Wydanie bieżące

1 października 19 (355) / 2018

Joanna Krygier,

NIE WSZYSTKO MARNOŚĆ, CZYLI KONDYCJA RODZIMEGO KINA (43. FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH W GDYNI)

A A A
Na Festiwal w Gdyni czeka się zwykle z niecierpliwością. Najnowsze polskie filmy w jednym miejscu, spotkania z twórcami, kilka minut spacerkiem na plażę czy smażona rybka wcinana na szybko pomiędzy seansami – z tym właśnie kojarzy się wrześniowy spęd kinomanów. Jego tegoroczna odsłona, upływająca pod znakiem zaskakująco pięknej jak na porę roku pogody, okazała się edycją wielkich nazwisk starszego pokolenia – Marka Koterskiego, Janusza Kondratiuka, Filipa Bajona czy Krzysztofa Zanussiego, ale i młodszych kolegów po fachu – Wojciecha Smarzowskiego czy Jana Jakuba Kolskiego. Z kolejnymi filmami powróciły też reżyserki: Kinga Dębska, Agnieszka Smoczyńska i Jagoda Szelc. Od początku było jednak jasne, że wygrany jest tylko jeden.

Po znakomitym przyjęciu na Zachodzie i wygraniu Złotej Palmy dla najlepszego reżysera w Cannes przyznanie tegorocznych Złotych Lwów ,,Zimnej wojnie” (2018) Pawła Pawlikowskiego było tylko formalnością; tytuł otrzymał jeszcze nagrody za dźwięk i montaż. Postawienie na polskiego kandydata do Oscara nie spotka się raczej z niezrozumieniem i dezaprobatą, bez względu na indywidualne preferencje; problem pojawia się już jednak w przypadku ,,Kamerdynera” (2018) Filipa Bajona, który z Trójmiasta wyjechał ze Srebrnymi Lwami oraz nagrodami za muzykę, charakteryzację oraz główną rolę męską dla Adama Woronowicza.

Monumentalna, dwuipółgodzinna panorama Polski na przestrzeni pięciu pierwszych dekad XX wieku to próba zobrazowania zmieniającej się sytuacji politycznej, etnicznej i społecznej. Mnogość wątków, rozwijających się wokół arystokratycznej rodziny von Kraussów, przeszkadza jednak w ich pogłębianiu. Ojciec-hrabia gustujący w ponętnych pokojówkach, homoseksualny syn wstępujący do SA, nauczyciel muzyki stający się nazistą, związek przybranego rodzeństwa, relacje między Niemcami, Kaszubami a Polakami – wszystko to Bajon ubiera w klisze i traktuje po macoszemu, skupiając się na warstwie wizualnej. Kłopot w tym, że nawet w momentami faktycznie udanych, choć niekiedy ocierających się o kicz kadrach, ,,wypełnionych” scenografią i kostiumem z epoki, postaci pozostają jednowymiarowe, a ich losy zupełnie nie angażują. O pomstę do nieba wołają również kulawe dialogi w rodzaju żartów z przekręcenia słowa ,,ekspresjonizm”, ekspozycji w stylu: ,,Twój brat Fryderyk przyjechał” czy żałosnych konstatacji typu: ,,Mieszkamy w pałacu, a jemy kartofle”. Realizacja historycznej sagi w warunkach polskich – cel szczytny, pomysł odważny, szkoda tylko, że efekt końcowy zawodzi.

Podobnie jak Bajon do filmów kostiumowych, tak i Zanussi w najnowszym ,,Eterze” (2018) wraca do nurtującego go od dawna tematu duchowości. Podróż przez zabory na początku poprzedniego stulecia w ślad za lekarzem-pionierem to tylko pretekst do opowiedzenia z ducha faustowskiej historii: doktor, eksperymentujący z tytułowym związkiem chemicznym w celu uśmierzenia bólu podczas zabiegów medycznych, ale i zdobycia umiejętności manipulacji ludźmi, wykorzystuje asystenta jako obiekt badań. W ich relacji brakuje jednak chemii, portret psychologiczny typowego naukowca daje się ograniczyć do przymiotnika ,,zły”, a całość intryguje w mniej więcej tak niskim stopniu jak ,,Kamerdyner”. Zanussi decyduje się w dodatku na niby to szokujący plot twist, dzieląc fabułę na historię jawną i ukrytą, wyjaśniając przy tym w drugiej części rolę tajemniczego mężczyzny, wcześniej nierzadko stanowiącego spiritus movens działań bohatera. Indywidualna ocena skuteczności i celowości owego zabiegu znacząco oddziałuje na odbiór całości; wydaje się jednak, że w ostatecznym rozrachunku rozwiązanie to trudno traktować całkowicie poważnie.

