Wydanie bieżące

15 września 18 (354) / 2018

Patryk Szaj,

CZY ZBAWI NAS SOCJALDEMOKRATYCZNA KOREKTA? (ANDRZEJ SZAHAJ 'NEOLIBERALIZM, TURBOKAPITALIZM, KRYZYS')

A A A
„nie ma żadnego kryzysu

to jest normalny stan kapitalizmu”

(Kopyt 2011: 29)

 

Podczas lektury książki Andrzeja Szahaja „Neoliberalizm, turbokapitalizm, kryzys” co rusz przychodziły mi do głowy dwa motta, jakimi można by opatrzyć jego rozważania. Pierwsze to słynne stanowisko Marcina Lutra: „Tu stoję, inaczej nie mogę”, drugie pochodzi z „Dokumentu epoki” Antoniego Słonimskiego: „Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw”. O ile pierwsze skierowane byłoby do współczesnych autorowi apologetów neoliberalizmu, z którymi toczy on spory, o tyle drugie zwracałoby się w stronę nie do końca określonej, ale zdaniem Szahaja na pewno bliższej niż dalszej przyszłości – ku tym, którzy rozliczą nas ze świata, jaki stworzyliśmy i przekazaliśmy im w spadku.

Najnowsza publikacja kontynuuje tematykę poruszaną przez toruńskiego filozofa w poprzednich tomach wydanych przez Książkę i Prasę: „Kapitalizm drobnego druku” (2014) i „Inny kapitalizm jest możliwy” (2015). W każdym z nich powraca negatywna diagnoza stanu współczesnego świata, za który Szahaj wini przede wszystkim doktrynę neoliberalną związaną z nazwiskami takich ekonomistów jak Ludwig von Mises, Friedrich August von Hayek, Milton Friedman czy – w Polsce – Leszek Balcerowicz i panującą niemal niepodzielnie od lat 80. XX wieku, gdy do władzy doszli tacy politycy jak Ronald Reagan czy Margaret Thatcher, zaś w Europie Środkowo-Wschodniej upadł komunizm.

Upór, bynajmniej nie ślepy, z jakim autor podejmuje tę tematykę, dobitnie świadczy, że leży mu ona na sercu. Jednocześnie, czytając kolejne publikacje Szahaja i zgadzając się z jego diagnozami, ma się nieprzyjemne i coraz bardziej nieodparte wrażenie, że to głos wołającego na pustyni. Po pierwsze, autor „Neoliberalizmu, turbokapitalizmu, kryzysu” to jeden z naprawdę nielicznych (obok np. Marcina Króla) przedstawicieli pokolenia pierwszej „Solidarności”, którzy pamiętają, o jakie ideały ono walczyło, i zgłaszają tak poważne zastrzeżenia wobec efektów tej walki. Po drugie, trudno uwierzyć, że jego polemiki z neoliberałami i libertarianami, choć znakomite, przekonają do czegokolwiek twardogłowych wyznawców tych ideologii; bardziej prawdopodobne, że trzeźwe sądy autora niejeden publicysta skwitowałby słowem „lewactwo”. Sprawy wciąż zmierzają ku złemu, a Szahaj, choć nigdy nie traci werwy, wykazuje jakby coraz mniej optymizmu: jeśli niedawno przekonywał, że „inny kapitalizm jest możliwy”, tu – choć w paru miejscach powtarza tę frazę – zachowuje w tym względzie więcej rezerwy, jeśli okładkę ostatniej książki zdobił (wprawdzie pokiereszowany, ale jednak) gest victorii, na najnowszej widzimy już kciuk w dół, jeśli w poprzednich tomach autor mówił: „bronię liberalizmu przed liberałami”, tu wieszczy tej doktrynie ostateczną klęskę.

