Wydanie bieżące

1 października 19 (355) / 2018

Krzysztof Siwczyk,

BEZDUCH

A A A
(fragment)
Wykwit na każdym stanowisku. Choroba zjadła jedną roślinę. Wykopujesz ją uważnie, obserwujesz, jak głęboko się zakorzeniła, na ile zarażała sąsiednie stanowiska. Wreszcie, z braku cierpliwości, walisz szpadlem po korzeniach, które nie chcą wyjść, a nie dają się podkopać. Wplecione w siatkę na nornice stawiają opór wiosennej czystce. Po długich miesiącach zimy wskoczyłeś wreszcie w sztywny drelich, rozprostowujesz na dłoniach rękawice zlepione zeszłosezonowym tyraniem. Po wycince chorych roślin bierzesz się do oprysków. Mieszasz trutkę z wodą, konsekrujesz ciecz, by niszczyła wszystko, co nie odpowiada twojej wizji czystości i porządku. Jesteś w tym pryncypialny i perwersyjny. Nie zakładasz maski ochronnej, chcesz się podtruć, jakoś współodczuwać to, czym może być porządek czystości, rugowanie z natury tego, co ją ustanawia. Znajdujesz w kącie płotu gazetę wdeptaną w grządkę. Zeszłoroczne wydanie informujące o kataklizmach społecznych, niewyobrażalnym powrocie takiego samego jak zawsze schematu tępej przemocy jednostek względem mniej rezolutnych rzesz jednostek. Masz ochotę szczać na ten skrawek, na ten kraj, o którym czasem słyszysz przez uchylone okna sąsiadów, kiedy wyrzucają sobie pretensje, wylewają nad zupą żółć, przekomarzają się, interpretując gwałtowne przypadki wtargnięcia historii w biografie znanych im kiedyś ludzi, których dziś odnajdują jako komentatorów telewizyjnych albo ekspertów w bliżej nieznanych ci dziedzinach życia. Przycinając róże, zastanawiasz się, jak można zastanawiać się nad krajem, w którym się jest, jak to możliwe, że nie szkoda im ślinianek, kiedy toczą pianę nad smutnym losem zbiorowości, zintegrowanej wokół czegoś tak transgresyjnego jak język. Język nikogo i w niczym nie łączy. Nie istnieje wspólnota językowa. Nie ma mowy o wspólnym mianowniku, do którego sprowadza się znaczenie. Mieszkasz obok całkiem inteligentnych ludzi, którzy jednak pragną zgodzić się co do jednego: wspólnego języka. Odmawiasz im tego prawa, przemilczasz to, z czym nie możesz się zgodzić, i rzecz jasna, przytakujesz wszelkim ich sądom. Jesteś wewnątrz drelichu rozstrojem, permanentnym zaprzeczeniem, fałszem gestu powodowanego zimną kalkulacją. To ona nie pozwala ci wzbudzać konfliktów w najbliższym sąsiedztwie. Żyjesz obok ludzi, których się lękasz, dlatego przytakujesz uśmiechem na uśmiech, wystawiasz na widok zęby, szczerzysz kły radości, kiedy rano wpadacie na siebie, na chwilkę, odpalając silniki lub upychając w koszach weekendowy utarg śmieci. Niezwykłą cechą wszystkich konformizmów jest skłonność do nowych otwarć, do wchodzenia w dzień z zawsze nową energią i zdolność anulowania zmęczenia tuż po otwarciu oczu, kiedy wylatujesz z łóżka jak z procy, przerażony tym, że być może coś cię omija, że może mączniak przeszedł już na sosny himalajskie, wrażliwe jak ty, trudne w przydomowym ogrodzie, w którym od rana działasz, żeby nie myśleć, co też ze sobą począłeś przez tyle lat trwania jako buntowniczy postulat marnowania czasu i życia na mało w sumie zabawne lektury. Nie potrafisz skomunikować się z sobą, nawet po sporym wysiłku, w pełnym wiosennym słońcu, w podgumowanym drelichu, kiedy ciało odparza się na każdym załomie, gdzie gromadzi się pot. Męczysz się, bo wszyscy się męczą i dochodzą do wniosku o zmęczeniu życiem, jego neutralną moralnie ścieżką zdrowia która urywa się nagle; potem przechodzi się jeszcze jakąś trasę onkologiczną albo trafia na bardziej osadzone w chwili zawałowe cięcie. Z każdym rokiem, kiedy wychodzisz do ziemi uprawiać życie, bardziej boisz się śmierci, zaczynasz ją odnosić do siebie, czego nie potrafiłeś zrobić przez bez mała trzydzieści lat głoszenia jej absolutnej władzy nad każdą behawioralną czkawką, każdym ruchem myśli, nie mówiąc już o wielostronicowych rozpiskach jej działania, które sprytnie lokowałeś w atrakcyjnych literacko strofkach wierszy, czując w głębi, że rozpiera cię energia młodości, że mógłbyś ruchać krzaki i drzewa, pluć w niebo i z rozkoszą czekać, aż plwocina spadnie ci prostu na aktorsko zachmurzone czoło. Teraz, kiedy spluwasz, bo wydzielina zalega ci w płucach i bezdech łapie cię przy paru szybszych machnięciach łopatą, nie uśmiechasz się już do swojego cienia i nie spoglądasz z nostalgią na trzydzieści centymetrów regału, które zapełniłeś sobą. Wiesz wreszcie, że liczy się ten moment, kiedy pot ciecze po wewnętrznej stronie drelichu, kiedy czujesz, że jest jakiś sens w plewach, w kompostowniku, który rośnie jak satysfakcja, że po zimie ocalało w sumie całkiem sporo okazów podobno mrozoodpornych, ale wiesz już z doświadczenia, że etykietowanie nie ma nic wspólnego z prawdą przypadku jednostkowego, takiego jak ty. Być może troszkę się wywyższasz, ustanawiając swoją pozycję między tujami jako bardziej uprzywilejowaną, kiedy w rzeczywistości jesteś banalny jak tuja, tępo odporny na krytykę dochodzącą z najgłębszych trzewi, w których czuć przecież nieustanne kąsanie tego, co minione i nadchodzące z usilną pospolitością. Z drugiej strony wiesz, że jesteś konfabulantem broniącym zaciekle lat pozostałych obiektywnie do przeżycia przez nieustanne zaprzeczanie istnieniu jakichś większych zasobów czasu, innych niż tylko przygodna i natychmiastowa korekta końca, zastanawiającego postronnych obserwatorów. Wstyd ci, że taki jesteś. Pozwalasz sobie na ten wstyd i na takie bycie tylko w drelichu, kiedy sam orzesz szpadlem, wyrywasz wiecheć, popadasz w stetryczenie, którego chciałbyś oszczędzić córce jak widoku żylaków zajmujących swoimi deltami coraz większe połacie maślanej kiedyś skóry, która zeszła z ciebie jak stres w okresie, kiedy musiałeś się zdecydować, kim tak naprawdę chcesz być. To po prostu mija, mówisz dziecku. Nie musisz specjalnie chcieć. Po prostu staraj się zostać jak najdłużej. Jest po co, jest dla kogo. Już zrzucasz te ogrodowe łachy, bo w szybę wykuszu tłucze twoja córka, pokazuje na migi, że coś arcyważnego dzieje się w jej pokoju. Mówi, że duchy zalęgły się u niej jak larwy, z którymi tak zaciekle walczysz w okolicach rododendronów. Odpowiadasz, że na wszystko znajdzie się trutka, wystarczy tylko cierpliwie poczekać i nie przegapić właściwego momentu.

