Wydanie bieżące

1 października 19 (355) / 2018

Miron Kądziela,

NARODZINY NARODU (CZARNE BRACTWO. BLACKKKLANSMAN)

A A A
Spike Lee to niewątpliwie wielka postać współczesnego amerykańskiego kina. I nie jest to nawet kwestia jego talentu i artystycznych osiągnięć ani tego, że na swoim koncie ma co najmniej kilka dzieł wybitnych. Chodzi głównie o to, że jest on odpowiedzialny za zapewnienie społeczności czarnoskórych prawdziwego i zauważalnego głosu w amerykańskim kinie. Spike Lee pokazał, że można uniezależnić się od innych i tworzyć ambitne artystycznie kino o własnym środowisku, pokazywać własny punkt widzenia. Kluczowe jest to, że nie poszedł w żadne tanie agitowanie – „Rób, co należy” czy „Malaria” to obrazy gorzkie także dla Afroamerykanów. Jego najnowszy film, mimo że stanowi powrót do formy i dawnej tematyki, jest jednocześnie bardzo daleki od pierwszego rozdziału w karierze. „Czarne bractwo. BlacKkKlansman” to znacznie mniej subtelna i zniuansowana satyra, przystosowana do znacznie mniej subtelnych i zniuansowanych czasów.

Film opowiada prawdziwą historię czarnoskórego policjanta Rona Stallwortha (John David Washington), któremu udało się zinfiltrować Ku Klux Klan w latach 70. Potrzebował on do tego białego wspólnika Philipa Zimmermana (Adam Driver), który reprezentowałby go w bezpośrednich interakcjach. Fabuła jest tak niezwykła i obfituje w tyle absurdalnych sytuacji, że osadzenie jej w komedii było niemożliwe do uniknięcia. Niezwykle rasistowskie wiązanki oraz insynuacje mordów są tutaj źródłem komizmu. Oczywiście nie bezpośrednio – śmieszy kontekst i sytuacja, w jakiej zostały wypowiedziane. Treść jednak wyraźnie kontrastuje z komediowym wydźwiękiem danej sceny, powodując osobliwy dysonans poznawczy. Humor jest momentami zbyt ponury i sprawia, że widz zastanawia się nad źródłem tak nienawistnych, lecz wypowiedzianych z uśmiechem dialogów. Przez tak wielką dawkę rasizmu i nienawiści momentami ma się wrażenie, że przedstawienie tej historii w formie satyry pozbawia problem powagi. Z drugiej jednak strony, komedia pozwala na wyolbrzymienie piętnowanych przywar, jasne obnażenie absurdów i co ważniejsze przyciągnięcie na seans widza masowego. Ze strony narracyjnej film wyróżnia się przede wszystkim dobrą muzyką Terence’a Blancharda. Trzeba jednak przyznać, że pod względem zdjęć czy scenografii trochę kuleje. Realia okresu, w którym rozgrywa się akcja, nie zostały ukazane w sposób wiarygodny.

Jedna z najsilniejszych scen filmu ma miejsce pod jego koniec, podczas zaprzysiężenia nowych członków Klanu. Spike Lee pokazuje w niej, na czym polega błąd myślenia symetrycznego. Przeplata ze sobą sceny czarnoskórych skandujących „black power!” i białych, którzy krzyczą „white power!”. Jakie jest jednak źródło takiego rasowego entuzjazmu? U tych pierwszych to nawoływanie do solidarności, spowodowane wstrząsającą historią publicznego mordu na Jessem Washingtonie, który miał miejsce w 1916 roku w Teksasie. U drugich natomiast chodzi o folgowanie swojemu ego po projekcji „Narodzin narodu” z 1915 roku, w którym członkowie Klanu pokazani są jako bohaterowie, obrońcy przed rzekomo dzikimi i złymi czarnoskórymi.

Film Davida Warka Griffitha nie bez kozery zostaje przytoczony w produkcji Spike’a Lee. Jego silny rasistowski wydźwięk przyczynił się do wzrostu popularności Ku Klux Klanu i stanowi w „Czarnym bractwie” sztandarowy przykład tego, jak ważny jest odpowiedni sposób przedstawiania grup etnicznych w kulturze masowej.

Ten problem zostaje także zaadresowany z drugiej strony – pozytywny wizerunek Afroamerykanów mógłby być widoczny w filmach z rodzaju blaxploitation. To najbardziej sztampowe i tanie kino gatunkowe, w którym zatrudniano czarnoskórych aktorów i twórców oraz poruszano tematykę popularną wśród tej społeczności. Skierowane było głównie do Afroamerykanów. Pomimo to ten rodzaj filmów zdobył w latach 70. sporą popularność w całych Stanach Zjednoczonych i często uważa się, że miał wpływ na upodmiotowienie tej grupy. Przedstawiane tam postaci były jednak na ogół uosobieniami najpopularniejszych stereotypów, więc także mogły kreować negatywne wyobrażenia i ten problem zostaje jasno zasygnalizowany w „Czarnym bractwie”.

Aby przekazać swoje przesłanie, Spike Lee często wychodzi poza ramy opowieści filmowej. Zdarza się, że jego aktorzy patrzą w kamerę, a w dialogach znaleźć można analogie do dzisiejszej polityki. Poniekąd przygotowuje to widza do ostatnich minut filmu, lecz mimo to są one pewnym zaskoczeniem. Zawsze negatywnie odbieram bezpośrednie wyłuszczenie filmowego przekazu. W tym wypadku jednak nie tylko jest ono na miejscu i zgodne z duchem filmu, lecz staje się także jednym z najsilniejszych elementów tej produkcji. Pokazuje, jak aktualny jest podjęty temat i jak historia potrafi zatoczyć koło. Ostatnie minuty są również tymi, które robią największe wrażenie. Niektóre z pokazanych nagrań to jednak w pewnym sensie tzw. filmy mondo (inaczej filmy śmierci), a jeśli cel stanowi zostawienie mocnego wrażenia na widzu, to jest to de facto samograj, który zawsze wywołuje silne emocje.

Spike Lee wali więc w widza z subtelnością młota. Jednakże w czasach, gdy najbardziej skuteczne okazuje się populistyczne mielenie ozorem, być może taki jasny przekaz jest konieczny. Mimo wszystko, boleć może zbyt lekceważące potraktowanie filmowych antagonistów. To głównie zadufani ignoranci, których napędza bezmyślna nienawiść. Do tego są to postaci łatwo obśmiewane oraz nieustannie przegrywające bezpośrednie starcia z przebiegłymi i inteligentnymi protagonistami. Nie można jednak powiedzieć, że „Czarne bractwo” skierowane jest do widza po lewej stronie barykady. To raczej film, z którego przekazem zgodziłaby się zapewne spora część Republikanów. Nie spodoba się za to skrajnej prawicy (tzw. alt-right) i to chyba tylko ich dotyczy krytyka.
„Czarne bractwo. BlacKkKlansman” („BlacKkKlansman”). Reżyseria: Spike Lee. Scenariusz: Spike Lee, Charlie Wachtel, Kevin Willmott, David Rabinowitz. Zdjęcia: Chayse Irvin. Obsada: John David Washington, Adam Driver, Laura Harrier, Topher Grace i in. Produkcja: USA 2018, 128 min.