Wydanie bieżące

15 października 20 (356) / 2018

Zbigniew Jazienicki,

HERMENEUTYKA KWITNIENIA (HAROLD BLOOM: 'KSIĘGA J')

A A A
Akcje liczącego sobie już prawie dziewięćdziesiąt lat Harolda Blooma na amerykańskiej akademii od jakiegoś czasu lecą na łeb na szyję. Tego samego nie można jednak powiedzieć o jego polskiej recepcji, lecz nie dlatego, że amerykański krytyk przeżywa w naszej lokalnej humanistyce trwałą hossę, ale – cóż – z tego powodu, że nigdy trwale nie udało mu się w niej zadomowić. Z jego obszernego, może nawet zbyt obszernego dorobku naukowego, poza sporadycznymi tłumaczeniami publikowanymi m.in. w monograficznym numerze „Literatury na Świecie”, grubo ponad dekadę temu przełożony został „Lęk przed wpływem” – i to z tym, sformułowanym jeszcze w latach 70. konceptem nazwisko Blooma jest w Polsce najczęściej kojarzone. Na przekład czekają tymczasem również jego zdecydowanie mniej teoretyczne prace. W języku polskim w przekładzie Bogdana Barana ukazuje się właśnie jedna z bardziej kontrowersyjnych – Księga J. Stanowi ona, najprościej rzecz ujmując, daleką od ortodoksji interpretację trzech pierwszych ksiąg biblijnego kanonu, tworzących zdaniem niektórych biblistów i samego Blooma bardziej zwartą całość – ową tytułową „Księgę J” (od Jahwisty czy też Jahwistki, domniemanej autorki owych trzech ksiąg, jakkolwiek sam „księgowy” podział pozostaje kwestią dopiero późniejszych redakcji). Mówię: interpretacją nieortodoksyjną, ponieważ Bloom deklaratywnie zrywa z dotychczasowymi, liczonymi na kopy interpretacjami rabinicznymi, usiłującymi często z pogardą dla pierwotnego tekstu wpisać w nią lekcję moralną. Dla Blooma świętość tekstu i jego miejsce w kanonie judaizmu schodzą tymczasem na dalszy plan, by ustąpić miejsca samej literackości tej wspaniałej protobiblijnej Księgi.

Księga J (zapis kursywą dla odróżnienia od biblijnego pierwowzoru), w której na literaturoznawczy warsztat Bloom bierze „Księgę J” (zbieżność bynajmniej nieprzypadkowa, sygnalizująca nachodzenie na siebie pracy komentarza i analizowanej treści), jest przy tym popisem interpretacyjnych talentów amerykańskiego uczonego. Popisem, ale zarazem prowokacją – książka roi się bowiem od bardzo ryzykownych interpretacji i swobodnych skojarzeń, o których nie śniło się nawet najbardziej zaprawionym w hermeneutycznych spekulacjach biblistom. Problemem jest już samo wyróżnienie „Księgi J”, która de facto nie istnieje, a którą Bloom w oparciu o tak dyskusyjne kryterium, jak własne ucho i literackie obycie, próbuje wespół z kongenialnym tłumaczem z języka hebrajskiego Davidem Rosenbergiem w miarę możliwości rekonstruować. Zadanie jest o tyle karkołomne, że domniemany tekst Jahwistki pozostaje organicznie wrośnięty w korpus biblijnych tekstów, Żydom znany jako Tora, a wyznawcom chrześcijaństwa jako Stary Testament. Tymczasem „Księga J” niejako transwersalnie przecina trzy wielkie księgi: Księgę Rodzaju, Wyjścia i Liczb.