No właśnie. Kto śledzi ewolucję myśli Szahaja, ten nie ma wątpliwości, że jest on szczerym liberałem. Nie przypadkiem poświęca najnowszą książkę pamięci matki i Richarda Rorty’ego, którego nazywa swoim mistrzem i przyjacielem. Liberalizm Szahaja niewiele ma jednak wspólnego z tym, co zwykło się nazywać liberalizmem nad Wisłą. Odwołuje się on raczej do tradycji tzw. nowych liberałów brytyjskich, a także do myślicieli amerykańskich w rodzaju Johna Deweya czy Johna Rawlsa. Takiemu liberalizmowi bardzo blisko do socjaldemokracji. Dlatego ewolucja myśli liberalnej w kierunku jej dogmatycznego wypaczenia, jakim zdaniem Szahaja jest neoliberalizm, bardzo go boli i czyni on wiele, by z jednej strony przypomnieć jej zgoła odmienne tradycje (dokonuje np. podziału na liberalizm bezwstydny i liberalizm przyzwoity), z drugiej zaś – wykazać nieuczciwość, cynizm i destrukcyjność doktryny neoliberalnej wpływającej na kształt współczesnego kapitalizmu.

Najbardziej instruktywny jest tu otwierający książkę tekst tytułowy. Jak bardzo przekonująco pokazuje Szahaj, odwołując się zarówno do źródeł myśli neoliberalnej, jak i do obrazu dzisiejszych stosunków ekonomiczno-społecznych, ideologię tę cechuje m.in. skrajny indywidualizm pociągający za sobą uznanie egoizmu za cnotę, absolutyzację wolności i przeświadczenie, że jednostka jest jedynym rzeczywistym bytem, zaś takie „konstrukty” jak społeczeństwo czy wspólnota (a w wersji libertariańskiej nawet państwo) to zwykła fikcja. Do tego „indywidualizmu ontologicznego” dochodzi fundamentalizm rynkowy, nakazujący wierzyć, że wolny rynek spontanicznie kształtuje najlepszy ład, i niechętnie patrzący na jakiekolwiek regulacje np. ze strony państwa. Prowadzi to po pierwsze do utowarowienia wszelkich aspektów ludzkiego życia, a po drugie do naturalizacji stosunków społecznych i ekonomicznych, czyli przekonania, że są one czymś tak niepodważalnym jak np. zmiany pór roku i nie da się ich regulować.

Przede wszystkim jednak Szahaj podaje w wątpliwość kilka naczelnych „prawd” neoliberalizmu. Należy do nich kult wyidealizowanej racjonalności rynkowej, która jakoby najlepiej reguluje wszelkie stosunki społeczne. Problem w tym, że jest to racjonalność instrumentalna, nastawiona na jak najszybszą realizację celu bez względu na koszty długoterminowe, np. środowiskowe. Cechuje ją więc brak myślenia strategicznego, a także skrajna nieodpowiedzialność zamykająca się w haśle „po nas choćby potop”. Kolejną konsekwencją neoliberalizmu jest kult własności prywatnej i hiperkonkurencji, prowadzący do całkowitej obojętności wobec dobra wspólnego i odpowiadający za coraz większe nierówności społeczne (jak kilkakrotnie, i bardzo obrazowo, powtarza w swojej książce Szahaj: hasło „od pucybuta do milionera” należałoby zastąpić hasłem „od pucybuta do pucybuta i od milionera do miliardera”). Wiąże się to z kolejnymi patologiami, spośród których jedną z najgroźniejszych jest prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat, czyli ustanowienie systemu, który Joseph E. Stiglitz określił mianem „ersatz capitalism”, pozwalającego wielkim posiadaczom i korporacjom np. na unikanie płacenia podatków (prywatyzowanie zysków), a jednocześnie zrzucającego na barki społeczeństw np. koszty ratowania upadających banków (uspołecznianie strat). I wreszcie: Szahaj rozprawia się z dogmatami neoliberalizmu, do których należą m.in. fetyszyzacja wzrostu gospodarczego (choć PKB rośnie, to udział płac jest w nim coraz niższy), mit „przypływu, który podnosi wszystkie łódki” czy, w innej wersji, „skapującego bogactwa”, a także – szczególnie cyniczny – mit równości szans i merytokracji, zakładający, że każdy jest kowalem swojego losu i może wcielić w życie ideał self-made mana, niezależnie od pochodzenia, rasy, płci, wyznania czy przynależności do określonej klasy społecznej.