Nagroda Specjalna, Nagroda Publiczności oraz za scenografię dla najbardziej kontrowersyjnego tytułu Konkursu Głównego świadczy natomiast o wadze najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego. Zwiastun ,,Kleru”, zapowiadający rozbuchaną parodię à la Patryk Vega, okazał się marketingowym żartem, który zapewne będzie jedną z przyczyn sukcesu frekwencyjnego. Reżyser, znany jako bezwzględny prześmiewca wad rodaków, tym razem bierze na tapet grzechy Kościoła katolickiego. Pedofilia, łamanie zasady celibatu, korupcja, ,,lewe interesy” i alkoholizm odmieniane są tu przez wszystkie przypadki; twórca ,,Wesela” (2004) jak zawsze hiperbolizuje i kumuluje wszelkie odmiany moralnego upadku człowieka, w tym przypadku także przewodnika duchowego wiernych. ,,Kler”, jeszcze zanim pojawił się na ekranach, dołączył do grona filmów gorliwie dyskutowanych w sferze publicznej [casus ,,Pokłosia” (2012) Władysława Pasikowskiego czy ,,Idy” (2013) Pawła Pawlikowskiego]. Wydaje się, że dla jednej ze stron konfliktu będzie tylko potwierdzeniem od dawna ugruntowanych poglądów, dla drugiej z kolei – ciosem wymierzonym we wspólnotę i instytucję. Prawda jak zawsze zapewne leży pośrodku, ale, zważając na jego dotychczasowe dokonania, chyba nikt nie miał złudzeń, że Smarzowski ucieknie się do ,,letnich” półśrodków.

Prawdziwym wytchnieniem okazało się docenione Nagrodą Specjalną ,,7 uczuć” Marka Koterskiego. Podobnie jak w ,,Eterze” aprobata widza zależy od jego przyzwolenia na pewną oryginalną konwencję opowiadania. I choć zdradzenie jej przed seansem nie byłoby wielkim spoilerem, to nawet dla kilku pierwszych ekranowych minut warto pozostać w nieświadomości do rozpoczęcia projekcji. Z powodu depresji Adaś Miauczyński wraca we wspomnieniach do dzieciństwa, w celu nauczenia się przeżywania i nazywania siedmiu podstawowych uczuć (spośród których zresztą tylko jedno, radość, zaliczane jest do pozytywnych). Punkt wyjścia fabuły to pretekst do pełnej humoru (nawet kloacznego, co, o dziwo, nie jest w tym przypadku wadą), ale i refleksji wędrówki przez rodzinne pielesze i szkolne korytarze, powrotu do pierwszego zetknięcia ze śmiercią czy zawodu miłosnego.

Najgłośniej wybrzmiewa tu satyra na edukację, która z powodzeniem zamyka swoich podopiecznych w hamujących indywidualność ramach; nie mniej istotna okazuje się także krytyka rodziny, poddającej pociechy ocenie i nieustannie wywierającej na nie presję. Lokalny koloryt jest tu jednak niezwykle istotny; wydaje się, że wykreowany przez Koterskiego świat nie ,,zagrałby” tak bezbłędnie, gdyby nie plejada aktorów, pojawiających się na ekranie jakby wraz ze swoimi poprzednimi wcieleniami artystycznymi, składającymi się na ich emploi, z którymi jednocześnie pogrywają. Za fałsz można uznać nagłą zmianę tonacji w jednym z końcowych ujęć, kiedy to szkolna woźna wygłasza tyradę skierowaną do dorosłych; tkwi w tym jednak szczera niemoc, trudność w doborze słów, w uzasadnieniu wartości samego życia. Po kilkudziesięciu minutach Koterski sprawia więc, że rzedną nam miny – i dobrze.