Status tej praksięgi pozostaje więc widmowy – zalega ona pod plewami kolejnych, dezinterpretujących wagę oryginału redakcji, które Bloom, narażając się na zarzut nadinterpretacji i zbytnią arbitralność swojej biblistycznej pracy, próbuje oddzielić od ziarna oryginalnego, pełnego życia, niezneutralizowanego dopiero przez pobożnych talmudystów tekstu. Owocem tej redakcyjnej roboty jest złożony z biblijnych fragmentów i przełożony na nowo szesnastowieczną angielszczyzną hipotetyczny tekst „Księgi J”. Pozostaje żałować, że w polskim wydaniu nie zdecydowano się na odświeżenie dotychczasowych spolszczeń starotestamentowej Bilbii. W przeciwieństwie do amerykańskiej wersji książki, w której czytelnicy mają możliwość zapoznać się ze zaktualizowanym przekładem wzorowanym na Biblii Króla Jakuba, polscy czytelnicy muszą zadowolić się dobrze znanym tłumaczeniem Biblii Tysiąclecia. Szkoda, że nie zdecydowano się na ponowny przekład tych fragmentów, tym razem utrzymanych w duchu – dajmy na to – archaizującej polszczyzny Biblii Jakuba Wujka, najbliższej chyba szekspirowskiemu stylowi przekładu Rosenberga.

Bloom letniej biblistycznej normie, a więc „większościowemu” judaizmowi normatywnemu z II wieku, gdy ukształtowany został kanon biblijny, w wielu punktach swojej książki się sprzeciwia. Najmocniej w sprawie autorstwa „Księgi J”, które zgodnie z tradycją, a zdaniem Blooma mylnie, przypisywane jest Mojżeszowi. Tak jak żydowski prorok pogrzebany został w ostatniej części Pięcioksięgu na moment przed dotarciem do Ziemi Obiecanej, tak ingerencje kolejnych alfabetycznych redaktorów cenzurujących „Księgę J” (E jak Elohista, D jak Deuteronomista, P jak Priestly Author lub Authors, czyli tzw. źródło kapłańskie) pogrzebać miały pamięć o jej autorce. B postępuje z kolei jak czytający Shakespeare’a historycznie, poprzez odniesienie do sytuacji politycznej w stuartowskiej Anglii Carl Schmitt – dla niego również biblijna praksięga nie jest zawieszona w próżni, ale koresponduje z sytuacją polityczną czasów Jahwistki. Według Blooma J to kryptonim jednej z księżniczek wywodzących się z wpływowej dynastii Dawidytów, żyjącej w końcówce panowania Salomona i obserwującej na własne oczy upadek wielkiego żydowskiego imperium za nieudolnych rządów jego syna, Roboama. Ghostwriterka J jest genialną pisarką polityczną, poprzez dyskretne gry słów komentującą politykę swojego władcy, roztrwaniającego dziedzictwo wielkiego Dawida – imię Roboam miałoby mianowicie znaczyć ‘drogę długą i szeroką’, fraza ta pojawia się zaś w „Księdze J” wielokrotnie w różnych kontekstach, niemal zawsze jednak jako złośliwa aluzja.

Akademiccy bibliści wprawdzie już dawno sfalsyfikowali wyjściową tezę Blooma o kobiecym autorstwie tych tak ważnych dla tradycji żydowskiej ksiąg. Teza ta wciąż jednak robi spore wrażenie, nawet jeśli – co zresztą Bloom asekuracyjnie zaznacza – jest jedynie „mitem” czy „wyobrażeniem”, przyjmowaną przez krytyka fikcją ujawniająca się jednak wyłącznie w przestrzeni retorycznych tropów. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że upór Blooma w feminizowaniu „Księgi J” stanowi jedynie cyniczne ustępstwo wobec krytyk dotykających od dawna jego teorię poetyckiego agonu (choć ostatnio krytyki te stały się mniej abstrakcyjne i wzmogły się wraz z kampanią #metoo oraz doniesieniami o niestosownym zachowaniu Blooma sprzed lat wobec jednej ze studentek). Z zarzutami o wykalkulowane „dofeminizowywanie” własnej perspektywy badawczej sam krytyk się jednak nie zgadza, utrzymując, że jego hipoteza dotyczącą atrybucji „Księgi J” implikowana jest przez sam tekst. Postaci kobiece przedstawiane miałyby być bowiem dużo korzystniej niż postaci męskich patriarchów; za kobiecością J przemawiać miałby także np. epizod stworzenia kobiety, nieznajdujący żadnego odpowiednika w ówczesnych mitach antropogenicznych. Tę prowokującą, opartą na (trzeba przyznać) dość wątłych przesłankach hipotezę Bloom stawia także w kontrze do tendencji formalistycznych, przekształcających się w „podmiotoburczy” dekonstrukcjonizm uprawiany na amerykańskich wydziałach literaturoznawstwa. W odpowiedzi na te tendencje autor Księgi J uprawia specyficzną filozofię „ja” – choć rzecz jasna nie w postaci przebrzmiałej intencji autorskiej, a samego egotycznego mechanizmu retorycznego.