To długie wyliczenie, wraz z pomniejszymi analizami podejmowanymi w kolejnych rozdziałach książki, służy m.in. unaocznieniu, że kryzys kapitalizmu, z którym zmagamy się od lat, nie jest koniunkturalny, ale strukturalny, co oznacza, że w samym sercu napędzającej go doktryny neoliberalnej tkwi fundamentalny błąd prowadzący nas wszystkich na skraj przepaści. Dlatego tytuł „Neoliberalizm, turbokapitalizm, kryzys” czytać można nie tylko jako sekwencję następujących po sobie elementów (doktryna neoliberalna skutkuje ustanowieniem turbokapitalizmu, który z kolei wiedzie ku kryzysowi), ale również jako triadę wzajemnie się przenikających i napędzających procesów (a zatem: kryzys jest immanentnie wpisany w logikę neoliberalizmu i turbokapitalizmu).

Kolejne rozdziały książki udowadniają istnienie tego sprzężenia zwrotnego. Szahaj podejmuje w nich kilka kapitalnych kwestii, począwszy od społecznych skutków turbokapitalizmu (zanik wspólnotowości i solidarności społecznej, utrata godności pracy, deficyt bezpieczeństwa i demokracji), poprzez socjalizowanie dzieci do turbokapitalizmu dokonujące się za pośrednictwem współczesnych mediów czy fenomen coachingu jako przejaw traktowania każdego człowieka jak małego przedsiębiorstwa, które musi co najmniej utrzymywać rentowność, a najlepiej – maksymalizować zyski, aż po uberyzację gospodarki czy nadejście ery postprawdy. Szczególnie w dwóch ostatnich kwestiach ma do powiedzenia bardzo ciekawe rzeczy.

„Uberyzacją gospodarki” nazywa autor dominację (i powszechną akceptację!) kryterium „niskiej ceny” jako czynnika decydującego o atrakcyjności danych towarów czy usług. Zdaniem Szahaja kryterium to jest przejawem „śmieciowego kapitalizmu”: za niską ceną stoją bowiem niskie płace i brak stabilizacji zawodowej tych, którzy takie produkty/usługi dostarczają, ponadto są to zazwyczaj towary niskiej jakości. Ich konsumenci natomiast to najczęściej również osoby marnie opłacane o niestabilnej sytuacji zawodowej – choć więc niskie ceny są dla nich pozornie korzystne, w praktyce działają oni przeciw własnym interesom, pogłębiając proces „uberyzacji”, którego sami padają ofiarą.

Postprawdę wiąże natomiast Szahaj nie tyle z diagnozowaną przez niektórych socjologów falą populizmu, ile z „kilkudziesięcioletnimi rządami turbokapitalizmu, który czyniąc z zysku amoralne i jedyne kryterium sukcesu doprowadził do rozpowszechnienia się przekonania, iż cel (zysk) uświęca środki” (s. 181). Zanim więc nastała postprawda polityczna, ustanowiona została postprawda turbokapitalistyczna związana np. z okłamywaniem opinii publicznej i klientów przez wielkie banki, z wprowadzającymi w błąd reklamami czy wreszcie z internetem jako sferą absolutnej wolności. To bardzo przekonujące wyjaśnienie, alternatywne wobec rytualnego zarzucania rzekomego ustanowienia postprawdy postmodernizmowi.