I choć następująca opinia nie będzie zapewne zbyt popularna, w trakcie seansu drugiej konkursowej komedii nietęga mina z powodzeniem zastępuje śmiech. ,,Juliusz” (2018) Aleksandra Pietrzaka to bowiem nic innego jak zlepek typowych postaci, gagów i żartów z niskiej półki: nierozgarnięci policjanci, butny kaleka, straszny łysy mięśniak, puszczanie bąków, elitarna impreza zadufanych bogaczy, stereotypowa głupia blondynka, nagie męskie pośladki czy odbieranie porodu przez spanikowanych mężczyzn. Paradoksalnie film ten najlepiej broni się w dramatycznych, choć niepozbawionych klisz momentach: w rozmowach z ojcem, próbie rozwinięcia talentu, decyzji o zaangażowaniu się w związek. Wydaje się więc, że choć nadzór Pietrzaka jest w ,,Juliuszu” odczuwalny (relacja ojca z synem to już swoisty lejtmotyw jego twórczości), to stand-uperzy Abelard Giza i Kacper Ruciński, nauczeni doświadczeniem wyniesionym ze ,,Swingu” ([2012] – spuśćmy na to arcydzieło zasłonę milczenia), powinni pozostać tam, gdzie świetnie sobie radzą – na scenie.

Rachunki wyrównał poniekąd komediodramat ,,Jak pies z kotem” (2018) Janusza Kondratiuka, skupiający się na relacji braci-reżyserów, która odżywa niejako z konieczności w obliczu choroby jednego z nich. Wizje Andrzeja (na czele z otchłanią wokół tarasu, niedźwiedziem rozszarpującym pieluchę czy odwróceniem kadru w poprzek, obrazującego chwilową dysfunkcję zmysłu wzroku) mieszają się tutaj z obowiązkami, wiążącymi się z opieką nad niepełnosprawnym czy spowodowanymi tym kłótniami rodzinnymi, ale i z chwilami okazywania wzajemnej troski i umacniania poczucia jedności. Jak to zwykle bywa w przypadku kameralnych historii, film ten aktorstwem stoi: świetne drugoplanowe role Aleksandry Koniecznej i Olgierda Łukaszewicza wyróżniono nie bez kozery. Pełen ciepłego humoru najnowszy twór Kondratiuka to znakomity sposób na spędzenie niedzielnego popołudnia w gronie rodziny – i nie jest to absolutnie jego wada.

Pozostałe tytuły, reprezentujące kino gatunkowe, także odznaczały się całkiem dobrym poziomem. Doceniony nagrodą za reżyserię oraz muzykę ,,Wilkołak” (2018) Adriana Panka to czerpiąca z estetyki horroru opowieść o grupie dzieci, byłych więźniach niedawno wyzwolonego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, które trafiają do prowizorycznego sierocińca w opuszczonej willi. Chociaż nagromadzenie jump scareów jawi się tutaj jako poważne nadużycie, to jednak zdjęcia utrzymane w chłodnej tonacji, szczekanie wilczurów czy walka z głodem i pragnieniem ostatecznie składają się na sugestywnie wykreowaną atmosferę zagrożenia i zaszczucia. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że nową jakość na lokalnym rynku wyznacza natomiast ,,Krew Boga” (2018), zwracająca się ku średniowieczu i misji prowadzonych przez chrześcijan w pogańskich plemionach. Nawet jeśli wspaniała, nagrodzona zresztą warstwa wizualna przyćmiewa fabułę, film Bartosza Konopki stanowi dowód na to, że kino podejmujące tematykę historyczno-religijną, dalece przewyższające ,,Koronę królów” (2017), wciąż jest w Polsce możliwe.

Na rodzimym rynku rzadko można znaleźć też tak ,,wyciszone” tytuły jak ,,Ułaskawienie” (2018) Jana Jakuba Kolskiego. Rozgrywająca się w powojennej rzeczywistości osobista odyseja rodziców żołnierza, przemierzających kraj w celu znalezienia godnego pochówku dla poległego syna, to kameralny dramat rodzinny, w dużej mierze odarty z politycznych uwarunkowań; na plan pierwszy wychodzi tu bowiem los złamanej przez Historię jednostki. Z filmu docenionego za scenariusz, kostiumy i główną rolę Grażyny Błęckiej-Kolskiej w pamięć zapada jednak najbardziej scena, przypominająca analogiczną sekwencję przeprawy przez rzekę z trumną w powozie w ,,Kiedy umieram” (2013) Jamesa Franco – to obraz niewypowiedzianego poświęcenia, determinacji, a zarazem wzruszającej bezradności w walce z bezduszną władzą.