Kryjąca się pod literowym kryptonimem J jest jednak dla Blooma przede wszystkim pisarką, o piórze (rylcu?) równie genialnym, co jej dużo późniejszy uczeń, Franz Kafka. Taką analogią wskazującą na podobną eliptyczność ich stylu Bloom posługuje się bardzo chętnie i chyba nie tylko dlatego, aby takimi anachronicznymi sensacjami na siłę dystansować się wobec swoich wielkich egzegetycznych poprzedników. Podkreślanie elips w tekście J nie służy również – jak chciałbym wierzyć – wygodnej legitymizacji co bardziej ryzykownych i ocierających się o nadinterpretację tez Blooma. Kafkowanie J jest związane raczej z samym równie nieortodoksyjnym stosunkiem do tradycji żydowskiej. Czytając „Księgę J”, jakby została napisana przez „postżydowskiego” Kafkę, Bloom tak naprawdę podkreśla jej „preżydowskość” – anarchiczną, wulkanicznie jahwistyczną żywotność, która usunięta zostanie w kolejnych bogobojnych redakcjach, by na nowo zostać odkryta dopiero przez antynomicznych, dynamizujących talmudyczny kanon, gnostycyzujących na własną modłę pisarzy nowoczesnych, z autorem „Procesu” na czele.

Książka Blooma nieprzypadkowo zadedykowana została Moshemu Idelowi, „antytetycznemu uzupełnieniu Gershoma Scholema” (s. 332) i znawcy kabały, która dla tego amerykańskiego badacza stanowiła jednak nie tyle samodzielny przedmiot badań, ile raczej narzędzie pozwalające zrekonstruować jej jeszcze wcześniejsze, archaiczne źródła. Podobnym tropem w swojej biblistycznej lekturze idzie Bloom, czytając „Księgę J” jako tekst sprzed talmudycznych normatywizacji, pisany jeszcze poza kategoriami dobra i zła. Można w nim odnaleźć z pewnością pewne ślady autentycznych jahwistycznych wierzeń, z których narodzić miał się późniejszy judaizm – dla Blooma liczy się jednak przede wszystkim ich literacka dyfrakcja, parodia, którą miałaby być właśnie nieskanonizowana jeszcze, pełna gier słownych i fabularnych zwrotów księga Jahwistki.