Lekko otumaniony błąkasz się po przedpokoju. Zaglądasz do pokoju córki, widzisz, że sama poradziła sobie z lękiem przed nawiedzeniem, spokojnie rysuje schemat rodziny, dwa plus jeden i kot, ustawieni przed domem, w kępie traw, nad nimi przepływa wyraźne rozpogodzenie. Wchodzisz pod prysznic, zmywasz z siebie bakteriobójczy osad, podnosisz głowę na tyle, na ile pozwala ci sadło na karku. Jesteś jak stary kuc, podczepiony do poidła, które utrzymuje go w pozycji pionowej, ale zapewnia tylko trwanie, a nie ruch w jakąś stronę. Donikąd już się nie wybierasz, znalazłeś docelowy boks, pragniesz, żeby ostał się możliwie długo, ostemplowany terminalną wzmianką, wskazującą na wyrok ostateczności bez ukonkretnionej daty wejścia w życie. Robisz wszystko, aby jak najczęściej unikać zaangażowania w sprawy rzeczywistości. Ona zajmuje cię już tylko w planie finansowym, robisz coś już tylko dla zysku, ten z kolei pozwala ci stać w miejscu, które zbudowałeś, by później w nim zastygnąć, w pozie stojącej, potem kucznej, wreszcie leżącej. Wychodzisz spod prysznica, udajesz się na kanapę. Za sobą masz literatury, wyciągasz zakurzony egzemplarz książki. O autorce wiesz całkiem dużo, przyjaźniliście się kiedyś, kiedy jeszcze miała siły witalne, udzielała się w eterze, była osnową starej inteligencji, do której zawsze aspirowałeś, od małego właściwie przyjmując postawę zasadniczego zastanowienia nad stanem świata słów. Jawne i zakryte, tak nazywa się książka. Autorka zajmuje się w niej poetami dawno zapomnianymi przez świat, nikogo oni już nie obchodzą, poza nią i tobą, rozłożonym przez gorący prysznic, kartkującym te piękne szkice. Tym właśnie jest literatura konieczna – upominaniem się o zapomnianych, kodyfikowaniem porządku zanikania pamięci o czymś, co miało swój czas, ale nawet w nim dotyczyło zaledwie paru osób. Mały krąg zdarzeń, wąski obszar oddziaływania, pomniejszenie egotycznego talentu w imię zasady niebyłości. Wszystko coraz bardziej zdaje ci się niebyłe, wyraźne kształty powoli tracą kontur, kiedy popołudniowe, choć wysokie już kwietniowe słońce przeszywa podłogę, odbija jej politurę, a blask nie pozwala ci czytać, choć doskonale wiesz, co będzie dalej. Smutek odnajdywania na kartach literatury tekstów zapomnianych, których nie zignorowała tylko ona – autorka. Gdybyś miał córce powiedzieć, kim jest, powiedziałbyś, że już najpewniej nie ma to większego znaczenia dla pamięci zbiorowej, ale ma ogromne dla pamięci twojej, a więc może mieć też jakieś znaczenie dla jej własnej pamięci. Próbujesz ją zapełniać obrazami ojca zanurzonego w lekturze, a nie tylko w konkretnej pracy przy grządkach albo silniku, do którego i tak nie potrafisz się dobrać. Nawet wymiana lampki w tych dzisiejszych autach wymaga wyższej wiedzy inżynierskiej. Książka, mówisz córce, nie wymaga od ciebie niczego. Po prostu zajmie cię jak ogień, spopieli twoje przekonania, zrobi z tobą to, czego się najbardziej obawiasz. Córka mówi ci, że boi się ognia, ale też wie, że jest ważny, że oczyszcza śmierć, pozwala jej zagrzać miejsce gdzieś indziej niż tylko w wypieranym obrazie grobowych dech. Czymś takim jest książka, której już, oślepiony, nie czytasz – wyjściem na jaw znaczenia metafizyki, wzrostem sensu po czasie wypalania traw do żywego, próbą ogarnięcia rozpadu przez uparte trwanie przy porządku wyższym, innym stanie świata, którego nikt nie zaznał, a przynajmniej nie zdał przekonującej relacji. Podziwiasz w autorce upór, na jaki ciebie już nie stać, ale może chwilami za nim tęsknisz, odnajdujesz w sobie egzotyczną dyspozycję, przemawiasz do siebie w imieniu pamięci, która jest rodzajem oddania głosu, zrzeczenia się własnej reakcji na rzeczywistość, sprowadzającej ją do kilku elementarnych parametrów korzyści egzystencjalnych. Autorka jest twoją nauczycielką zapomnienia, ale też głosem, który w sobie zagłuszyłeś na tyle, że odzywa się teraz pod postacią ironicznej rezerwy, którą w sumie pogardzasz, bo przekazujesz ją zamiast autentyczności uczuć, o czym wie już twoje dziecko, patrzące na ciebie podejrzliwie, gdy koślawisz język, wypowiadasz karkołomne mądrości, jakich nie może, a co najważniejsze, nie chce przyjąć. Ono jest twoim sprawdzianem, pozwala ci zobaczyć twój regres do postaci wyjałowionej, ale mającej tę jałowość doskonale opracowaną. Zmagasz się z nią w ogrodzie, żeby nie mieć czasu na siebie. Kiedyś ten czas, wynikły z nagła, stał się wyjściem z lektury ku oczom dziecka potrzebującym czegoś innego niż wiedza zdająca się na nic.

