Wydanie bieżące

15 października 20 (356) / 2018

Kinga Rak,

NIE PORZUCAJCIE WYDAWCÓW (ROBERTO CALASSO: 'ŚLAD WYDAWCY')

A A A
Mam wrażenie, że czytając „Ślad wydawcy” na moment porzuciłam wszystkie swoje przekonania: „self-publishing odmieni rynek książki”, „wydawcom zależy wyłącznie na sprzedaży tytułów” i najważniejsze – „technologia jest rozwiązaniem na wszystko”. Kompletnie oczarował mnie Calasso z jego wizją wydawania książek jako pewnej misji. Swój stosunek do wydawania przedstawił w kilku esejach, które składają się na „Ślad wydawcy”. „Książki jedyne” to jego manifest, a pozostałe teksty to wspomnienia wielkich wydawców, refleksje na temat strategii wydawniczych oraz historii edytorstwa. Chociaż wątki często się powtarzają, przekaz Calassa zdaje się jasny. Należy pamiętać, że edytorstwo to sztuka.

Wydawnictwo jest dla niego podmiotem, który swoją działalnością pisze książkę. Książkę jedyną, jak sam ją nazywa. Wszystkie wydawane tytuły powinny się łączyć w jedną historię. Co ważne, ta historia nie musi być spójna, nie musi być nawet kompletna. Opierając się na przykładzie włoskiego (i przełomowego dla ówczesnego życia literackiego) wydawnictwa Adelphi, którego był założycielem i dyrektorem, uważa, że nie ma nic niewłaściwego w wydawaniu esejów religijnych, fantastyki i powieści historycznych w jednej linii wydawniczej. Dziś wydawcy, wierzący, że czytelnicy potrzebują jasnych podziałów i jasnych kategorii, mogliby zareagować na taką ideę w najlepszym wypadku skonfundowaniem. Jednak Calasso przekonywająco dowodzi, że książka jedyna, czyli suma wydanych pozycji, powinna przedstawiać raczej pewną wizję świata. W wypadku Adelphi chodziło o łapanie nieuchwytnych i jednostkowych historii, które bardzo łatwo mogłyby nie powstać. Zagadkowy manifest wydawniczy, jakże odmienny od współczesnego rynkowego podejścia. Gdy dziś wydawcy szukają spójności w makietach okładek, starają się multiplikować popularne wśród czytelników historie (co kończy się na przykład zalewem księgarni niemalże identycznymi romansami erotycznymi, gdzie czytelniczki wabi krzykliwy font i naga „klata”), Calasso jest o wiele bardziej subtelny. Również pisze o wydawniczej spójności, którą jednak znacznie trudniej rozszyfrować. Chodzi raczej o wrażliwość, misyjność w głoszeniu pewnej wizji wydawniczego świata oraz edytorstwo jako sztukę samą w sobie. Gdy przyjmiemy taki punkt widzenia, zrozumiała stanie się strategia wydawnicza nie tylko Adelphi, ale i Suhrkampu oraz innych wielkich domów wydawniczych, które zapisały się na kartach edytorskiej historii.

Calasso lubi widzieć zresztą w wydawcach, którzy zgadzają się z jego ideą książki jedynej, spadkobierców wielkich drukarzy. Łączy ich przywiązanie do formy (słowo kluczowe dla esejów Calassa), dbałość o wykonanie, pewna nonszalancja wobec rynku. W dawnych formach drukarskich szuka odpowiedzi, dlaczego okładki, skrzydełka i fizyczna forma książki są tak ważne. Tym samym autor w swoich esejach sprzeciwia się e-bookom, digitalizacji i polityce współczesnych wydawnictw, które nie zwracają już uwagi na profile wydawnicze, ale chcą wydawać dużo, a na książce przede wszystkim zarobić.

Calasso może być głosem rozsądku dla tych wszystkich zagonionych redaktorów, poszukujących kolejnego hitu, który zostanie potem pospiesznie i byle jak wydany. Przypomina o starych zasadach, ale i o nierentowności działalności wydawniczej, która jest wpisana w całe przedsięwzięcie. Calasso chce wydawać z powodu powołania, które czuje, i do tego zachęca też innych. W końcu tutaj chodzi o książkę jedyną, nie zaś wydawniczy biznes.

Zwykle, gdy mam do czynienia z wypowiedziami przedstawicieli starej gwardii wydawniczej, razi mnie brak dostosowania do ponowoczesnej rzeczywistości i pewna hipokryzja. Pięknie się mówi o ideałach, jednak sytuacja na rynku jest trudna (zawsze była trudna – przypomina Calasso). Wspaniale, gdy opowiadamy, jak ważny jest wydawca, gdy poziom wydawanych tekstów drastycznie spada, a self-publisherzy często decydują się na takie rozwiązanie, aby zadbać właśnie o stronę edytorską publikacji. Jednak Calasso, chociaż bywa irytujący w swoim sprzeciwie wobec technologii, nowości i zmiany, jest kompletnie szczery. I całym sercem wierzy w wydawniczą misję, w tworzenie tej upragnionej przez czytelników książki jedynej.

I teraz, tak całkowicie szczerze, nie wiem, dlaczego akurat eseje Calassa mnie tak uwiodły. Najprostsze rozwiązanie – jest on doskonałym hipnotyzerem. I kolejne, bardziej przekonujące – wydawaniu książek oddał całe swoje serce i tą miłością zaraża czytelnika dosłownie w każdym akapicie. To najlepsza książka o wydawaniu, jaką teraz przeczytacie. Mnogość nieznanych nazwisk i włoskich kontekstów nie przeszkodzi, a raczej wzbogaci lekturę. I nawet nie raziły mnie pewne rozwiązania redaktorskie (publikacja jest efektem warsztatów edytorskich, które miały miejsce w latach 2017-2018 na Uniwersytecie Gdańskim), w tym liczne powtórzenia myśli i wątków.

Stosunek Calassa do nowych technologii jest w pewien sposób ożywczy – nie ulega powszechnemu marzeniu o totalnej digitalizacji, pozwalając książkom być czasem tymi niedostępnymi, jednostkowymi marzeniami. Przypomina przede wszystkim o roli wydawcy, który w przedstawionym przez niego układzie nie jest „tym złym wyzyskiwaczem autorów”, ale najlepszym przyjacielem czytelnika, oddanym swojemu zadaniu. Kimś, komu można zaufać – i kierować się intuicją wydawcy przy wyborze kolejnej lektury.

Warto sięgnąć po tą publikację chociaż dla eseju „Książki jedyne”, który pomimo wielu dygresji przypomina, czym wydawanie książek jest. „Ślad wydawcy” to manifest kompletny, po który powinni sięgać wszyscy wydawcy, recenzenci i badacze rynku w momentach zwątpienia.
Roberto Calasso: „Ślad wydawcy”. Przeł. Joanna Ugniewska i Stanisław Kasprzysiak. Fundacja Terytoria Książki. Gdańsk 2018 [seria: Biblioteka Mnemosyne].