Wydanie bieżące

15 września 18 (354) / 2018

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

JAK DAŁAM SIĘ OCZAROWAĆ (MADELINE MILLER: 'KIRKE')

A A A
Najpierw teleturniejowe pytanie: kim była Kirke? W ciągu 10 sekund pada odpowiedź: czarodziejka, która zamieniła towarzyszy Odyseusza w wieprze, a jego samego czarami przetrzymywała na wyspie, opóźniając powrót do rodzinnej Itaki. Bardziej wyrobiony artystycznie uczestnik doda: postać chętnie malowana przez artystów. W tym momencie prowadzący przyzna punkty i przechodzimy do kolejnej kategorii. Czy postać Kirke wystarczy do napisania powieści? – zadawałam sobie pytanie przed lekturą. Kupiłam książkę pod wpływem impulsu i mglistego przekonania, że natknęłam się na reklamy w prasie, a i recenzja była entuzjastyczna. Poza tym okładka uwodzi blaskiem ciepłego złota i jest kobieca, elegancka. Potem zaczęłam żałować wydanej kwoty, aż wreszcie zaczęłam czytać. Najpierw z rezerwą, gdyż pierwsze zdania tchną naiwnością i stylem pensjonarskim: „Kiedy się urodziłam, nie było słowa, które określałoby to, kim byłam. Nazwano mnie nimfą, zakładano bowiem, że okażę się podobna do matki, ciotek i tysięcy kuzynek. Zajmowałyśmy ostatnie miejsce w ostatnim rzędzie boginek, a nasze moce były tak skromne, że ledwo zapewniały nam nieśmiertelność. Rozmawiałyśmy z rybami, opiekowałyśmy się kwiatami i zwabiałyśmy krople deszczu z chmur i sól z morskich fal. Słowo nimfa wyznaczało długość i sens naszego bytu. W naszym języku nimfa to nie bogini, lecz panna młoda”. Toż to początek wypracowania na temat „Moje życie jako nimfa” i jeszcze ta pierwszoosobowa narracja! Litości, brak jedynie: mój drogi pamiętniczku.

Dopiero w toku lektury zrozumiałam, że język opowieści dojrzewa wraz z narratorką. Odrzucona przez rodziców, rodzeństwo, pogardzana przez resztę bogów Kirke – niczym bohaterka baśni o Kopciuszku musi czekać na swój czas. Jednak przemiana w piękność, zaproszenie na bal i poznanie księcia nie nastąpi za sprawą matki chrzestnej. Kirke nie zdaje sobie sprawy ze szczególnych uzdolnień, spychana metaforycznie i dosłownie w cień przez bardziej przebojowe rodzeństwo na czele z archetypiczną złą siostrą, która zostaje żoną króla Minosa. Powieść przynosi niezłą powtórkę postaci mitologicznych, co nie powinno odstręczać czytelników niebędących wielbicielami Parandowskiego. Autorka zaopatrzyła nas w przejrzysty wykaz postaci z króciutką charakterystyką. Boginka Kirke patrzy na świat z prostolinijnością dziecka, pozornie dobrze orientuje się w meandrach koligacji świata bogów, ale nie rozumie ich natury. Gdy przywraca boską postać rybakowi Glaukosowi, oczekuje, że ten, powodowany wdzięcznością, odwzajemni uczucie. Nie wie, że nie lubimy widoku tych, którym zawdzięczamy sukces lub którzy widzieli nas w pożałowania godnym położeniu. Gdy chce się zemścić na złośliwej nimfie Scylli, konsekwencje czarów budzą przestrach otoczenia i Kirke zostaje ukarana dożywotnim pobytem na wyspie Ajaja, gdzie rozwija talenty zielarskie i magiczne, co jest opisane z wdziękiem i świeżością. Autorka sporo uwagi poświęca opisom fizycznych zmagań bogini, ran, będących konsekwencją eksperymentów, jak i samotnemu życiu wśród zwierząt. Współczesna czytelniczka zapomina wówczas o mitologicznym kostiumie, czytając jeszcze jedną opowieść o kobiecie, która została zmuszona do rezygnacji z poprzedniego życia i musi odnaleźć i zdefiniować siebie, co oczywiście wydaje się szalenie cliche. Ile to już lat temu Elizabeth Gilbert nawoływała: jedz, módl się, kochaj, czym wsparła przemysł turystyczny wyspy Bali. Czyżby Madeline Miller miała wpłynąć na popularność rejsów po greckich wyspach? Na szczęście w powieści można znaleźć więcej treści niż opiewanie uroku Grecji.