Nie sposób czytać Bloomowskiej Księgi J bez znajomości teoretycznego zaplecza stojącego za tą i innymi pracami amerykańskiego krytyka. Jego najbardziej nawet kontrowersyjne tezy okazują się bowiem znajdować wyjaśnienie przede wszystkim w relacjach konfliktu, wybuchającego najczęściej między wielkim poprzednikiem a szukającym własnego poetyckiego idiomu uczniem (sam Bloom też przemawia z takiej „zapóźnionej” pozycji, próbując „odgiąć” się od wielowiekowej tradycji biblistycznej). W taki sposób, nawiązując do konceptu „lęku przed wpływem” i rywalizacji o własną pojedynczość, Bloom stara się czytać również „Księgę J” – jako twórczy recykling dawniejszych wierzeń, przetworzonych teraz do postaci oryginalnego tekstu literackiego i wyzwolonego spod presji jahwistycznych poprzedników („Jest dla mnie w pełni jasne, że J ani nie kochała, ani nie obawiała się swego Jahwe” [s. 54]). J jest przede wszystkim pisarką, figurą „tęgiej poetki” – co oznacza, że jej Jahwe jest tylko (i aż) postacią literacką, którą sama wykreowała, odwracając w ten sposób wektor zależności: mimo że przychodzi za późno, stwarza swojego stworzyciela jako bohatera literackiego.

Na przestrzeni grubo ponad 300 stron Bloom serwuje sporo takich bluźnierczych „wywrotek”, za każdym razem coraz bardziej zaskakujących i przyprawiających zachowawczych biblistów o zawrót głowy. Jahwe jako postać literacka, jeszcze nie wyalegoryzowana na neoplatoński sposób przez talmudycznych normatywistów – przechadzająca się po rajskim Edenie i zamykająca wrota łajby Noego – okazuje się w wariancie J „antytetycznym urwisem i wzniosłym mąciwodą” (s. 205), kalekim demiurgiem zdolnym stworzyć świat, ale dopiero uczącym się „bogować”. O kuriozalności takiego przedstawienia świadczy najlepiej chociażby będący przejawem boskiego widzimisię zamach na Mojżesza, dopiero co wezwanego przez boga, by wyzwolił on jego lud z egipskiej niewoli! Impulsywna decyzja Jahwe okazuje się jednak znamienna. U J jest on kapryśny, swawolny jak dziecko, zarazem dziki i wymykający się wszelkim próbom zrozumienia jego motywacji. W swoim witalnym ADHD pozostaje przy tym kimś zupełnie różnym od gromowładnego bohatera kanonicznej Tory. Jego wiercipięctwo w tej heretyckiej, gnostycyzującej wizji jest jedynie antynomicznym ruchem, energetyczną nadwyżką, figurą „życia większego”, tak przecież cenną dla Blooma i uparcie przez niego problematyzowaną. Jak sam rekapituluje, „w przekonaniu J (…) Jahwe nie powinien być pojmowany jako świętość ani prawość, lecz jako witalność” (s. 312). Nie jest on bowiem sędziwym suwerenem ani poważnym prawodawcą – jest raczej demiurgiem-fajtłapą, zamieniającym boskie panowanie w komedię pomyłek i burleskowy slapstick. Brakuje mu tylko chaplinowskiego melonika.

Robię sobie w ten sposób oczywiście żarty, celowo popadając w przesadę, rekonstruuję jednak chyba w miarę wiernie postgnostycki (tj. witalnie parodiujący gnozę) sposób myślenia Blooma o „Księdze J” i jej autorce, wielkiej ironistce. Figura ta przynosić może oczywiście skojarzenie z teoriami Richarda Rorty’ego, upominającego się przecież bardzo w duchu Blooma, a nawet wprost powołującego się na jego autorytet, o ironiczny dystans wobec własnych języków, jak określił to Adam Lipszyc. Rortiańska ironistka polega przede wszystkim na przechwytywaniu dawnych słowników i dokonywaniu ich metaforyzacji, „tęgiej” inwencyjności we wprowadzaniu nowych znaczeń. Niewykluczone, że w swojej The Book of J Bloom – jak na akademika-ironistę przystało – skrzętnie podśmiechuje się z optymizmu Rorty’ego, który spłaszcza jego sześciostopniową strategię retorycznej obrony i redukuje ją wyłącznie do stadium ironii, tj. odginającego nas na milimetr od poprzednika clinamenu. Ironia Jahwistki wydaje się natomiast iść zdecydowanie dalej.