W Gdyni swoją obecność zaznaczyły też reżyserki. Agnieszka Smoczyńska powróciła ze znakomicie ,,skrojoną” ,,Fugą” (2018), nagrodzoną zresztą za drugi film. Już pierwsza scena stanowi intrygujący wabik: elegancko ubrana, choć ewidentnie brudna kobieta, wyłania się z tunelu na stacji warszawskiego dworca, po czym oddaje mocz na peronie, znajdując się jakby w stanie szoku. Cierpiąca na fugę dysocjacyjną bohaterka wraca po dwuletniej nieobecności do domu, na nowo ,,ucząc się” swojej rodziny i odkrywając, co mogło być przyczyną jej amnezji. Po pełnych barw ,,Córkach dancingu” (2015) Smoczyńska proponuje historię dość skromną, utrzymaną w chłodnej tonacji, z trzymającym w napięciu scenariuszem pióra Gabrieli Muskały, zarazem magnetyzującej odtwórczyni głównej roli. Kto spodziewa się więc fajerwerków na miarę debiutu reżyserki, pewnie się zawiedzie; nie znaczy to jednak, że ,,Fuga” w czymkolwiek ustępuje ,,The Lure” (by posłużyć się zagranicznym tytułem).

Sporym rozczarowaniem po udanych ,,Moich córkach krowach” (2015), ale i słabszym ,,Planie B” (2018) okazała się ,,Zabawa, zabawa” (2018) Kingi Dębskiej. Interesująca w zamierzeniu kompilacja wątków trzech kobiet, reprezentujących inne pokolenia, pozycje społeczne i sytuacje rodzinne, znajduje wspólny mianownik w zmaganiu się z alkoholizmem. Reżyserka powinna jednak najpierw uporać się z własnym problemem – słabym scenariuszem. Być może występ Kayah i Krzysztofa Kiljańskiego z piosenką ,,Prócz Ciebie nic” czy korporacyjna nowomowa w stylu ,,Forwardnęłam ci to, scheckuj sobie” miały być zabawne, nagły wybuch emocji i pretensji małżeńskich szczery, a zakończenie budujące i umiejscowione w odpowiednim momencie; niestety jednak żaden z tych elementów nie spełnia swojej funkcji. Aż przykro patrzeć na tak nieudany efekt finalny historii z potencjałem i obsadą z górnej półki (Agata Kulesza, Dorota Kolak, Marcin Dorociński czy nawet najmniej doświadczona spośród tego grona Maria Dębska).

Nie zawiodła jednak Jagoda Szelc, powracająca już po roku od debiutu z kolejnym tytułem, ,,Monumentem” (2018). Uzasadnienie przyznania mu Nagrody Specjalnej w konkursie Inne Spojrzenie (sama reżyserka po seansie stwierdziła, że w jej przypadku powinno się ono nazywać ,,chore”), zwracające uwagę na ,,nowatorską narrację filmową i konsekwentne podążanie własną drogą twórczą”, wskazało zresztą na najsilniejsze punkty jednej z ciekawiej zapowiadających się młodych reżyserek. Rama dyplomu aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi w pewnym stopniu ogranicza swobodę twórczą, ale Szelc, umiejscawiając akcję w odizolowanym od świata zewnętrznego hotelu i dzieląc dwudziestoosobową grupę absolwentów szkoły na kilka mniejszych zespołów, błyskotliwie wykorzystuje i przekłada na sukces wszelkie obostrzenia. Dziwny, choć wydawałoby się, że mimo wszystko realny mikrokosmos wykreowany przez Szelc, stopniowo coraz bardziej ,,rozbijają” wątpliwości żywione przez same postaci w nim zanurzone, dźwięki spoza kadru czy patrzenie aktorów w obiektyw. ,,Monument” okazuje się jeszcze mroczniejszy i bardziej niepokojący od ,,Wieży. Jasnego dnia” (2017), a ,,zakończenie wyjaśniające”, którego domagali się niektórzy dociekliwi widzowie debiutu, ostatecznie wydaje się całkowicie zbędne: niedopowiedzenie to przecież największa jak dotąd zaleta twórczości Szelc.

I chociaż trudno pozbawiać tegorocznej edycji pewnych walorów, ostatecznie jednak Festiwal w Gdyni zawiódł. Pomimo (zaledwie kilku) świetnych i dobrych filmów wydaje się, że kręcenia głową z niedowierzaniem, parskania zażenowanym śmiechem czy tupania nogami z niecierpliwości było nieco za wiele. Mimo wszystko wciąż nie jest tak źle, aby filmową imprezę w Trójmieście bojkotować czy wziąć przykład z anonimowego nowohoryzontowego widza i wychodzić w trakcie seansu z głośnym protestem na ustach: ,,tak umiera kino”. Polskie kino ciągle ma się bowiem całkiem dobrze, a kilkuletnie ubolewania nad jego miernością mamy już na szczęście za sobą.