Postać Kirke zostaje powiązana z mitem prometejskim, mitem o Scylli, mitem o Minotaurze, wyprawie Argonautów, z Odyseuszem. We wszystkie te znane od dzieciństwa historie udało się młodej Amerykance tchnąć życie i co brzmi banalnie, odkurzyć. Niekiedy również połączyć, zmienić lub dopowiedzieć w miejscach słabo dookreślonych, jak choćby charakter Penelopy (poza przysłowiową wiernością). Reinterpretacja mitu Kirke zdarzała się w kulturze wcześniej i w tym sensie nie można powieści Miller ogłosić przełomową. Szczególnie sztuki plastyczne dostarczają przykładów wykorzystania tej postaci – jako czarownicy lub wróżki, bo tak nazywa ją Parandowski. Dobrze, że autorka zapewne i w oryginale bazuje na „czarownicy” – gdyż witch niesie ze sobą grozę, a przede wszystkim gnozę – wiedzę, a fairy nieodłącznie przywodzi na myśl skrzydełka i różdżkę. Dla mnie jest rzeczą oczywistą, że w narracji Miller chodzi o czarownicę – kobietę obdarzoną umiejętnością odbierania życia, ale i uzdrawiania, przemiany rozumianej nie tylko jako metamorfoza wewnętrzna, ale i najzupełniej dosłownie. Jeśli kojarzyliśmy to imię wcześniej, to było tak zapewne za sprawą przemiany towarzyszy Odysa w wieprze, co interpretowano jako wyraz złośliwości kapryśnej Kirke. Lektura powieści dostarcza zgoła odmiennej interpretacji, którą pozostawię do odkrycia przez czytelnika. Wprowadzenie do postaci pierwszoplanowych Telemacha i Telegonosa zmieniło moją perspektywę postrzegania historii Odysa, bohater stracił sporo ze swojej spiżowej zbroi, która mocna poczerniała.

Postawiłam sobie pytanie, co ta książka mówi o rzeczywistości, jeśli w ogóle przyjmiemy założenie, że literatura powinna pełnić podobną funkcję. W najbardziej zewnętrznej płaszczyźnie mamy do czynienia z reinterpretacją mitu, co najczęściej najbardziej kręci filologów lub kulturoznawców, w kolejnej z her-story – narracją feministyczną, zawsze można sięgnąć do odczytań psychoanalitycznych, ale pozostaje we mnie pytania – co „Kirke” daje mnie, czy rozrywkę na wysokim poziomie, która przykryje moje guilty pleasure, czy okazję do refleksji nad umiejętnością przezwyciężania trudności i odradzania się niczym feniks z popiołów i o odwadze. Gdyby Kirke żyła to dzwonkiem jej komórki byłoby I will survive.

Na koniec kilka słów rekomendacji – nie wiem, czy to książka dla każdego i nie odważyłabym się jej polecać wszystkim czytelnikom. Szukając paraleli – moim zdaniem w tej powieści odnajdą się czytelnicy Donny Tartt, której nazwisko zresztą pojawia się jako blurb. I tym razem nie jej słowa nie są czczą pochwałą.
Madeline Miller: „Kirke”. Przeł.ł Paweł Korombel. Wydawnictwo Albatros. Warszawa 2018.