W diagnozach Szahaja jeszcze jedna kwestia jest godna pochwały. Nie ulega on mianowicie szantażowi moralnemu, który torpeduje każdą próbę podjęcia dyskusji o zmianie obecnego systemu oskarżeniami o socjalizm, etatyzm, tęsknotę za poprzednią epoką czy przyszywaniem jego krytykom łatek lewaka (w wersji zwulgaryzowanej) lub „homo sovieticusa” (w wersji intelektualnej). Dobrym przykładem takiego szantażu jest histeria, jaką wywołują pomysły wprowadzenia w Polsce progresywnego systemu podatkowego. Toruński filozof nie tylko nie boi się podobnych oskarżeń, ale ponadto snuje bardzo ciekawe paralele pomiędzy turbokapitalizmem a komunizmem. Nie chodzi, rzecz jasna, o to, że systemy te są identyczne, ale o pewne strukturalne analogie. W jednej z poprzednich książek Szahaj mówił np. o „nowej nomenklaturze”. W „Neoliberalizmie, turbokapitalizmie, kryzysie” szczególnie trafna jest obserwacja o zastąpieniu paternalizmu państwa przez paternalizm korporacji. Autor bardzo trzeźwo zauważa, że zagrożenie totalitarne nie tkwi dziś (w każdym razie nie przede wszystkim) w państwach, ale we wszechwładzy korporacji. Posługuje się tu zgrabną metaforą „pluszowego totalitaryzmu” – totalitaryzmu, który akceptujemy niejako dobrowolnie (a może bezwolnie?), poddawani miękkim środkom perswazji, skrywającym jednak poważny szantaż (zgodnie ze schematem: jeśli nie kupisz najnowszej kolekcji, będziesz niemodny; jeśli nie posiadasz najnowszego telefonu, nie nadążasz za pędzącym do przodu światem; jeśli nie ma cię na Facebooku, nie istniejesz).

W tym miejscu przechodzimy od diagnoz do pomysłów na poprawę sytuacji. Zdaniem Szahaja fundamentalną rolę ma tu do odegrania państwo, systematycznie rozmontowywane przez neoliberalnych ideologów, skutkiem czego nie spełnia dziś ono swojej funkcji, nie tylko w Polsce, ale i w wielu innych krajach, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Podobną diagnozę stawiał zresztą już Zygmunt Bauman w książce „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, zauważając, że kapitalizm potrzebuje słabych państw, to znaczy państw, które są słabe (nie potrafią powstrzymać swobodnego przepływu kapitału albo skutecznie ściągać podatków), ale które mimo wszystko pozostają państwami, by dyscyplinować złych konsumentów. Słowem: potrzebuje państw umożliwiających prywatyzowanie zysków i uspołecznianie kosztów. Jak jednak zmienić tę sytuację? Pozytywnym punktem odniesienia są dla Szahaja kraje skandynawskie i nordycki model kapitalizmu o rozbudowanym skrzydle socjalnym. Dlatego proponuje on swoistą socjaldemokratyczną korektę istniejącego systemu. Polegałaby ona na z ducha komunitarystycznym nastawieniu wspólnotowym, wynikającym z przeświadczenia, że człowiek jest istotą społeczną, a jego indywidualizm i wolność muszą być łagodzone poszanowaniem równości i solidarnością. Właśnie tu ważną rolę odgrywałoby państwo jako wyraz zbiorowej woli wspólnoty, a także jako czynnik regulujący i ograniczający praktyki kapitalistyczne (np. chroniący przed wchłonięciem przez logikę rynku takich aspektów życia jak edukacja, służba zdrowia, kultura, usługi społeczne). W takiej wspólnocie nie wierzono by bezkrytycznie w racjonalność rynkową i nie ideologizowano by własności prywatnej (dowartościowując np. własność spółdzielczą), dbano by o równość społeczną i faktyczną równość szans, zaś konkurencję uzupełniano by współpracą. Przede wszystkim jednak taki model kapitalizmu cechowałaby odpowiedzialność za długoterminowe skutki działań zastępująca turbokapitalistyczne nastawienie na zysk tu i teraz.