Umiejętność trafnej, acz dosyć już ogranej reakcji na określone zabiegi językowe wzmagające w czytelniku przekonanie o obecności jakiegoś bytu skrywającego się poza słowami przechowujesz w sobie z pewnością, która równać się może jedynie z usilnym chwaleniem bóstwa przez jego wyznawców, pogrążonych w delirium ofiarnym wielkiego uniwersum obietnic, wyczerpanych własnym oddaniem zaklęciom zwalniającym ich z przynależności do porządku swojej lokalnej Golgoty. A przecież prawdziwie uniwersalna i idiomatyczna może być tylko najgłębiej wstydliwa małość spraw własnego życia, krzątactwo wokół interesów grzędy, na której się siedzi, i kopczyka zupełnych fantazji, jakie roisz o świecie, leżąc w drewnianym leżaku, pierwszy raz wystawionym do słońca tej wiosny. Jest tylko to, o czym czytasz i piszesz w tej sekundzie, w przerwie, kiedy oddech i bicie serca przyspieszają podczas gry w kosza, kiedy twoja córka na trampolinie wylatuje w powietrze jak piłka i kręcąc się na obręczy obwodu wpada prosto we własne rozbawienie. Zacząłeś skutecznie dostrzegać inne życie dzięki lekturze, pozwoliła ci wydobyć się z cienia strachu padającego na twoją ojcowską pozycję, kojarzącą ci się nieodmiennie z obowiązkiem zapewnienia światu stabilności i konkretnych przejawów bezpieczeństwa. Dziś lękasz się już tylko przypadku, nagłej, nocnej projekcji, snów o utracie i tego drżenia pod żebrami, przypominającego nieustannie o szczęściu, jakie cię spotkało, gdy już przestałeś wierzyć w cokolwiek poza wzrostem chwastów pod agrowłókniną szczelnie okrywającą glebę.

