miasta-muzeum, którego stróż nie zdołał ocalić – to sama figura strażnika zyska niebywały wręcz rozmach. Ów stróż to niekoniecznie starszy mężczyzna, stereotypowy alkoholik z drugą grupą inwalidzką. To więzień Historii, benjaminowski anioł, który żyje na ruinach i strzeże ich spoistości, jakby strzegł muzealnej kompozycji, kolażu i zarazem esencji nowoczesności, czyli gruzów samej Łodzi. W tych ruinach on jeden jest żywy, jest życiem samym w sobie, a wszystko inne to – by przywołać Sosnowskiego – „syndyk masy upadłościowej starego świata”.

Ten ekonomiczno-prekaryjny katastrofizm „Demologos” przypomina swoiste preludium do „Trawersu”, oczywiście łódzkie, bardziej przyziemne, przepisane przez konkretne „ja”, zaś posłowie Foksa to jego rozwiązanie, opowieść o węźle pojęć: życia, maszyny i produkcji, a właściwie – bo trudno ukryć awangardowe sympatie i takąż poetykę – o węźle produkcyjnym samego wiersza, o wartości dodanej, jaką wytwarza język.

„Demologos” jest niepozorny nie tylko formatem. W stosunku do „Nautilusa”, solidnego wszak poematu z ciągiem Fibonacciego w tle, wygląda na wygłup, żart z nadambitnych krytyków i czytelników. Ale im bardziej się w niego wczytać, im dłużej pozwalać tym pojęciom pracować (a ów konceptualny aspekt to przecież jeden z planów, na który wzniosła ten tom asysta Foksa), tym bardziej wydaje się on przemyślany, tym więcej ma do zaoferowania intelektualnych wyzwań i tarć. Jeśli od anioła historii u Roberta przejdziemy bowiem do trawestowanej „Ziemi obiecanej”, z której Foks wydobywa esencję poetyckości, jeśli tę „Ziemię obiecaną” potraktujemy poważnie, to „Wymiana i dar” okaże się postprzemysłowym poematem o schyłku produkcji, podtrzymywanej dotąd przez Kapitał, czyli Spektakl. Wraz ze społecznym upadkiem stróża, u którego stóp leży teraz miasto-ruina, w Eliotowskich metaforach upada również paradygmat produkcji:

Widowisku



zawsze towarzyszył

jakiś hałas,



a ta cisza

to cisza



wieczności, głuchy

łoskot maszyn,



co jak ty drży

w powietrzu mglistym.

(Robert 2017: 30)

To ostatnie słowa „Wymiany...”, memento, w którym skomlenie Eliota „Pomiędzy ideę/

I rzeczywistość / Pomiędzy zamiar / I dokonanie / Pada Cień” (w przekładzie Miłosza) spotyka Marksowską frazę o tym, że wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu. Cisza postindustrialnego miasta jest ciszą grobową, bo o ile jedynym prawdziwym życiem było u Roberta ułomne życie stróża w starych dekoracjach, jego „starość Owidiusza”, o tyle u Foksa jedynym witalistycznym pierwiastkiem jest hymn industrialnego miasta, które budzi się, by pracować. Głos ludu i głos maszyn to mimo wszystko głos sprzeciwu wobec cichego końca światów: małych i starych muzeów, którymi stają się prędzej czy później wszystkie przestrzenie życia, opustoszone przez wycofujący się Kapitał.

Jak ze skargi prowincjonalnego muzealnika na niedofinansowanie i złe warunki pracy zrobić iście katastroficzny tom o pochodzie Historii i klęsce nowoczesności? Może właśnie nadając wszystkiemu dramatyczną formę, podkreślając rolę rekwizytów i scenografii oraz z góry rozdane role? „Na sfałszowanej mapie / tkanej z kruchej pamięci i snów / muzeum regionalne (chwilowo / w trakcie remontu) (chwilo, trwaj!)”, „muzeum jak karawanseraj”, „Hordy podróżników zatrzymywały się tutaj w drodze do lepszych miejsc” (Robert 2017: 9). A może, jak w „Retrospekcji: Obrazki z wystawy”, z ruchu pamięci po eksponatach uczynić kosmologiczny spektakl?

[...] Potem –

środek mgławicy Serce razem z gromadą gwiazd.

(Kiedy księżyc się znajdzie po przeciwnej stronie,



wejdzie w stożek ziemskiego cienia, a ciche

powolne grzyby zaczną swoją robotę, obrócą

wszystko wniwecz). Na końcu maleńka kropka,



mikroskopijny wybuch, niczym implozja w rubinie,

gdy przez pękaty ekran szła szczerbata smuga

i zasysała wszystkie, gasła, gasła, gasła, zastygała



w stuk. I było cicho, ciepło, ciemno. Można było spać.

(Robert 2017: 11)

Z przykrością stwierdzam, że na razie „Demologos” jest książką pominiętą, niewysłuchaną, jakby w krytycznoliterackiej postprodukcji usunięto z niej dźwięk. A między „głosem ludu” i „ciszą” – schyłku produkcji, milczenia kosmosu – dzieje się w niej naprawdę bezprecedensowa, poetycka robota. Molowym tonem wybrzmiewa zwłaszcza refreniczne ostrzeżenie przed nieuniknioną rewolucją, tzn. pędem Historii, w świetle którego wszyscy jesteśmy zawsze głupcami i wyrzutkami, załogą „Narrenschiff” (ostatniej z łodzi w tej przygnębiająco-ironicznej rozprawie): „I ty zostaniesz Biedermannem - / bo będą tędy szły trzy dziewczynki w komżach”, „I ty zostaniesz Biedermannem - / bo zamówienie rodzi obowiązek zapłaty”, „I ty zostaniesz Biedermannem - / topielcem w mieście bez rzeki” (Robert 2017: 16).
Robert Maciej, „Demologos”. Wydawnictwo „Raymond Q”. Skierniewice 2017.