Jak wiadomo z wcześniejszych prac Blooma, ironia to pierwszy krok mocnej poetki, którą jest dla niego również J, w procesie agonicznej walki o ocalenie własnej pojedynczości i wypracowania skrzącego się życiem idiomu poetyckiego. Według Blooma podstawą ironii w „Księdze J” „jest zawsze zderzenie rzeczy nieporównywalnych, zderzenie zaczynające się od złudzenia porównywalności” (s. 193). Tak zdefiniowaną ironię rozumieć można więc bardzo prosto – jako metodę specyficznych kreacji, łączących powagę z komizmem, której najdobitniejszym przykładem pozostaje przedstawienie samego Jahwe jako omnipotentnego Denisa Rozrabiaki, tak odległego od późniejszych talmudycznych wyobrażeń. Ironię rozumianą jako niemal surrealistyczne zestawienie rzeczy nieporównywalnych chciałbym jednak widzieć przede wszystkim jako zaburzoną, ironicznie właśnie przegiętą relację hierarchiczną – dotyczącą dziwacznego stosunku Jahwe do jego proroków. Sam Bloom stroi z nas sobie żarty, dokonując gruntownej redefinicji znaczenia biblijnego, zawsze przez niego zapisywanego wielką literą Błogosławieństwa – w fabułach J nie otrzymuje się go prawem krwi, ale trzeba się o nie zawsze starać, dowodzić nigdy jednak nieotrzymanej boskiej protekcji (nic dziwnego, że centralną postacią „Księgi J” wydaje się Amerykaninowi walczący z aniołem Jakub, który Błogosławieństwo wydrzeć musiał najpierw z rąk swojego pierworodnego bliźniaka Ezawa otrzymującego je zgodnie z prawem krwi). Tym kluczem „walki o Błogosławieństwo” mierzyć można również feminizm J – jej sympatia do biblijnych bohaterek wynika bowiem stąd, że w męskocentrycznym świecie Biblii znajdują się one na marginesie historii Błogosławieństwa i – tak jak uwodząca swojego teścia Tamar – jedynie oszustwem mogą się one w niej zapisać. Herezja Blooma kulminuje w miejscu antynomicznej logiki, fabularyzowanej w całej „Księdze J”. Jej świat spłaszczony zostaje do horyzontalnych podniebnych przestrzeni, gdzie Błogosławieństwa nigdy nie otrzymuje się z automatu, ale skazanym się jest na jego uporczywie i nigdy niekończące się pełnym sukcesem zdobywanie.

Bóg w tak radykalnie nieortodoksyjnej wizji J – jeśli oceniać ją oczywiście przez pryzmat późniejszych talmudycznych normatywizacji – jest więc antropomorficzny w tym samym stopniu, w jakim jego wybrańcy pozostają teomorficzni. Bloom wychodzi bowiem od aporetycznej konstrukcji – upodobnienie do Jahwe musi iść w parze z oddalaniem się od niego; podobnym zmieniającemu raz za razem swoją wolę Jahwe można stać się tylko, jeśli dotrzymuje się kroku jego kapryśnej witalności. Na tym polegać miałaby, jak sądzę ironia wyczytywana przez Blooma z „Księgi J” – na projekcie anarchicznego obcowania z wielkimi poprzednikami dla powiększonego życia, w tym z tradycją religijną i literacką, które przeżyć mogą tylko za sprawą aktu zdrady wobec nich. „Kto nie chce brać form kultu z poetyckich opowieści, lecz chce je czytać dla nich samych, nadal ma autentyczne błogosławieństwo J, czy wie o tym, czy nie” (s. 304) – pisze Bloom, zagrzewając nas chyba w ten sposób do równie łobuzerskiej, co Jahwe, dopuszczającej się jeszcze poważniejszego misreadingu, pleniącej życie dalszej pracy komentarza.

Harold Bloom: „Księga J”. Przeł. Bogdan Baran. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2018.