Cokolwiek zdołałeś dotąd stwierdzić o sobie sprzed okresu, kiedy lawirowałeś bezprzykładnie między stanem oczekiwania na dziecko a stanem pożegnania z samotnością, wydaje ci się to zaledwie poranną projekcją, pierwszą myślą zakorzeniającą cię w codziennej rutynie bezmyślnej podróży od chwili wypełnionej przebudzeniem twojej córki do chwili, kiedy spokojnie kładzie się do chyba już za małego łóżeczka. Zadziwia cię nieledwie autarkia świata, w którym hodujesz lęk przed upływem czasu. Stan ten przyniesie ci plon w postaci ubytku czasu – wątłą rezerwę minut zagospodarowuje coraz bardziej paranoiczna świadomość kończących się dni pozostałych do przeżycia. Już nie kalkulujesz, jeszcze nie wpadasz w panikę. Trwasz w oczekiwaniu na następne pytania. Jednocześnie bawisz się wyśmienicie na placu przeznaczonym do zabaw, na którym obserwujesz twoje dziecko wygadujące niestworzone rzeczy z innym dzieckiem, wchodzące w relacje społeczne, widzisz kłącze rośliny piennej podchodzące już prawie na szczyt stalowej siatki oddzielającej plac od idealnie symetrycznych przydomowych ogródków, odbitych z matrycy poradnika działkowicza. Śmiejesz się wniebogłosy, lejesz ze śmiechu. Boska taksonomia przydomowych ogródków działa jak taśma, masz wrażenie, że domki z ogródkami powoli wciąga ospały Eden, kompletnie spustoszony przez nadmierne nawożenie potasem i azotem, aby utrzymać stan budującego rozkwitu. Katar sienny zalewa ci krtań, pylące sosny doprowadzają do łzawienia, jakby to był kwas mrówkowy rozpylony przez znudzonego sylena, dyndającego na klopsztandze albo gdziekolwiek indziej. Wszystko kojarzy ci się ze wszystkim, nic przypomina o niczym. Zamknięte koło miejsca i akcji. Dzianie się popołudnia, odgłosy z dalekiej autostrady, płochliwe świergoty z pobliskiego lasu – to sceneria, w której łapiesz wspólną falę z momentem bieżącym, próbujesz go przetransferować w identycznej postaci w jutro, kiedy znowu zaczniesz na placu od huśtawki i foremek. Zza linii drzew sunie jednak bure niebo. Czystka ogarnia plac, huśtawka buja się jeszcze chwilkę, gdy odwracasz głowę, jakby to mogło coś jeszcze zatrzymać, ale nigdy nie przyspieszyć. Bezdech łapie cię, zanim zaczniesz biec, wygnany przez nic szczególnego. Stoisz na parkingu. Za miastem. Twoja córka wraca po ciebie, bierze cię za rękę i mówi: „No, dalej”.
Fot. Artur Szlosarek.