Szahaj zdaje sobie sprawę z trudności wcielenia w życie takiego modelu, wynikających nie tylko z dyktatu rynku, ale także np. z jakości klasy politycznej. Doskonale rozumie brak zaufania do państwa, gdy przez rządzących jest ono traktowane (neoliberalnie!) jak prywatna własność, skutkiem czego nie istnieje jakakolwiek ciągłość instytucji państwowych. Toruński filozof podkreśla jednak, że państwa mogą być dobre lub złe, i sporo pisze na temat tego, jak powinny wyglądać te dobre. Za szczególnie wartościowe uznaję upomnienie się o kategorię dobra wspólnego, zbliżające nieco Szahaja do stanowiska Jana Sowy (zwłaszcza że obaj spotykają się też w rozumieniu roli pierwszej „Solidarności” czy w diagnozowaniu (pół)peryferyjnego usytuowania Polski w systemie światowego kapitalizmu).

A jednak czegoś w tych remediach na chorobę turbokapitalizmu mi brakuje. Wyglądają one cokolwiek… niewcześnie. Rzecz jasna, chciałoby się, żeby kapitalizm wyglądał tak, jak postuluje Szahaj (słowem, by był kapitalizmem z ludzką twarzą), ale chciałoby się, by wyglądał tak 30 lat temu. Dziś wizja ta trąci niestety utopią regresywną. Turbokapitalizm doprowadził nas na skraj katastrofy i trzeba mieć naprawdę grube ideologiczne łuski na oczach, by tego nie dostrzegać. Czy socjaldemokratyczna korekta może tej katastrofie zapobiec? Oczywiście dobrze byłoby, gdyby ona nastąpiła, jednak rozważania Szahaja prowokują do zadania pytania, którego on sam nie stawia: czy nie potrzebujemy dziś czegoś innego niż kapitalizm (bez samobójczej ideologii wzrostu, oderwanych od życia wskaźników PKB, dyktatu banków i agencji ratingowych, hiperkonkurencji niosącej opłakane skutki społeczne i hiperkonsumpcji niosącej opłakane skutki środowiskowe…). Zdaję sobie sprawę, że autor – jako pragmatysta – bierze pod uwagę tylko to, co rzeczywiście możliwe do zrealizowania, a przecież oczekiwanie, że nastąpi koniunktura dla zejścia kapitalizmu ze sceny, byłoby szaleństwem (choć sam Szahaj zastanawia się, czy system ten przetrwa do 2034 roku). Co jednak ważniejsze, pomimo całego krytycyzmu stosunek toruńskiego filozofa do kapitalizmu pozostaje ambiwalentny i można go streścić następująco: „to zły system, ale nigdy nie wymyślono lepszego, zamiast więc snuć utopijne projekty, należy zastanowić się, jak go ulepszyć”. Rozumiem i akceptuję takie stawianie sobie strategicznych celów, choć w dzisiejszych realiach wydają mi się one tyleż konieczne, co niewystarczające. Zwłaszcza że o podobnych sprawach pisał już przecież ponad 40 lat temu Daniel Bell w słynnych „Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu” (abstrahując od konserwatywnych pozycji, z jakich to czynił). Jeśli kapitalizm zdążył od tego czasu coś udowodnić, to z pewnością nie zdolność do socjaldemokratycznej autokorekty, ale niebywałą umiejętność wchłaniania nawet najbardziej krytycznych dyskursów i przekuwania ich na swoją korzyść…

W jednej kwestii mam natomiast zdecydowanie odmienne zdanie niż autor. Chodzi o stosunek do anarchizmu. U Szahaja słowo to pojawia się wyłącznie w kontekście negatywnym, jako synonim bezładu. Nietrudno zrozumieć dlaczego – skoro receptą na chorobę turbokapitalizmu ma być wzmocnienie roli państwa, to sojuszniczką w tej walce nie może stać się doktryna programowo państwo odrzucająca. Autor nie chce jednak dostrzec, że sprzeciw wobec państwa jest w anarchizmie raczej ideą krytyczną niż regulatywną, w praktyce natomiast to właśnie anarchiści bardzo często interweniują tam, gdzie państwo okazuje się za słabe, by radzić sobie z siłami rynkowymi (np. blokując nielegalne eksmisje na bruk dokonywane przez tzw. czyścicieli kamienic), to oni nierzadko wprowadzają elementy własności spółdzielczej, na której tak zależy Szahajowi (np. poznańska kluboksięgarnia Zemsta działająca jako spółdzielnia socjalna), to oni animują ruch związkowy, którego tak Szahajowi w Polsce brakuje (Inicjatywa Pracownicza), to wreszcie im – jak mało której grupie społecznej – niezwykle bliska jest idea dobra wspólnego i solidarności. Nie twierdzę, że anarchizmowi brak wad, jednak nie mogę zaakceptować sposobu, w jaki przedstawia go w swojej książce Szahaj.

Chętnie podyskutowałbym również z autorem o ekologicznym wymiarze kapitalizmu. Tu mam po prostu radykalniejsze stanowisko niż on. Toruński filozof zauważa, że neoliberalizm odpowiada za dewastację wielu cennych obszarów przyrodniczych i ignoruje dalekosiężne ekologiczne skutki działań – to jednak za mało. W mojej opinii związek między turbokapitalizmem a kryzysem ekologicznym jest o wiele ściślejszy i niesie o wiele poważniejsze konsekwencje, co bardzo dobrze pokazują np. Claus Leggewie i Harald Welzer w książce „Koniec świata, jaki znaliśmy”. Nie chodzi tylko o to, że instrumentalna racjonalność rynkowa niszczy jakieś szczególnie wartościowe elementy przyrody, ale że niszczy ona przyrodę jako taką, zagrażając bioróżnorodności, prowadząc rabunkową gospodarkę kurczących się zasobów naturalnych Ziemi, a przede wszystkim ponosząc olbrzymią odpowiedzialność za ocieplenie klimatu. Dlatego uważam, że ideologia wzrostu gospodarczego, czyli fundament turbokapitalizmu, jest po prostu samobójcza. Dlatego też propozycje korekty kapitalizmu polegające na spowolnieniu wzrostu czy wdrożeniu jego zrównoważonej postaci wydają mi się daleko niewystarczające. To jednak osobny temat – bardzo chciałbym, żeby Szahaj kiedyś go podjął.

Na koniec słówko o pozamerytorycznym, ale jednak istotnym aspekcie. Byłoby znakomicie, gdyby tak ważne pozycje jak „Neoliberalizm, turbokapitalizm, kryzys” cechował wysoki poziom edytorski. Niestety, w książce po prostu zabrakło porządnej korekty – jest w niej stosunkowo dużo pospolitych literówek i trochę innych błędów, które psują wrażenia z lektury. „Neoliberalizm, turbokapitalizm, kryzys” to pod względem merytorycznym znakomita pozycja. Pod względem edytorskim można było wykonać przy niej nieco więcej pracy.

LITERATURA:

Bauman Z.: „Ponowoczesność jako źródło cierpień”. Warszawa 2000.

Bell D.: „Kulturowe sprzeczności kapitalizmu”. Przeł. S. Amsterdamski. Warszawa 2014.

Kopyt S.: „Kryzys”. W: tenże: „buch”. Poznań 2011.

Leggewie C., Welzer H.: „Koniec świata, jaki znaliśmy. Klimat, przyszłość i szanse demokracji”. Przeł. P. Buras. Warszawa 2012.

Sowa J.: „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą”. Kraków 2011.

Sowa J.: „Inna rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości”. Warszawa 2015.

Szahaj A.: „Jednostka czy wspólnota? Spór liberałów z komunitarystami a »sprawa polska«”. Warszawa 2000.

Szahaj A.: „Liberalizm, wspólnotowość, równość. Esej z filozofii polityki”. Toruń 2012.

Szahaj A.: „Kapitalizm drobnego druku”. Warszawa 2014.

Szahaj A.: „Inny kapitalizm jest możliwy”. Warszawa 2015.
Andrzej Szahaj: „Neoliberalizm, turbokapitalizm, kryzys”. Instytut Wydawniczy Książka i Prasa. Warszawa 2017 [seria: Biblioteka „Le Monde diplomatique”].